Exclusive
20
min

Nie znają życia ci, którzy nie myli pociągów

Większość Ukrainek, które zatrudniły się w zawodach niepopularnych wśród Polaków, są z nich zadowolone. Pracują na nocne zmiany, w weekendy i często w złych warunkach. Jak zmienić tę sytuację?

Maria Syrczyna

Ukraińcy często akceptują ciężką i nisko płatną pracę w Polsce. Fot: Pexels

No items found.

Zostań naszym Patronem

Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.

Dołącz

"Straciłam osiem kilogramów w ciągu miesiąca pracy"

Przed wojną 35-letnia Uliana Sherstyuk pracowała jako księgowa w biurze rządowym w obwodzie iwanofrankowskim. Miała regularne godziny pracy od 9:00 do 18:00, szacunek kolegów i ogólną stabilność. Już dawno rozstała się z mężem. Kiedy wybuchła wojna, zabrała syna i dokumenty i uciekła do Polski, osiedlając się w małej wiosce pod Warszawą. Przez sześć miesięcy żyła bez narzekania: zasiłki socjalne, pomoc humanitarna, prywatne przedszkole dla czteroletniego syna i kursy językowe. Kiedy jednak z całej listy świadczeń pozostał tylko zasiłek rodzinny w wysokości 500 zł (w ramach programu Rodzina 500+), sytuacja stała się bardzo trudna. Musiała szukać pracy. Polacy nie byli jednak zainteresowani ukraińskimi księgowymi.

- "Zawsze jest zapotrzebowanie na ludzi w pociągach", mówi Uliana. "Wśród dziewczyn w naszym mieście krąży nawet żart, że jeśli nie pracowałeś na myjni, to nie znasz życia. Zawsze opisywały to miejsce jako jakieś dno, na którym były, a teraz nie można ich przestraszyć. Ale wtedy brzmiało to dla mnie wręcz romantycznie. Jestem wiejską dziewczyną, pracy się nie boję, więc ochoczo przyjęłam propozycję mycia okien w pociągu. Przyszłam, poczekałam trzy godziny, a potem poproszono mnie, żebym wróciła jutro, bo zmieniły mi się plany. Następnego dnia wręczono mi płyn do mycia szyb, cztery paczki chusteczek i powiedziano, że mam umyć... 150 okien! I że dostanę za to 85 złotych - około 740 hrywien.

Uliana Szerstiuk myje pociągi. Zdjęcie: archiwum prywatne

Procedura jest następująca: dwóch mężczyzn z wężem i długim mopem idzie przede mną i zmywa brud z okien, a ja wtaczam za nimi dużą, ciężką drabinę na kółkach, przykładam ją do mokrych okien, wspinam się i wycieram szyby do sucha tak, aby nie było smug. I wyobraź sobie: 150 razy w górę, 150 razy w dół i 150 razy wycieranie! Przy siedemdziesiątym oknie byłam wyczerpana. Podejrzewałam, że jedna osoba nie jest w stanie wykonać takiej ilości pracy. Zwłaszcza za takie pieniądze. Pracowałam więc przez sześć godzin, ręce mi się trzęsły, a na koniec przyszedł inspektor, aby sprawdzić jakość mojej pracy i wskazać kilka okien, które należało domyć, ponieważ nie były idealnie czyste. Dopiero wtedy dali mi moje 85 złotych.

Następnym razem zostałam wezwana do umycia ścian pociągu, ale w trakcie dowiedziałam się, że muszę wyczyścić toalety jako "bonus". Za trzecim razem kazali mi odkurzyć siedzenia, a było ich około 450. Ponownie przyszedł inspektor i chodził dookoła, uderzając w każde siedzenie, a jeśli z któregoś uniósł się kurz, kazał nam ponownie odkurzyć.

- Przy takim obciążeniu pracą ludzie raczej nie zostaną tam na długo, prawda?

- Oczywiście. Większość Ukrainek przyjeżdża, pracuje raz, czy dwa i odchodzi, bo nie może wytrzymać. Ale napływ chętnych do zarobienia dodatkowych pieniędzy jest tak duży, że pracodawca nie ma problemów ze znalezieniem nowych dziewczyn. Nigdy nie mówią szczerze z góry, jak długo będziesz musiała pracować. To zawsze jest niespodzianka. Nawiasem mówiąc, mają też kilka kobiet na kontrakcie, którym płacą więcej. Jedna z nich wyznała mi: "Schudłam osiem kilogramów w ciągu miesiąca, w którym tu pracuję".

- Gdzie jeszcze szukałaś pracy?

- Kiedyś zatrudniłam się w pakowalni pomarańczy, gdzie musiałam nosić skrzynki z pomarańczami. Płacili 13 złotych za godzinę. Nawet nie wiem, jak mnie, kobiecie, w ogóle pozwolono dźwigać takie ciężary. Pracowałam też na nocki w fabryce produkującej waciki i patyczki, ale nocne zmiany nie są dla mnie. Pomagałam też w firmie cateringowej, wyciskając sok z tony pomarańczy dziennie. Niektórzy pracownicy nabawili się alergii i odeszli, bo sok ciągle spływał im po rękach i podrażniał skórę. Sprzedawałam też kwiaty w sklepie, gdzie marzłam w chłodniach tak bardzo, że przeziębiłam się. Chodziłam też do szklarni zbierać pomidory. Tutaj wszystko zależy od szczęścia: można cały dzień czołgać się po ziemi, zginać i rozciągać, albo zrywać je z krzaka i wkładać do skrzynek. W ciągu 10-12 godzin trzeba zebrać co najmniej 20-25 skrzynek. Pracowałam też w fabryce, gdzie jabłka są myte i pakowane. Są tam tony jabłek, ale ponieważ pracuje tam grupa ludzi, nie jest to trudne psychicznie. Nawiasem mówiąc, oprócz mnie w fabryce pracowały głównie Ukrainki i żadna z nich nie mówiła po polsku. Odpowiadały Polakom po ukraińsku, a kiedy przechodziłem na polski, patrzyły na mnie ze zdziwieniem.

W ciągu 10-12 godzin pracy w szklarni trzeba zebrać co najmniej 20-25 skrzynek pomidorów. Zdjęcie: archiwum prywatne bohaterki

- Czy Ukrainki zajmują wysokie stanowiska w takich miejscach?

- Tak. I, niestety, nie zawsze zachowują się miło w stosunku do swoich obywateli. Nadzorczyni w szklarni wyglądała jak kobieta z batem: zawsze chodziła i krzyczała na Ukraińców, jeśli szli do toalety lub jedli obiad dłużej niż 15 minut. Ukrainka była również odpowiedzialna za "rekrutację" Ukrainek do pracy w pociągach. Mogła nas uczciwie ostrzec przed tym, co nas czeka, ale nigdy tego nie zrobiła. Zawsze mówiła: "Wystarczy trochę przesunąć szmatę, to wszystko". Chociaż wiedziała, że Polacy zawsze sprawdzają jakość pracy. Często zwlekała z wypłatą pieniędzy, a ja musiałam dzwonić i się o nie prosić. A co najważniejsze, dowiedziałam się od jednej z dziewczyn, które pracowały w pociągach na umowę zlecenie, że mycie okien oficjalnie kosztuje 120 złotych, a nie 85, które mi płacono. Czyli dziewczyny są oszukiwane. A kobieta, która zatrudnia Ukrainki, zarabia na każdej z nich 35 złotych dziennie. W pewnym momencie postawiłam sobie za cel znalezienie łatwej pracy na umowę zlecenie na maksymalnie osiem godzin, bo musiałam odebrać syna z przedszkola. Szukałam w grupach społecznościowych, na portalach z ofertami pracy, pytałam znajomych. I w końcu znalazłam. Też w fabryce, ale naklejam naklejki na owoce. Ostatnio myślałam o napisaniu książki o moich doświadczeniach. I o tym, żeby pojechać z synem do Hiszpanii.

"Wygrałaś" - powiedziała szefowa. I podniosła mi pensję... o złotówkę na godzinę

Ludmiła ma 47 lat. Po rozpoczęciu inwazji na pełną skalę przeprowadziła się z nastoletnią córką do Polski, do Gębyszewa. Miała trochę oszczędności. Przez cały okres pobytu miała tylko jedną pracę - pracowała w jadalni internatu, w którym Ukraińcy byli zakwaterowani za darmo. Jej zadaniem było nakładanie jedzenia na talerze.

- Płacono mi 13 zł za godzinę, ale nie było mi trudno pracować [minimalna stawka godzinowa dla osób pracujących na umowę zlecenie wynosi 18 zł za godzinę - red. Dodatkowo miałam dwugodzinne przerwy i czas na odrabianie lekcji z dzieckiem, więc byłam zadowolona z takich stawek" - mówi Ludmiła Kowalenko, która pracowała jako sprzedawczyni w sklepie w Ukrainie. "Moi pracodawcy byli ze mnie zadowoleni, ponieważ byłam bardzo schludna i utrzymywałam kuchnię w idealnej czystości. Czasami zastępowałam moich kolegów wykonujących inne prace i też dobrze się spisywałam. Pewnego dnia moja polska koleżanka, która zmywała naczynia, odeszła, a mnie zaproponowano jej pracę. A dokładniej, zaproponowano mi wykonywanie zarówno mojej pracy, jak i jej. A ta Polka dostawała 15 złotych za godzinę, o czym wszyscy wiedzieli. Wydawało mi się więc logiczne, że powinnam dostawać tyle samo za swoją pracę.

Słyszałam historie o ukraińskich kierowcach ciężarówek, którzy prosili swojego polskiego pracodawcę o podniesienie pensji. Zamiast tego zwolniono ich, a na ich miejsce zatrudniono bezkonfliktowych Pakistańczyków. Czułam jednak, że niesprawiedliwość uniemożliwiłaby mi spokojną pracę, więc postanowiłam odpowiedzieć na ofertę w następujący sposób: "Zgadzam się zająć jej miejsce, ale płaćcie mi tyle, co jej". Otrzymałam niegrzeczną odmowę. Powiedzieli: "Gdzie ona jest i gdzie ja jestem? Byłam urażona, a nawet oburzona. I oczywiście powiedziałam wszystkim koleżankom, jak zostałam potraktowana. Napisałam też o tym w grupie Ukraińców z naszego miasta. A kiedy dyrektorka stołówki zaczęła szukać nowej pracowniczki, nikt nie przyjął jej oferty. Nie spodziewała się tego. Przyszła do mnie ze słowami: "Wygrałaś". I po chwili przerwy dodała, że jest gotowa podnieść mi pensję do... 14 złotych!

Czy się na to zgodziłam? Tak, bo się przyzwyczaiłam i nawet polubiłam. Później na stołówce poznałam porządnego Polaka, rzuciłam pracę, zamieszkaliśmy razem i wkrótce wzięliśmy ślub.

Nie akceptuj skromnych wynagrodzeń i fatalnych warunków pracy

Ukraińcy przyjmują ciężką i nisko płatną pracę ze strachu i dezorientacji - mówi prawniczka Myroslava Omelczuk.

- Ukraińcy są gotowi pracować 10-12 godzin za mniejszą płacę zamiast ośmiu godzin za bardziej hojne wynagrodzenie, wykonywać ciężką i brudną pracę bez podpisywania umów i kosztem własnego zdrowia - wszystko z powodu strachu i dezorientacji. Strasznie jest nie znaleźć innej pracy, zostać w ogóle bez pieniędzy, strasznie jest wyjść i czegoś poszukać. Czasami próbujesz pomóc, wyjaśnić swoje prawa i możliwości, a kobieta odpowiada: "Boję się, a co jeśli mnie wyrzucą albo deportują?". Jaka deportacja? Deportacja jest niemożliwa w czasie wojny!

Innym powodem, dla którego Ukraińcy godzą się na ciężką pracę bez umowy jest to, że często kwalifikacje zdobyte na Ukrainie są bezwartościowe w Polsce.

- Przekwalifikowanie się i nauka nowego zawodu wymaga czasu. A kiedy się uczysz, oceniasz siebie niżej. Uspokajasz się, że to przejściowe. W efekcie tak masowa akceptacja skromnych zarobków i maksymalnych godzin pracy doprowadziła do sytuacji, w której wielu polskich pracodawców nie ceni swoich pracowników. W razie czego znajdą zastępstwo.

Miroslawa Omelczuk podkreśla, że przed wyrażeniem zgody na jakąkolwiek pracę należy dokładnie poznać wszystkie warunki:

- Głównymi rodzajami umów o pracę w Polsce są umowa o pracę i umowa zlecenie. Pierwsza z nich jest regulowana przez Kodeks pracy i w związku z tym gwarantuje zgodność z normami bezpieczeństwa, sanitarnymi i higienicznymi, prawo do płatnego urlopu, i zwolnienia chorobowego oraz wynagrodzenie w wysokości co najmniej płacy minimalnej za 8-godzinny dzień pracy. Drugi jest regulowany przez kodeks cywilny, a zatem, z grubsza rzecz biorąc, nie obiecuje żadnych praw innych niż te określone w umowie. Na własne ryzyko. W związku z tym kobieta pracująca na podstawie Regulaminu Pracy nie może być zmuszana do dźwigania więcej niż określone limity (czyli więcej niż 12 kg na odległość do 25 metrów). Każda godzina pracy w nocy oznacza 20-procentową premię, a praca w weekendy lub święta - co najmniej dwukrotność stawki. W ramach takiej umowy osoba otrzyma minimum 2784 zł miesięcznie (a od nowego roku 3262 zł na rękę). A jeśli ktoś pracuje na warunkach zlecenia, to w umowie można zapisać niemal wszystko. Na przykład niektóre Biedronki [popularny supermarket w Polsce - red.] podpisują ze swoimi pracownikami umowę na 12-godzinną pracę siedem dni w tygodniu - czyli siedem dni w tygodniu! I są kobiety, które godzą się na takie warunki.

Prawniczka podkreśla, że każdy ukraiński pracownik powinien zapoznać się z przepisami prawa, poznać rzeczywiste ceny swojej pracy, nauczyć się języka polskiego, rozwinąć umiejętności rynkowe i nie godzić się na upokarzające warunki. "Często te kobiety, które decydują, że mogą wykonywać ciężką pracę fizyczną w Polsce, chociaż nigdy nie wykonywały jej na Ukrainie, prędzej czy później są tak zmęczone, że wracają do domu" - dodaje Mirosława Omelczuk:

- Jest wiele ukraińskich kobiet. Mamy zdemoralizowanych pracodawców, więc musimy sprawić, by wzięli pod uwagę nasze potrzeby. Aby to zrobić, musimy nauczyć się nie bać.

No items found.
Р Е К Л А М А
Dołącz do newslettera
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Redaktorka informacyjna w sestry.eu.

Ukraińska dziennikarka. Pracowała jako felietonistka gazety „Fakty i komentarze”, autorka „Companion”, „Business Journal” i „Events and People”. Współpracowała z niemieckim Ministerstwem Kultury przy serii wykładów i materiałów na temat psychologii mas i wychodzenia społeczeństw z kryzysu psychicznego i gospodarczego. Organizatorka ogólnoukraińskiej imprezy charytatywnej „Kolory życia”.

Zostań naszym Patronem

Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.

Dołącz
ukraińscy uchodźcy Niemcy przyjmują perspektywy pracy z tymczasową ochroną

Niemieckie władze przewidują nową falę ukraińskich uchodźców – napisał „Die Welt”. Andreas Breitner, dyrektor Stowarzyszenia Północnoniemieckich Przedsiębiorstw Mieszkaniowych (VNW), przedstawił taką prognozę, biorąc pod uwagę decyzję Donalda Trumpa o zawieszeniu pomocy wojskowej dla Ukrainy. W niedalekiej przyszłości może to doprowadzić do niedoboru pocisków do systemów obrony powietrznej i narazić ludność cywilną Ukrainy na jeszcze większe niebezpieczeństwo.

Mimo że Trump wznowił pomoc wojskową dla Ukrainy, nadal istnieje ryzyko, że Niemcy (a także inne kraje europejskie) będą musiały przyjąć nowych ukraińskich uchodźców. Nie wiadomo, do czego doprowadzi nieprzewidywalna polityka nowego prezydenta USA.

Według Breitnera władze trzech niemieckich krajów związkowych: Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Hamburga postanowiły na wszelki wypadek przygotować miejsca dla Ukraińców.

Potwierdza to w rozmowie z serwisem Sestry Oksana Schoorlemmer, założycielka Nord Haus UA, organizacji pomagającej Ukrainie i ukraińskim uchodźcom. Oksana jest Ukrainką i od wielu lat mieszka w niemieckim mieście Schwerin. Od początku rosyjskiej inwazji uruchomiła kilka projektów mających na celu pomoc Ukraińcom przybywającym do Niemiec. Jest również dyrektorką „Business Woman”, magazynu dla odnoszących sukcesy ukraińskich kobiet w Niemczech.

Oksana Shoorlemmer. Archiwum prywatne

Bo Niemcy to duży kraj

– Kwestia nowej fali uchodźców z Ukrainy rzeczywiście jest omawiana przez władze – mówi Oksana Schoorlemmer. – Nikt nie wie, czego się spodziewać, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych rozważa różne scenariusze.

W moim kraju związkowym, Meklemburgii-Pomorzu Przednim, są puste lokale, zarezerwowane przez władze dla nowej fali osób z Ukrainy

Tak było również po pierwszej fali emigracji, w 2022 r. Władze przygotowywały się na ewentualność napływu dużej liczby uchodźców, w razie pogorszenia się sytuacji. I niestety tak właśnie się stało.

To zawsze zależy od wydarzeń w Ukrainie. Na przykład gdy Rosja zintensyfikowała bombardowania Charkowa jesienią 2024 r., nasza organizacja odbierała wiele telefonów z tego regionu. Wiele telefonów było też po skandalu w Gabinecie Owalnym. Ludzie się przestraszyli, że będzie jeszcze gorzej.

Kateryna Kopanieva: – Czy Ukraińcy są dziś przyjmowani w Niemczech na takich samych warunkach, jak w 2022 roku?

Oksana Schoorlemmer: – Tak, ale w wielu landach mogą już być dla nich miejsca. Nie dotyczy to jednak osób, które zamierzają tylko odwiedzić bliskich. Za to jeśli jakaś Ukrainka przyjechała tu po rozpoczęciu wojny, a teraz chce sprowadzić swoich rodziców lub dzieci z Ukrainy, może to zrobić, nawet jeśli w landzie, w którym przebywa, nie ma już miejsc.

Sytuacja wygląda inaczej w przypadku osób, które nie mają tutaj bliskich krewnych. Jeśli dana osoba przyjedzie do jakiegoś miasta, ale okaże się, że ten land już jej nie przyjmie, zostanie wysłana do innego landu. Sytuacja z miejscami szybko się zmienia.

A jeśli nie będzie miejsc w żadnym landzie?

To się jeszcze nie zdarzyło. Niemcy to duży kraj, zawsze gdzieś jest miejsce. Jednak w takim przypadku imigrant nie będzie możliwości wyboru: jeśli powiedzą ci, żebyś pojechała na przykład do Berlina, nie będziesz mogła powiedzieć, że chciałabyś pojechać do Monachium.

Większość Ukraińców w Niemczech szuka mieszkań do wynajęcia na własną rękę. Czy jest szansa, że władze im w tym pomogą?

Tak, ale poszukiwania mogą zająć dużo czasu, ponieważ wolnych mieszkań prawie nie ma. W 2022 roku wszystko było inaczej: w pierwszych tygodniach wojny na pełną skalę setki Niemców, w tym bardzo zamożnych, dzwoniło do mnie i bezpłatnie oferowało swoje mieszkania i domy Ukraińcom. Moja przyjaciółka oddała im do dyspozycji swój pięciogwiazdkowy hotel.

Później wprowadzono specjalny program: państwo rekompensowało czynsz tym, którzy zakwaterowali Ukraińców. Ten program nadal działa, ale ci, którzy chcieli wynajmować mieszkania jego w ramach, już to zrobili. Ponadto w Niemczech obowiązują pewne standardy: minimum 12 metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej na osobę. W związku z tym rodzina z dwójką lub trójką dzieci powinna mieć duże mieszkanie, a takie trudno znaleźć.

Gdzie mieszkają osoby, które nie znalazły stałego zakwaterowania?

W naszym landzie są one najpierw goszczone przez Hotel „Europa”. Po pierwszym dniu w tym hotelu Ukrainiec składa wniosek do urzędu miasta – a jeśli zostanie potwierdzone, że land, do którego przybył, przyjmuje uchodźców, rozpoczyna się papierkowa robota. Podczas szukania zakwaterowania przez imigranta i koordynatorów (może to być Czerwony Krzyż lub np. nasza organizacja) imigrant może zostać umieszczony w akademiku lub innym specjalnie wyposażonym lokalu dla Ukraińców. W 2022 roku były to szkoły i aule z namiotami.

Podczas rosyjskiej inwazji Niemcy przyjęły najwięcej Ukraińców — ponad 1 110 600. Zdjęcie: AP/Associated Press/Eastern News

Bonus tylko dla aktywnych

Pokutuje przekonanie, że Ukraińcy w Niemczech mogą „wiecznie chodzić do szkoły i otrzymywać pomoc społeczną”. A szkoła oznacza integracyjne kursy językowe. Jak dotąd statystyki zatrudnienia Ukraińców w Niemczech nie są imponujące.

Niestety niektórzy Ukraińcy naprawdę nie chcą pracować.

Niemcy są jedynym krajem w UE, w którym Ukraińcy nadal otrzymują pełne świadczenia

Obejmują one zasiłki na życie (450 euro miesięcznie dla dorosłych, 250 dla dzieci) i mieszkania, za które czynsz jest w pełni pokrywany przez państwo. Niektórzy uchodźcy, uznawszy, że pensja (jeśli nie mówisz po niemiecku, prawdopodobnie jest to płaca minimalna) byłaby niemal równa ich zasiłkom, nie spieszą się z poszukiwaniem pracy. Jednak tak zachowują się głównie ci, którzy już w Ukrainie szukali okazji do nicnierobienia. A ci, którzy pracowali, rozwijali się, to samo robią w Niemczech.

Dlatego ktoś uczy się niemieckiego od zera do poziomu B2 w rok, a ktoś inny nie jest w stanie zdać egzaminu A2 lub B1 przez trzy lata.

Obecnie zasady dotyczące ukraińskich uchodźców stały się bardziej rygorystyczne: nie możesz wiecznie „chodzić do szkoły”. Wcześniej po zdaniu egzaminu z niemieckiego na poziomie B1 dana osoba mogła być pewna, że będzie mogła kontynuować naukę na poziomie B2. Teraz państwo płaci za kurs B2 tylko wtedy, gdy przekonasz urząd pracy, że naprawdę go potrzebujesz. Możesz na przykład udowodnić, że na twoją specjalizację jest duże zapotrzebowanie, a jeszcze lepiej – pokazać ofertę pracy lub praktyki. W takich przypadkach najprawdopodobniej pozwolą ci dalej studiować. Jeśli jednak nie możesz udowodnić zapotrzebowania, zostaniesz skierowana do pracy.

Dlatego dla aktywnych osób, które spełniają wszystkie wymagania programu integracyjnego, urząd pracy jest pomocą. A dla tych, którzy szukają okazji do nicnierobienia, jest stresujący, ponieważ muszą przyjść i zgłosić, jak idzie im poszukiwanie pracy

W jakich branżach Ukrainiec ze znajomością niemieckiego na poziomie B1 może znaleźć pracę w Niemczech?

Mogą to być restauracje, kawiarnie czy hotele. W Schwerinie są dwa McDonald’sy, w których prawie wszyscy pracownicy to Ukraińcy. Niemcy chcą zatrudniać naszych, bo oni pracują szybko, sprawnie i nie stawiają dodatkowych warunków (podczas gdy np. uchodźcy z Syrii w restauracjach nie mogą mieć kontaktu z wieprzowiną). Z B1 może to być też praca w biurze lub organizacji wolontariackiej. Jeśli poziom języka jest niższy, pozostaje sprzątanie, magazyny i kuchnie hotelowe.

Jeśli jednak dana osoba nauczy się języka, ma wszelkie szanse na znalezienie dobrej pracy. W Niemczech są takie możliwości. Na przykład znając niemiecki na poziomie B2 możesz iść na bezpłatne studia. Na uczelniach jest wiele różnych specjalizacji – w szczególności związanych z biznesem czy ekonomią. Po wstąpieniu na uczelnię wyższą osoba studiuje przez tydzień, a przez drugi pracuje, zdobywając praktyczne umiejętności. Jeśli dobrze się spiszesz, masz szansę na utrzymanie pracy i uzyskanie europejskiego dyplomu. Nauka trwa zazwyczaj cztery lata (jeśli osiągasz bardzo dobre wyniki, może być krótsza). To okazja na przykład dla tych, którzy w Ukrainie byli prawnikami czy ekonomistami, by zostać tutaj doradcami finansowymi. W Niemczech to dziś bardzo popularny zawód. Możesz także studiować, by zostać dyplomowaną pielęgniarką. To również poszukiwany zawód.

Ukraińscy uchodźcy w kuchni jednej z niemieckich restauracji, 2024 r. Zdjęcie: Uwe Anspach/DPA/DPA Picture-Alliance za pośrednictwem AFP/East News

A jak niemieccy pracodawcy patrzą na ukraińskie dyplomy?

Przychylnie, jeśli dyplom jest nostryfikowany w Niemczech. By to zrobić, musisz zdać niemiecki egzamin B2 i złożyć wniosek o uznanie dyplomu w Centralnym Rejestrze Unii Europejskiej. By pomóc w tym Ukraińcom, jako państwowa doradczyni ds. uznawania zagranicznych dyplomów uruchomiłam projekt, który nazwaliśmy „Szansa dla Meklemburgii-Pomorza Przedniego”. Jego istotą jest to, że nie tylko pomagamy ludziom potwierdzić ich dyplomy, ale także natychmiast szukamy dla nich pracy. Stworzyliśmy całe katalogi Ukraińców o różnych specjalnościach i szukaliśmy dla nich ofert pracy. Pomagaliśmy im pisać CV i towarzyszyliśmy im na rozmowach kwalifikacyjnych.

Nawiasem mówiąc, Niemcy są zszokowani tym, że niektórzy Ukraińcy mają trzy lub cztery dyplomy. Tym bardziej że wielu uchodźców np. uchodźców z Syrii nie ukończyło żadnej szkoły

Projekt pomógł znaleźć pracę setkom Ukraińców, w tym wielu lekarzom i nauczycielom. Jako że do Niemiec przybyła ogromna liczba dzieci, poszukiwani byli nauczyciele ze znajomością ukraińskiego. Jednak później okazało się, że ukraińskie klasy integracyjne były błędem – bo nie było żadnej integracji. Zajęcia prowadzono w języku ukraińskim, a dzieci rozmawiały ze sobą tylko po ukraińsku, co oznaczało brak postępów w niemieckim. Kiedy rodzice zdali sobie z tego sprawę, zaczęli prosić o przenoszenie swoich dzieci do zwykłych klas niemieckich. Bo wtedy zdawałyby egzaminy tak jak dzieci niemieckie.

Psycholodzy poszukiwani

Wracając do specjalizacji: mogę powiedzieć, że nadal istnieje zapotrzebowanie na ukraińskojęzycznych psychologów, którzy mogliby pracować zarówno z dorosłymi, jak z nastolatkami. Wielu Ukraińców potrzebuje pomocy psychologicznej. Na początku inwazji w naszym ponadmilionowym landzie było tylko sześcioro psychologów mówiących po ukraińsku lub rosyjsku. To był ogromny problem, ponieważ zdarzało się, że dzieci atakowały swoich rodziców, a jedna Ukrainka nawet się powiesiła.

Stres powoduje poważne choroby i opóźnia leczenie. Od wybuchu wojny pochowaliśmy już sześć Ukrainek, które zmarły na raka. Nie zwracały uwagi na znaki ostrzegawcze, nie poddawały się badaniom, a potem było już za późno.

To przerażające, gdy przypomnimy sobie, jak potem odsyłaliśmy ich dzieci do Ukrainy, bo krewnych miały tylko tam

Teraz dzięki programowi Ministerstwa Polityki Społecznej wiele Ukrainek, które przyjechały tu z dyplomami nauczycielskimi, ukończyło specjalny kurs i zostało trenerkami. To kolejny przykład, jak ludziom udało się znaleźć pracę w swojej dziedzinie i teraz pomagają innym.

Które kategorie Ukraińców mają większe szanse na znalezienie pracy i zbudowanie sobie w Niemczech życia?

Ci, którzy stracili w Ukrainie wszystko. Rozumieją, że nie ma już odwrotu, i robią wszystko, by odbudować swoje życie. Są niesamowite historie. Na przykład Natalii, która przyjechała tu z dwójką dzieci. Jej mąż zginął na wojnie, a wkrótce potem zdiagnozowano u niej raka. Nie poddała się i podczas chemioterapii intensywnie uczyła się niemieckiego. Zdała egzamin B2, a po zakończeniu leczenia znalazła pracę w firmie zajmującej się opieką nad osobami starszymi. Niedawno została kierowniczką działu.

Takie przykłady robią wrażenie zarówno na nas, jak na Niemcach. Ci ostatni często porównują Ukraińców do Syryjczyków.

Z Syrii przyjeżdżają młodzi mężczyźni z rodzinami. A z Ukrainy przyjeżdżają kobiety z dziećmi – i wielu z nich udało się zrobić więcej w ciągu trzech lat niż mężczyznom z innych krajów w ciągu dziesięciu

Szczerze podziwiam też naszych przedsiębiorców. Na przykład kobiety, które w Ukrainie pracowały w branży kosmetycznej, nie siedzą tu na zasiłku ani jeden dzień: od razu znajdują klientów, a wiele z nich otwiera własne salony.

Federalny minister pracy Hubertus Heil (po prawej) wita Alionę Kameniuk, uchodźczynię z Ukrainy, podczas wizyty w przedszkolu. Za nim stoi ambasador Ukrainy w Niemczech Aleksiej Makejew i Karl-Josef Laumann, minister pracy, zdrowia i spraw społecznych Nadrenii Północnej-Westfalii. Zdjęcie: Rolf Vennenbernd/DPA/DPA Picture-Alliance za pośrednictwem AFP/East News

Za co niemiecki paszport

Domyślam się, że miejscowi cenią sobie ukraińską obsługę.

Tak, lubią. Ale wśród naszych jest duża konkurencja. I tu jest jeden niezbyt przyjemny moment. Wspomniani Syryjczycy również otwierają salony i normalnie ze sobą koegzystują, bo uważają, że pieniędzy wystarczy dla wszystkich. A Ukraińcy – zwłaszcza ci, którzy przybyli do Niemiec przed wojną – nie zawsze są zadowoleni, widząc swoich rodaków na rynku. Posuwają się nawet do pisania na nich skarg.

W takich przypadkach zawsze mówię, że nie możemy prosić kraju nas goszczącego o tolerancję, dopóki nasi rodacy nawzajem się podgryzają

Ogólnie rzecz biorąc, Ukraińcy są mile widziani na niemieckim rynku pracy. Wszystkie te programy integracyjne istnieją nie bez powodu: populacja Niemiec się starzeje. Szacunki pokazują, że do 2036 r. ponad 80 procent populacji będzie w wieku 60+. Niemcy bardzo potrzebują osób w wieku produkcyjnym.

Zarazem Ukraińcy przebywają obecnie w Niemczech tylko w ramach ochrony tymczasowej. Czy ci, którzy chcą pozostać, mają na to szansę?

Istnieją pewne opcje. Na przykład nadal istnieje prawo, które pozwala uzyskać niemiecki paszport po trzech latach nieprzerwanej pracy w Niemczech. Jeśli płacisz podatki przez te trzy lata i znasz niemiecki na poziomie B2, a do tego zdasz egzamin z nauk politycznych, możesz zostać obywatelem tego kraju. Co stanie się z tymi, którzy nie pracują – jeszcze nie wiadomo. Mówię „jeszcze”, ponieważ wraz z nadejściem nowego rządu ustawodawstwo migracyjne może ulec zmianie. Niestety prawicowe nastroje są obecnie w kraju bardzo silne, co wpływa na ogólne nastawienie do migrantów i ich perspektywy.

Jak Niemcy reagują na ostatnie wydarzenia na świecie? W krajach bałtyckich toczą się poważne dyskusje na temat przygotowań do ewentualnej wojny.

Niedawno mój 14-letni syn wrócił do domu ze szkoły i powiedział: „Mamo, musimy przygotować się do wojny”. Powiedziano mu, że szkolenie wojskowe rozpocznie się w szkołach od 14. roku życia. Rząd zwiększa wydatki na obronność i dużo się o tym mówi. Jednocześnie 60 procent Niemców nie chce słyszeć o wojnie. Są „zmęczeni” wojną w Ukrainie i nie są gotowi myśleć o tym, że ona może przyjść do ich domów. Niestety wiele osób tutaj nie uczyło się historii. Właśnie dlatego skrajnie prawicowa prorosyjska AfD [Alternatywa dla Niemiec – red.] zyskuje na popularności. Jeśli spojrzeć na to, jak ludzie głosowali w ostatnich wyborach, widać, że podział przebiega wzdłuż dawnej granicy między NRD a RFN – wschodnie Niemcy poparły AfD. To smutny, wręcz przerażający trend.

20
хв

Ukrainiec nad Renem: język, wsparcie, praca, przyszłość

Kateryna Kopanieva
abotak aborcja warszawa polska klinika

Lokalizacja kliniki AboTak nie jest przypadkowa. To właśnie przy ulicy Wiejskiej znajduje się nie tylko Sejm, ale także siedziba Platformy Obywatelskiej i Kancelaria Prezydenta RP, czyli te miejsca na politycznej mapie Polski, w których zapadają najważniejsze dla kraju decyzje. Dlatego bojowniczki o prawo kobiet do aborcji, jak oświadczyły na konferencji prasowej podczas otwarcia kliniki, postanowili „zagarnąć kawałek tej ulicy dla siebie”.

Od teraz każdy, kto potrzebuje aborcji, informacji lub po prostu wsparcia, może tu przyjść.

– To centrum siostrzeństwa – mówią aktywistki. – Siostrzeństwo jest potrzebne i cenne zawsze, ale szczególnie dziś, gdy politycy nadal blokują zmiany w prawie aborcyjnym

Odłożona została nie tylko ustawa liberalizująca aborcję, ale także zmiany, które podczas kampanii wyborczej nazywano „minimalnymi”. Mowa o dekryminalizacji aborcji, czyli zmianach w kodeksie karnym, zgodnie z którymi osobie pomagającej w aborcji nie groziłoby już więzienie. W Polsce kobiety nie są ścigane za nielegalną aborcję, ale już pomoc w aborcji jest przestępstwem. Za przeprowadzenie nielegalnej aborcji lekarzom grozi do 3 lat więzienia. To prawo ich paraliżuje.

W Polsce aborcja jest legalna w dwóch przypadkach: gdy jest wynikiem czynu zabronionego, jak gwałt czy kazirodztwo, oraz gdy stanowi zagrożenie dla zdrowia i/lub życia kobiety. W tym drugim przypadku aborcja jest trudna do przeprowadzenia właśnie dlatego, że pomocnictwo podlega karze. Lekarze często odmawiają przerwania ciąży, nawet jeśli jest konieczna ze względu na zagrożenie dla płodu czy matki, powołując się na tzw. klauzulę sumienia. W minionych latach kilka kobiet zmarło dlatego, że lekarze odmówili przerwania ciąży na późnym etapie, mimo że stanowiła ona bezpośrednie zagrożenie dla ich życia.

Do października 2020 r., w ramach tak zwanego kompromisu aborcyjnego z 1993 r., aborcje z powodu wad płodu, w tym zagrażających jego życiu (poronienie), były uznawane za legalne. Jednak w 2020 r. Trybunał Konstytucyjny także je uznał za nielegalne.

Od tego czasu według Ministerstwa Zdrowia RP liczba legalnych aborcji w Polsce spadła dziesięciokrotnie. W 2021 roku odnotowano 107 aborcji, gdy w 2020 roku – 1076. Tyle że oficjalne statystyki nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

ADT szacuje, że co roku Polki dokonują ponad 100 000 aborcji

W ubiegłym roku Aborcyjny Dream Team pomógł około 50 tysiącom kobiet uzyskać dostęp do aborcji farmakologicznej, która jest najczęstszą metodą przerywania niechcianej ciąży.

Działaczki ADT podkreślają, że klinika AboTak będzie miejscem, w którym nie tylko będą domagać się dostępu do aborcji, ale także przeprowadzać ten zabieg. Obecnie ośrodek oferuje aborcję medyczną (przy użyciu pigułek), a kobietom, które potrzebują aborcji chirurgicznej, pomaga znaleźć odpowiednią placówkę za granicą, zorganizować transport, a w szczególnych przypadkach także wsparcie finansowe. Ośrodek oferuje również bezpłatne testy ciążowe i porady medyczne.

Natalia Broniarczyk podkreśla, że ADT pomaga każdemu, kto potrzebuje pomocy w dostępie do aborcji.

– Codziennie zgłaszają się do nas nie tylko Polki, ale także kobiety z Ukrainy. Od początku wojny na pełną skalę ponad 3000 kobiet z Ukrainy dokonało aborcji z naszą pomocą – mówi. I dodaje, że ADT nie jest jedyną organizacją, w której ludzie mogą uzyskać pomoc. Wiele osób zwraca się też do Martynki, organizacji założonej przez ukraińskie kobiety.

Martynka została założona 19 dni po rozpoczęciu wielkiej wojny w Ukrainie. W ciągu trzech lat działalności otrzymała około 4000 próśb o pomoc, a liczba ta podwoiła się w ciągu ostatniego roku. To sprawy związane z przemocą i handlem ludźmi.

Jeśli potrzebujesz rozmowy lub porady, przyjdź na Wiejską 9. Jesteśmy tu dla każdej z was. Nie jesteś sama – zapewniają założycielki ośrodka.

20
хв

AboTak – w Warszawie otwarto pierwszą w Polsce klinikę aborcyjną

Anna J. Dudek

Możesz być zainteresowany...

Ексклюзив
20
хв

Wiedza to nasz pierwszy schron

Ексклюзив
20
хв

Przykład z północy. Czego możemy nauczyc się od Szwedów?

Ексклюзив
20
хв

Agresor i zaatakowany to nie są takie same ofiary wojny

Skontaktuj się z redakcją

Jesteśmy tutaj, aby słuchać i współpracować z naszą społecznością. Napisz do nas jeśli masz jakieś pytania, sugestie lub ciekawe pomysły na artykuły.

Napisz do nas
Article in progress