Społeczeństwo
Репортажі з акцій протестів та мітингів, найважливіші події у фокусі уваги наших журналістів, явища та феномени, які не повинні залишитись непоміченими

Ponad połowa uchodźców nie jest pewna, czy po wojnie wrócić do kraju, czy zostać w Polsce — NBP
„Zdecydowana większość uchodźców miała trudności z odpowiedzią na pytanie, czy planuje pozostać w Polsce, czy wrócić na Ukrainę (56%). Niepewność utrzymywała się również wśród imigrantów sprzed wojny (37%). Z perspektywy roku 2022 widać, że pomimo upływającego czasu proporcje odpowiedzi są stabilne. Oświadczenia o szybkim powrocie na Ukrainę w 2023 r. pojawiały się częściej wśród uchodźców (7% odpowiedzi), podczas gdy obecnie zarówno wśród przedwojennych imigrantów, jak i uchodźców prawie całkowicie zanikły (2% odpowiedzi)”, – czytamy w badaniu Narodowego Banku Polskiego.
Oświadczenia o zamiarze stałego pobytu w Polsce pozytywnie korelują ze znajomością języka polskiego
Wśród przedwojennych imigrantów, którzy dobrze znają język polski, 55% deklaruje zamiar pozostania w Polsce na stałe (w porównaniu z 27-28% osób o słabszej znajomości języka polskiego). Wśród uchodźców dobrze znających język polski 31-34% (w zależności od płci) zadeklarowało zamiar pozostania w Polsce na stałe. Wśród uchodźców słabiej znających język odsetek ten wynosi 14-18%.
Imigranci mieszkający poza dużymi miastami rzadziej deklarują zamiar pozostania w Polsce na stałe
„Istnieją duże różnice między możliwościami znalezienia dobrze płatnej i stabilnej pracy w dużych aglomeracjach miejskich a takimi możliwościami w mniejszych ośrodkach, co prawdopodobnie wpływa na plany imigrantów dotyczące stałego pobytu w Polsce. Zamiar pozostania dominuje wśród imigrantów mieszkających w dużych miastach” – czytamy w raporcie NBP.
Różnica ta jest szczególnie widoczna wśród imigrantów, którzy przybyli do Polski przed wojną. W ich przypadku osób mieszkających w miastach wojewódzkich i chcących pozostać w Polsce na stałe jest o dziesięć procent więcej (54%) niż osób mieszkających poza aglomeracjami (44%).
Najczęściej chęć pozostania w Polsce wyrażali mężczyźni, którzy przybyli z dziećmi lub z całą rodziną.
Migracja do Polski spowodowana pełną wojną w Ukrainie spowodowała przybycie przede wszystkim kobiet i dzieci. Jednocześnie badania pokazują, że kobiety rzadziej deklarują chęć pozostania w Polsce na stałe, niezależnie od tego, czy są uchodźczyniami, czy przybyły do Polski przed wojną. Natomiast mężczyźni, zwłaszcza jeśli przebywają w Polsce z rodzinami, znacznie częściej deklarują chęć pozostania na stałe.
Hipotetyczne zawarcie pokoju na Ukrainie nie powinno wpłynąć na decyzję większości przedwojennych imigrantów. Jak wpłynie to na decyzję uchodźców, niezwykle trudno jest ocenić.
„Tylko 24% uchodźców odpowiedziało, że decyzja o pokoju nie zmieni ich zamiaru pozostania. Ponad 40% uchodźców nie ma decyzji, co zrobią w takiej sytuacji. Wśród przedwojennych imigrantów liczba tych, którzy chcą pozostać w każdym przypadku, wynosi ponad 50% ankietowanych. Nawiasem mówiąc, ci, którzy zadeklarowali konkretne działania i nie są zdezorientowani, stanowią mniejszość w obu grupach” – pisze NBP.
Około 5% imigrantów zakłada, że po zawarciu pokoju będą spędzać czas zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, a 4% respondentów zadeklarowało, że przeniesie rodzinę z Ukrainy do Polski.
„Deklarację pozostania w Polsce nawet po zawarciu pokoju można powiązać z oczekiwaniem łatwiejszego połączenia rodzin na emigracji po zakończeniu działań wojennych. W podobny sposób można interpretować wyższy odsetek przedwojennych imigrantów, którzy deklarują, że pozostaną w Polsce po hipotetycznym podpisaniu pokoju, niż tych, którzy w takiej sytuacji rozważają możliwość powrotu na Ukrainę” – czytamy w komunikacie.
Chęć pozostania w Polsce w największym stopniu determinują czynniki związane z rynkiem pracy
Podobnie jak w 2024 r., dwie najczęstsze odpowiedzi na pytanie o czynniki, które mogą wpłynąć na przedłużenie pobytu w Polsce, to możliwość utrzymania siebie i rodziny (44%) oraz satysfakcja z pracy (38%).
W porównaniu z sytuacją w zeszłym roku możliwość utrzymania siebie i rodziny była wybierana nieco rzadziej (w 2024 roku było to ponad 48% odpowiedzi), natomiast ludzie częściej wskazywali na wpływ satysfakcji z pracy (w 2024 roku było to 35% odpowiedzi). Nieco częściej (szczególnie wśród przedwojennych imigrantów) wskazywano na przyjazd innych członków rodziny z Ukrainy jako czynnik, który wpłynąłby na decyzję o pozostaniu w Polsce na dłużej.
(PAP Biznes)

Witalij Sych: Nie powtarzajmy lekcji z “Ogniem i mieczem”
Witalij Sych to legenda ukraińskiego dziennikarstwa – w 2013 roku, nie godząc się na cenzurę reżimu Janukowycza, trzasnął drzwiami w tygodniku „Korrespondent” i zbudował od zera własne imperium medialne NV (New Voice). Dziś, w grudniu 2025 roku, zarządza 200-osobową redakcją między alarmami bombowymi a przerwami w dostawie prądu. Jego audycje są dla milionów Ukraińców codzienną dawką trzeźwej analizy i czarnego humoru. Między jednym blackoutem a drugim, walcząc o to, by zdążyć ugotować obiad dla dzieci rozmawia z Jerzym Wójcikiem.

Jerzy Wójcik: Ile mamy czasu?
Witalij Sych: Jakieś 30 minut. Mam prąd jeszcze przez godzinę. Porozmawiam z tobą, a potem zostanie mi godzina, żeby ugotować coś dzieciom na kuchence elektrycznej. Od 15:00 do 22:00 nie będziemy mieli prądu. A na kuchence elektrycznej bez prądu nic nie ugotujesz.
Fakty są takie: w ciągu ostatnich trzech dni sytuacja energetyczna drastycznie się pogorszyła. Mamy prąd przez trzy godziny, a potem przez osiem lub dziewięć godzin go nie ma.
Życie podpięte do generatora
Ludzie w Europie – w Polsce czy Hiszpanii – nie potrafią sobie tego wyobrazić. Gdy następuje godzinny blackout, myślą, że to apokalipsa. Ile takich "końców świata" macie w ciągu dnia?
W poprzednim życiu też myślałem, że godzina bez prądu to koniec świata. Niestety, przywykliśmy do cyklicznych wyłączeń, ale tym razem to tryb awaryjny. Przez dwa tygodnie mieliśmy zmasowane ataki rakietowe. Rosjanie trafili w obiekty energetyczne. Mamy prąd od południa do 15:00. Potem ciemność do 22:00, a może światło wróci dopiero w nocy. Nie wiemy.
Musisz rozdzielić życie na zawodowe i prywatne. W biznesie jedynym sposobem na przetrwanie są generatory – diesla lub gazowe. W pracy mamy potężny, dwutonowy generator diesla, więc prąd jest zawsze. To oznacza jednak gigantyczne koszty: paliwo, obsługa, naprawy.
Mimo to musimy działać. W mojej redakcji, NV, pracuje 200 osób. Wiesz, że 23 z nich jest teraz na froncie? W tym trzy dziewczyny – dziennikarka sportowa i prezenterka radiowa. Połowa kraju walczy, druga połowa pracuje, żeby utrzymać gospodarkę.
Ja jutro mam talk-show na żywo, a 18 grudnia prowadzę wielkie wydarzenie z udziałem wojskowych i polityków. Muszę być gotowy, nawet jeśli w domu siedzę po ciemku. Kawiarnie, fryzjerzy, apteki – wszyscy radzą sobie jak mogą. Ale spójrz na duże biznesy, np. Goodwine, największy sklep z winami. Oni mają generatory Caterpillar wielkości wagonu kolejowego. Hałasują, śmierdzą, ale to jedyny sposób, by nie zbankrutować. Problem pojawia się, gdy prądu nie ma przez 10 godzin ciągiem. Nawet te maszyny czasem nie wytrzymują.
W domu generator jest niemożliwy – to łamanie przepisów przeciwpożarowych. Dlatego każde ukraińskie dziecko zna dziś słowo „EcoFlow”. To taka amerykańska bateria z inwerterem. EcoFlow to iPhone wśród baterii. Pozwala podtrzymać życie: lodówkę, Wi-Fi, oświetlenie. Nie zagotujesz wody na herbatę, nie upieczesz nic w piekarniku, ale przetrwasz. Gdy prąd wraca, rzucasz się do ładowania EcoFlow.
Mieszkam na 20. piętrze. W wieżowcach nie ma gazu. Bez prądu nie gotujesz. Możesz iść do kawiarni (gdzie mają generator) albo kupić banany. Ale dzieci to nie małpy, nie mogą żyć tylko na bananach.
Jest też problem, którego normalna osoba sobie nie wyobraża: na 20. piętrze potrzebujesz windy. Odkryliśmy też brutalną prawdę: woda i ogrzewanie w wieżowcach działają dzięki pompom elektrycznym. Dwie godziny po wyłączeniu prądu kran wysycha.
Jak sobie z tym radzicie?
W moim bloku znaleźliśmy rozwiązanie. Zrobiliśmy zrzutkę. Połowa mieszkań wpłaciła po około 250 euro. Kupiliśmy inwerter i baterię dla budynku. Dzięki temu jedna z trzech wind działa zawsze, nawet bez prądu z sieci. Ale uwaga – dostęp mają tylko ci, którzy zapłacili. Używają specjalnej karty chipowej, jak w hotelu. Nie masz karty? Ćwiczysz chodzenie po schodach. To brutalne, ale skuteczne.
Mamy też aplikację „Kyiv Digital”. To nasze centrum dowodzenia. Wysyła powiadomienia o alarmach przeciwlotniczych i harmonogram wyłączeń prądu.

Rutyna zamiast nadziei
My w Polsce, Europie mamy plany biznesowe, życiowe. Zakładamy, że przyszłość nadejdzie i będzie w miarę komfortowa. Jak wy planujecie, wiedząc, że wszystko może runąć w jednej chwili?
My też mamy nadzieję, że przyszłość nadejdzie. Ale ta wojna ciągnie się prawie cztery lata. To dla nas druga wojna światowa. Przez pierwsze trzy lata było znośnie, ale teraz jest trudniej, bo nie widać końca. Kiedyś myśleliśmy, że wojna skończy się szybko – wtedy nastrój był inny.
Jest taki cytat, chyba Viktora Frankla z obozu koncentracyjnego, który teraz wszyscy przypominają: „Pierwsi załamali się ci, którzy wierzyli, że to się zaraz skończy. Potem ci, którzy wierzyli, że skończy się kiedyś. Przetrwali ci, którzy nie oczekiwali niczego i skupili się na rutynie”.
Jeśli masz wygórowane oczekiwania – frustrujesz się. Jeśli traktujesz wojnę jako rutynę – trwasz. Ukraina jest chyba największym nabywcą generatorów na świecie. Ludzie masowo inwestują w panele słoneczne i inwertery. Zdecentralizowaliśmy system energetyczny.
Mamy teraz setki małych jednostek generujących prąd, w które Rosjanom trudno trafić. Paradoksalnie to może nas zmodernizować. Staniemy się jednym z najbardziej zaawansowanych energetycznie krajów w Europie, bo musimy.
Co sprawia, że wytrzymaliście tak długo? Nie znam innego narodu, który przetrwałby cztery lata takiej wojny. Obawiam się, że inne społeczeństwa europejskie upadłyby po miesiącu.
Golda Meir, która urodziła się w Kijowie, zapytana o sukces Izraela, powiedziała: „Nie mieliśmy alternatywy”. My też jej nie mamy.
Jestem zaskoczony, że nasza armia stawiła czoła tak wielkiej sile. To kwestia gotowości na śmierć. Walczymy z krajem, w którym życie jednostki nie ma żadnego znaczenia. Tam rodziny cieszą się z samochodu Łada, który dostają za zmarłego syna.
Nowoczesna wojna to drony. Nawet najnowocześniejsze czołgi, które kupuje Polska, mogą zostać zniszczone przez drony w pół godziny. Liczy się nowoczesna technologia. Zepchnęliśmy rosyjską flotę do Noworosyjska, używając dronów morskich.
Wielu ludzi zostało w Ukrainie. Około 6 milionów wyjechało, ale wielu wróciło. Woleli wrócić do domu, pod ostrzał, niż być obywatelami drugiej kategorii na zachodzie Europy. Moja żona i dzieci były w Dublinie przez półtora roku. To było trudne. Wrócili. Nie tylko z tęsknoty. W Irlandii jest gigantyczny kryzys mieszkaniowy. Ceny są kosmiczne. Moja rodzina musiała mieszkać kątem u starszego irlandzkiego małżeństwa, bardzo miłych ludzi po 70-tce. Ale wiesz życie w gościach to nie życie. Dzieci nie chcą wyjeżdżać, mimo że widzą wybuchy z okna. W szkole mają protokół – 3 minuty na zejście do schronu, bo rosyjskie pociski balistyczne są bardzo szybkie.
Pijany wujek z Ameryki i koniec Europy
Przejdźmy do polityki. Nowa strategia USA brzmi niepokojąco. Wygląda na to, że Ameryka traktuje teraz Europę przedmiotowo. Jeśli ktoś z UE wesprze Ukrainę wbrew woli Waszyngtonu, zostanie „reedukowany”. Imperium zmienia front?
Administracja Trumpa zmienia zasady gry. Trump chce zakończyć wojnę, ale nie obchodzi go, na jakich warunkach. Chce dobić targu z Rosją. Ukraińcy i Europejczycy są dla niego przeszkodą w zdobyciu Pokojowej Nagrody Nobla.
Dla nas kluczowe są gwarancje bezpieczeństwa. Jeśli oddamy ufortyfikowane miasta w Donbasie, takie jak Słowiańsk czy Kramatorsk, staniemy się bezbronni. Rosjanie zawsze oszukują. Jeśli zdobędą te fortyfikacje, za trzy miesiące zaatakują z lepszej pozycji.
Inne kwestie są negocjowalne, ale pamiętaj o skali. Mamy armię liczącą (nawet po redukcjach) około 600 tysięcy, a w porywach milion ludzi. Dla porównania: Wielka Brytania ma armię liczącą 80 tysięcy żołnierzy. Utrzymanie miliona ludzi z bronią kosztuje fortunę. Jeśli wojna się skończy, a my nie dostaniemy wsparcia finansowego, to państwo tego nie udźwignie.
Trump zatrudnił rodzinę i partnerów biznesowych do negocjacji. To nieprofesjonalne. Steve Witkoff, partner biznesowy Trumpa, doradza teraz w sprawach wojny. Boimy się scenariusza, który brzmi jak żart, ale może nim nie być. Jeśli sankcje zostaną zdjęte, firmy związane z Trumpem mogą nagle zacząć inwestować w ukraińskie nieruchomości za... rosyjskie pieniądze. Oczywiście "przypadkowo". To może być forma pośredniej łapówki.
Jak możemy polegać na partnerze, który zachowuje się jak pijany wujek?
Trump nie będzie rządził wiecznie. Ma 2–3 lata. Musimy negocjować, próbować go przekonać. Europejczycy robią tu dobrą robotę. Macron, Keir Starmer z Wielkiej Brytanii, Alexander Stubb z Finlandii – oni wszyscy próbują „przetłumaczyć” Trumpowi rzeczywistość na jego język. Uświadomić mu, co to wszystko oznacza dla jego interesów.
Jest też trzecia droga – powiedzieć mu „spadaj” i radzić sobie samemu, ale czy nas na to stać? Dla Europy zagrożenie jest wciąż teoretyczne, dla nas – egzystencjalne. Putin nie ma powodu, by akceptować pokój, chyba że poczuje siłę. Jeśli zobaczy, że jego gospodarka upada, a my mamy Tomahawki, wtedy usiądzie do rozmów.
Europa musi zrozumieć, że outsourcing bezpieczeństwa do USA był błędem. Musicie zwiększyć wydatki na zbrojenia. Polska robi to dobrze. Jeśli USA się wycofają, potrzebujemy nowej architektury bezpieczeństwa: Europa Północna, Polska, kraje bałtyckie i Ukraina. To potężna siła.

Warszawa to Kijów, któremu się udało
Co chciałbyś powiedzieć Polakom – zwykłym obywatelom?
Jestem częściowo Polakiem, rzymskim katolikiem. Mój ojciec chrzestny nazywa się Werchowski. Jestem wam wdzięczny za wsparcie. Martwi mnie jednak trend ochłodzenia relacji.
Wszyscy widzieliśmy film “Ogniem i mieczem”. To idealna ilustracja historyczna: kłótnie polsko-ukraińskie zawsze kończyły się wzrostem potęgi Rosji. Wielkiego, brutalnego imperium, które osłabiało sąsiadów. Nie popełniajmy tego błędu.
Polska i Ukraina mają ogromny potencjał współpracy. Warszawa to dla nas Kijów, któremu się udało. Macie świetny rozwój gospodarczy. Razem stanowimy ogromną przeciwwagę dla Rosji. I nie daj się zwieść oficjalnym statystykom PKB, one kłamią. Ukraina ma potężną szarą strefę, która pozwala ludziom przetrwać i finansuje gospodarkę, choć nie widać tego w raportach.
Naszym historycznym wrogiem jest rosyjski imperializm. Mamy trudną historię – Wołyń, ale też Katyń. Bandera w Polsce jest symbolem antypolskim, w Ukrainie jest symbolem walki z Rosją. Musimy o tym rozmawiać. Powinniśmy organizować stały dialog dziennikarzy, biznesmenów i historyków. Musimy budować mosty, a nie je palić.
Czas nam się kończy.
Zostało mi 15 minut prądu, muszę usmażyć mięso dla dzieci. Mają dość tych bananów.


Anna Mierzyńska: „Trują nas małymi dawkami. A kiedy trucizna dotknie cały organizm, będzie już za późno, aby zareagować”
Anna Mierzyńska, polska analityczka zajmująca się dezinformacją i autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie”, od wielu lat bada rosyjskie operacje informacyjne i manipulacje w mediach społecznościowych. W wywiadzie dla Sestry wyjaśnia, jak działają propagandowe narracje i jak społeczeństwo może im przeciwdziałać.
Nikt nie rodzi się odporny na dezinformację
Natalia Żukowska: Ostatnie wydarzenia w Polsce, a mianowicie dywersja na kolei, pokazują, że Rosja znalazła skuteczny sposób nie tylko na zastraszanie ludzi, ale także na skierowanie ich agresji na swojego wroga – Ukraińców. Podwójne bingo. Czy w ogóle możemy przeciwstawić się machinie rosyjskiej propagandy?
Anna Mierzyńska: Podstawą do kształtowania odporności na rosyjską propagandę jest świadomość jej istnienia i podstawowa wiedza na temat mechanizmów stosowanych przez Rosję. A także dbałość o swój stan psychiczny. Bo kiedy jesteśmy w gorszym nastroju, łatwiej przyjmujemy propagandowe komunikaty. Trudniej nam myśleć krytycznie, po prostu przyjmujemy to, co nam podają, nie zastanawiając się, co za tym stoi.
Tak więc trzy elementy – świadomość, wiedza i dbałość o zdrowie psychiczne – są kluczowe dla przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie w każdym kraju.
Rosja nie tylko wśród Polaków sieje nienawiść do Ukraińców. Działa identycznie w stosunku do Niemców i Polaków, tworząc negatywny wizerunek Polski w Niemczech. Są to działania o szerokim zasięgu terytorialnym, a my wszyscy jesteśmy ich celem.
Na pierwszej linii frontu informacyjnego znajdują się użytkownicy mediów społecznościowych, czyli osoby, do których przede wszystkim skierowana jest ta „broń”.
Jeśli dezinformacja jest bronią, to możemy używać tarcz, aby się bronić, a także możemy kontratakować... czyż nie?
Czy możemy kontratakować — to pytanie wymaga poważnego strategicznego przemyślenia na szczeblu państwowym. Skupiam się na obronie — czyli na tarczy, a nie na mieczu, mówiąc obrazowo.
Nie staniemy się lepszymi propagandystami lub dezinformatorami niż oni. Ale potrzebujemy skutecznej tarczy ochronnej — i trzeba ją jak najszybciej stworzyć. Obecnie znajdujemy się w sytuacji, w której Rosja prowadzi przeciwko nam atak informacyjny, a my nie jesteśmy w ogóle chronieni. To tak, jakbyśmy stali na polu bitwy jako bezbronni cywile, a ktoś do nas strzelał.
Nie mamy nic poza własnym rozumem, ale na szczęście w tej wojnie rozum odgrywa kluczową rolę.
Niedawno w ramach programu społecznego „Młodzież w centrum” przeprowadziła Pani, wraz z policyjnym profilaktykiem, szkolenie dla ponad 3500 młodych ludzi z 14 miast Polski. Czy zauważyła Pani różnice między młodzieżą z różnych miast lub regionów pod względem świadomości na temat dezinformacji?
Był to projekt realizowany przez prywatnego inwestora, w którym pełniłam rolę prowadzącej, a jeden z policjantów brał udział w części profilaktycznej. Spotykaliśmy się z młodzieżą, rozmawialiśmy o dezinformacji, z którą najczęściej spotykają się właśnie młodzi ludzie, omawialiśmy hejt, mowę nienawiści i oszustwa internetowe. Chodziło o to, żeby uodpornić ich na dezinformację i oszustwa w mediach społecznościowych. Młodzież okazała się naprawdę otwarta. Okazało się, że chociaż młodzi ludzie potrafią sprawnie korzystać z internetu, brakuje im swego rodzaju „mapy”, która pomogłaby zorientować się, co jest czym i jak to działa. Nawet kiedy mówiłam o podstawowych rzeczach, na przykład o chatbotach takich jak GPT i o tym, że mogą one udzielać fałszywych odpowiedzi, okazało się, że wielu z uczestników warsztatów o tym nie słyszało.

Takich inicjatyw szkoleniowych powinno być znacznie więcej. Wiele lat temu, kiedy pojawiły się komputery, w Polsce organizowano liczne kursy umiejętności obsługi komputera dla wszystkich grup wiekowych. Dzisiaj potrzebne są kursy, które kształtują odporność na oszustwa internetowe i dezinformację, i to dla wszystkich grup wiekowych.
Nikt nie rodzi się odporny na dezinformację. Człowiek z natury jest ufny. Trzeba uczyć ludzi umiejętności świadomej nieufności.
Rosja walczy z Zachodem, wykorzystując zalety systemu demokratycznego na szkodę tego systemu. Czy możemy się przeciwstawić systemowi totalitarnemu?
Dopiero zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak destrukcyjna jest ta wojna dla Zachodu — wojna poznawcza, informacyjna, hybrydowa. Zazwyczaj jako ludzie wychodzimy z założenia, że nasz rozmówca nie ma zamiaru nas oszukiwać. Dzięki temu podstawowemu zaufaniu jesteśmy w stanie tworzyć wspólnoty, społeczeństwa, państwa, narody. I właśnie te fundamentalne - w wymiarze społecznym - cechy człowieczeństwa Rosja wykorzystuje obecnie przeciwko nam. Za każdym razem, gdy zdaję sobie z tego sprawę, robi mi się naprawdę niedobrze. Bo po drugiej stronie są manipulatorzy bez żadnych barier moralnych, gotowi przekroczyć wszelkie granice, aby osiągnąć swoje cele i zniszczyć nas.
Nie fizycznie. Ale pogrążając nas w chaosie i słabości, ponieważ w takim stanie łatwiej nami rządzić.
Czy nie wydaje się Pani, że politycy najwyższego szczebla w Polsce powinni działać bardziej zdecydowanie — zaostrzyć odpowiedzialność za dezinformację, wprowadzić zmiany w odpowiednich przepisach?
Mówię o tym od wielu lat. W 2022 roku, kiedy wraz z grupą ekspertów pracowaliśmy nad systemowymi zaleceniami dotyczącymi przeciwdziałania dezinformacji, również to podkreślaliśmy. Uważam, że państwo powinno wprowadzić odpowiedzialność karną za dezinformację - taką, która zagraża bezpieczeństwu państwa oraz zdrowiu lub życiu ludzi. Obecnie taka odpowiedzialność istnieje tylko w przypadku, gdy dezinformacja jest związana ze szpiegostwem. Jednak udowodnienie szpiegostwa jest często bardzo trudne.
Państwo nadal nie robi wystarczająco dużo, aby zwiększyć świadomość i wiedzę obywateli na temat dezinformacji. Mam wrażenie, że wielu polityków najwyższego szczebla nadal nie do końca rozumie skalę zagrożenia. Jest to broń, której nie widać fizycznie. Nie ma krwi, nie ma wybuchów, nic nie jest fizycznie zniszczone. Ale takie oddziaływanie niszczy społeczeństwa. Jakby podawano nam truciznę w małych dawkach, ale przez bardzo długi czas. A kiedy w końcu trucizna przenika do całego organizmu, jest już za późno na reakcję, ponieważ organizm jest już dotknięty chorobą.
Dlatego trzeba reagować natychmiast, aby człowiek sam potrafił zauważyć, że to, co mu podają, może być trucizną; aby nie przyjmował tego automatycznie, ale zastanawiał się nad tym, co przyjmuje. A w tym kierunku państwo robi bardzo niewiele.
Być może dlatego, że kwestia ta wymaga długoterminowego spojrzenia na procesy. A politycy w krajach demokratycznych często sprawują władzę tylko przez jedną kadencję — około czterech lat. W tym czasie nie da się dostrzec pełnych skutków tego rodzaju oddziaływania. I dlatego mamy to, co mamy.
Jak bardzo Polska pozostaje w tyle we wdrażaniu przepisów dotyczących ochrony obywateli w Internecie?
Niestety mocno odstajemy. UE przyjęła akt o usługach cyfrowych pod koniec 2022 roku. Jest to akt dotyczący usług cyfrowych, który zwiększa ochronę użytkowników platform przed nielegalnymi treściami: nawoływaniem do przestępstw, pedofilią, terroryzmem, a także daje użytkownikom możliwość odwołania się od blokowania kont. Ustawa miała zostać wdrożona we wszystkich państwach członkowskich najpóźniej w lutym 2024 roku. W naszym kraju nadal nie zostało to zrobione, w związku z czym Komisja Europejska złożyła skargę przeciwko Polsce i czterem innym państwom do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pod presją tej sytuacji rząd w końcu przyjął projekt ustawy, ale nadal trwają spory polityczne: prawica zarzuca mu cenzurę, a prezydent wyraża opinię, że ogranicza on wolność słowa. Istnieje ryzyko, że ustawa nie zostanie podpisana.
„To nie nasza wojna”: jak rosyjskie komunikaty destabilizują Polskę
Aby skutecznie przeciwdziałać propagandzie, należy dobrze poznać wroga, nie porównywać go do siebie, spróbować myśleć tak jak on. Czy Polacy znają Rosjan wystarczająco dobrze? Być może istnieją jakieś stereotypy i iluzje na ich temat?
Ukraińcy, którzy obecnie walczą z Rosjanami w przestrzeni informacyjnej, wiedzą o nich znacznie więcej niż my.
Moglibyśmy się wiele nauczyć od ukraińskich służb w tej dziedzinie. Pewne szkolenia się odbywają, ale głównie na poziomie eksperckim. Nie jest to jednak jeszcze współpraca, która przekłada się na decyzje polityczne lub konkretne działania.
Jeśli chodzi o Polaków — tak, wielu nie lubi Rosjan lub Rosji z powodów historycznych, choć oczywiście nie dotyczy to całego społeczeństwa. Nie można powiedzieć, że wszyscy mają negatywny stosunek do Rosjan. Stereotypów jest naprawdę wiele – jako naród wolimy zachować dystans do Rosji. Myślę również, że wiele osób w ogóle nie chce zastanawiać się nad tym, jacy są Rosjanie, nie chce ich poznać.
Dezinformacja nieustannie ewoluuje. Czy można dostrzec w niej jakieś „trendy” od początku pełnej wojny w Ukrainie?
Zaraz po rozpoczęciu wojny na pełną skalę w Polsce gwałtownie nasiliła się antyukraińska dezinformacja. Od tego czasu do dziś ma ona jeden cel — odwrócić Polaków od Ukraińców.
Najpierw chodziło o to, żeby zniechęcić ludzi do pomagania uchodźcom, i robiono to na różne sposoby. Na początku jednym z najbardziej znanych przykładów była narracja, że do Polski masowo przybywają ciemnoskórzy obcokrajowcy, rzekomo z Ukrainy, którzy są niebezpiecznymi przestępcami i będą zabijać i gwałcić Polki. To kłamstwo spowodowało nawet zamieszki na Podkarpaciu. W pierwszych tygodniach wojny, kiedy liczba ukraińskich uchodźców była największa, zorganizowały się tam grupy, które chodziły po ulicach i próbowały samodzielnie „rozprawiać się” z obcokrajowcami. Kolejny przykład to zupełnie inny rodzaj wpływu, o charakterze psychologicznym, skierowany do młodych Polek poszukujących partnera. W internecie zrealizowano całą kampanię mającą na celu przekonanie młodych Polek, że Ukrainki przybywające do Polski „kradną Polkom mężczyzn”.

Podaję te dwa przykłady, ponieważ bardzo dobrze pokazują one, jak różnorodne są metody wywierania wpływu: od prymitywnego podsycania strachu i rasistowskich tez po subtelną manipulację psychologiczną skierowaną do konkretnej grupy społecznej.
Dzisiaj Rosja rekrutuje obcokrajowców ze wschodnich krajów, zwłaszcza z Ukrainy lub tych, którzy mają ukraiński paszport – nie ma znaczenia, czy prawdziwy, czy nie – aby to właśnie oni przeprowadzali działania dywersyjne i sabotażowe w Polsce. W ten sposób Rosja zyskuje podwójnie. Przy tym ich przesłanie jest zawsze takie samo: „Nie należy pomagać Ukraińcom”.
Jakie kampanie dezinformacyjne najczęściej spotyka się w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej?
Obecnie najwięcej jest narracji antyukraińskich. Jest to szeroka grupa komunikatów. Przede wszystkim — kryminalizacja obrazu Ukraińców (nie jest to nowy trend, jest widoczny w sieci od 2014 roku, od momentu okupacji Donbasu). W internecie aktywnie rozpowszechniane są wszelkie incydenty kryminalne z udziałem Ukraińców, nawet drobne, przy jednoczesnym przemilczaniu podobnych wykroczeń popełnionych przez Polaków.
Z drugiej strony rozpowszechniane są twierdzenia, że ukraińscy uchodźcy zabierają Polakom miejsca w kolejkach do lekarza, w przedszkolach i szkołach, pieniądze, pomoc społeczną. Nieustannie obecna jest również narracja, że polskie władze rzekomo chcą wciągnąć kraj w wojnę i że „to nie jest nasza wojna”. Ponadto od wielu lat w Polsce krążą rosyjskie antyeuropejskie, anty-natowskie i ogólnie antyzachodnie narracje – wszystkie te komunikaty, które mają zniechęcić Polaków do przynależności do UE i NATO, popychać do wyjścia z Unii Europejskiej.
Celem Rosji jest dziś nie tylko uderzenie w Ukrainę i jej zniszczenie, ale także zniszczenie Unii Europejskiej jako wspólnoty.
UE jest silnym konkurentem dla Rosji, zwłaszcza pod względem gospodarczym. Ale jeśli kraje europejskie będą działać osobno, każdy z nich stanie się znacznie słabszym konkurentem. Dlatego obecnie jest tyle samo antyeuropejskich komunikatów, co antyukraińskich.
Wiele osób wierzy bardziej w fałszywe informacje niż w fakty
Kto jest najbardziej podatny na dezinformację i dlaczego?
Badania społeczne i psychologiczne wskazują na różne grupy. Są to osoby, które zazwyczaj poszukują alternatywnych, nieoficjalnych źródeł informacji, wybierając autorytety spoza systemu. Dla nich naukowiec z państwowego uniwersytetu nie jest autorytetem, natomiast osoba zwolniona z uniwersytetu – tak. Lekarz ze szpitala nie jest autorytetem, ale lekarz, który ma problemy z izbą lekarską – tak. Tacy ludzie ufają tym, których system państwowy z różnych powodów „wypchnął”. A to ogromna przestrzeń dla rosyjskich wpływów.
Zaczęliśmy to obserwować podczas pandemii, kiedy środowiska sprzeciwiające się ograniczeniom sanitarnym zostały dosłownie zinfiltrowane przez prorosyjskich aktywistów. Na ich kanałach pojawiało się wiele prorosyjskich komunikatów. A wpływ na te grupy tylko się wzmocnił po rozpoczęciu wojny na pełną skalę. Dzisiaj te grupy są naprawdę bardzo prorosyjskie, ponieważ lata „małych dawek” tej informacyjnej trucizny zrobiły swoje – zniekształciły ich sposób myślenia.
Mamy też radykalne środowiska – radykalną prawicę i lewicę. Obie te grupy są podatne na dezinformację. Ale jeśli w Polsce radykalna lewica jest stosunkowo niewielkim środowiskiem, które nie ma znaczenia politycznego ani społecznego, to radykalna prawica jest dużą grupą o znacznym wpływie, który staje się coraz bardziej widoczny. Rosyjskie narracje są rozpowszechniane właśnie przez osoby należące do tego skrajnie prawicowego środowiska.
Czy irytacja wojną na Ukrainie i negatywne nastawienie do uchodźców w Polsce to sukces Putina?
Przede wszystkim chciałbym zauważyć, że chociaż liczba takich osób w Polsce rośnie, bardzo wielu Polaków nadal ma pozytywne nastawienie do Ukraińców. Po drugie, pewien proces jest całkowicie naturalny — narastające wyczerpanie wojną, ciągły strach, który zmienia nasze postrzeganie sytuacji. Ciągle jesteśmy w stanie niepokoju i napięcia, nie zawsze wiemy, jak sobie z tym poradzić.
Przypuszczam, że część młodych Polaków poniżej 40 roku życia obawia się, że wojna może się rozszerzyć i będą zmuszeni w niej walczyć. To wzmacnia negatywne nastawienie do wojny i Ukrainy.
Źródła propagandowe dolewają oliwy do ognia: „Gdyby nie Ukraińcy, wojna by się skończyła”. Młodzi mężczyźni o skrajnie prawicowych poglądach mogą myśleć egoistycznie: jeśli wojna w Ukrainie się skończy, ich bezpieczeństwo wzrośnie i nie zostaną zmobilizowani. Nie interesuje ich szczególnie, czy wojna zakończy się na korzyść Ukrainy, dla nich najważniejsze jest, by zniknęło zagrożenie ich osobistym udziałem w jakiejkolwiek wojnie. To krótkowzroczne myślenie, ponieważ jeśli Rosja zwycięży w Ukrainie, będzie chciała rozszerzyć swoje zdobycze, co rozumieją wszyscy, którzy choć trochę znają wroga.
Czy sztuczna inteligencja jest nowym narzędziem propagandy?
Tak, Rosja stosuje technologie sztucznej inteligencji od co najmniej trzech lat i robi to na dużą skalę. Na przykład do tworzenia i prowadzenia kont w mediach społecznościowych. Zjawisko, z którym mamy dziś do czynienia — masowe rozpowszechnianie prorosyjskich lub antyukraińskich komentarzy po rosyjskich prowokacjach lub dywersjach, w szczególności po niedawnych wydarzeniach na kolei lub atakach dronów na Polskę — stało się możliwe właśnie dzięki sztucznej inteligencji.
Najprawdopodobniej pierwsza fala negatywnych komentarzy, które pojawiają się w sieci choćby po kolejnej akcji dywersyjnej, nie pochodzi od Polaków, ani nawet od prawdziwych użytkowników sieci. Piszą je tak zwane „boty”, czyli konta, za którymi nie stoi prawdziwy człowiek, lecz program i programista. Dziś rosyjskie boty są coraz bardziej zaawansowane, bo Rosja używa sztucznej inteligencji do tworzenia fałszywych kont i zarządzania nimi. Wykorzystuje do tego program o nazwie Meliorator.
Obserwujemy też aktywność kont z różnych państw Afryki, które rozpowszechniają rosyjską propagandę i dezinformację. Rosja buduje swoje wpływy także na tym kontynencie i tworzy tam struktury służące do operacji informacyjnych.
I co można z tym zrobić?
Komisja Europejska przedstawiła niedawno cały pakiet rozwiązań mających na celu walkę z dezinformacją. Chodzi w szczególności o wsparcie niezależnych mediów i weryfikatorów faktów, w tym szkolenia dotyczące przeciwdziałania dezinformacji i kształtowania odporności na nią dla różnych grup społecznych. Mowa jest również o stworzeniu europejskiej sieci współpracy w różnych dziedzinach, aby łatwiej było wykrywać dezinformację.
Rozwiązania istnieją, ale sytuacja polityczna może sprawić, że nie będą one obowiązkowe dla wszystkich państw. Niektóre kraje po prostu nie będą chciały się do tego przyłączyć. Ja na przykład nie jestem pewna, czy Polska wyrazi taką chęć. Problem nie polega więc na tym, że nie ma rozwiązań. One istnieją. Wprowadzenie nawet jednej zmiany poprawiłoby już sytuację. Uruchomienie programów szkoleniowych, edukacyjnych i informacyjnych dla różnych grup wiekowych już od przyszłego roku zmieniłoby stan rzeczy. Dopóki tego nie zrobimy, nic się nie zmieni.
Regularnie otrzymuję groźby i jestem atakowana
Z jakimi trudnościami spotyka się jako Pani jako osoba badająca operacje informacyjne? Grożono pani?
Tak, prawie cały czas jestem atakowana. Najczęściej bezzasadnie podważane są moje ustalenia. Niektórzy straszą nas pozwami, aby wciągnąć mnie i redakcję, z którą pracuję (OKO.press), w długie i wyczerpujące procesy sądowe. Często staję się też celem polskich prorosyjskich i skrajnie prawicowych grup, bo to o nich najczęściej piszę. Jeśli któryś z moich materiałów wywołuje rezonans, rozpoczynają przeciwko mnie własne kampanie w sieci. Zdarza się, że otrzymuję groźby – zarówno dotyczące mnie, jak i mojej rodziny.
A co dokładnie piszą?
Po prostu wysyłają wiadomości — zazwyczaj anonimowe. Straszą, sugerują, że zbierają informacje o mojej rodzinie. Albo powtarzają klasyczne oskarżenia z anonimowych kont, że „broniłam rosyjskiego szpiega”. A jeśli rzekomo go broniłam, to znaczy, że na pewno z nim współpracowałam, więc jestem agentką. Nie ma to zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością, ale dementowanie tego przeze mnie niewiele pomaga.
Ale mimo to nadal Pani pracuje. Nie przeraża to Pani?
Celem tych, którzy to robią, jest podważenie zaufania do mnie, zmuszenie mnie do wycofania się lub zniechęcenie wszystkich, którzy chcą ze mną współpracować, do dalszej współpracy. Na szczęście im się to nie udaje.
Wiele zależy też od osobistej odporności psychicznej. To rodzaj gry sprawdzającej, ile jestem w stanie wytrzymać.

Co by Pani poradziła ludziom, którzy chcą uchronić się przed wpływem kłamstw w mediach społecznościowych?
Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że każda informacja pojawiająca się w mediach społecznościowych może być nieprawdziwa.
Im silniejsze emocje wywołuje w nas dana wiadomość, tym szybciej powinna zapalić się „czerwona lampka” w głowie, że ktoś próbuje na nas wpłynąć w określony sposób. Warto na chwilę, choćby na 10 minut, odłożyć smartfon lub laptop i zająć się czymś innym: wyjrzeć przez okno, porozmawiać z kimś, przygotować posiłek lub napić się kawy. Kiedy emocje opadną, mózg znów będzie w stanie krytycznie myśleć.
Wtedy można wrócić do informacji i sprawdzić jej źródło: czy jest znane, czy nie podszywa się pod prawdziwe media. Następnie należy porównać tę informację z innymi wiarygodnymi źródłami. Jeśli nie ma potwierdzenia, nie należy rozpowszechniać tej informacji. Jest to podstawowa metoda, ponieważ fizycznie niemożliwe jest samodzielne sprawdzenie każdej wiadomości.
Dlatego twórzmy listę wiarygodnych źródeł i dbajmy o swój stan emocjonalny. Jest to skuteczne i nieskomplikowane, ale wymaga wyrobienia pewnych nawyków.
Jakie konkretne kroki mogłyby powstrzymać wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce?
Po pierwsze, należy jasno mówić o roli Rosji i pokazywać jej działania. Po drugie, w Polsce brakuje inicjatyw społecznych, które łączyłyby ukraińskich uchodźców i Polaków. Żyjemy w różnych światach, mało się znamy, a to rodzi nieufność.
Obie strony — Polacy i Ukraińcy — muszą tworzyć więcej pozytywnej wspólnej przestrzeni. W dużej mierze jest to zadanie Polaków, ponieważ to my tu mieszkamy, ale aktywność społeczności ukraińskich jest również ważna. W krajach, w których udało się uniknąć wrogości między uchodźcami a mieszkańcami, realizowano lokalne projekty obejmujące wspólne działania, często wspierane przez państwo. Musimy więc się zjednoczyć i być razem.


„Miłość nie zatrzymuje się przed granicami”. Historie Polek, które wyszły za mąż za Ukraińców
<span style="display: block; margin-top: 1rem; margin-bottom: 1rem; padding: 1rem; background-color: rgb(234, 234, 234);">„Razem lepiej” to opowieść o tym, jak Polacy i Ukraińcy codziennie współtworzą nową wspólnotę — w pracy, sąsiedztwie, kulturze i życiu społecznym. Chcemy przełamywać stereotypy i walczyć dezinformacją. Pokazać jak solidarność, współpraca i wzajemne zaufanie budują odporność społeczną. Że siła państwa zaczyna się od ludzi, którzy wiedzą, że mogą na siebie liczyć. Cykl powstaje we współpracy z partnerem strategicznym – Fundacją PZU.
Oliwia i Grigorij: „W mieszanych rodzinach dzieci są ładniejsze”
Historia Oliwii i Grigorija rozpoczęła się latem 1999 roku na wybrzeżu Morza Bałtyckiego, gdzie ona, studentka rusycystyki z Polski, przyjechała na obóz integracyjny. A on, student historii Uniwersytetu Wrocławskiego z Ukrainy, dorabiał tam w firmie cateringowej.
„Poznaliśmy się w kolejce do stołówki” – wspomina Oliwia. „Dowiedziałam się, że pracują tam chłopcy z Ukrainy i zapragnęłam poćwiczyć rosyjski, którego wtedy się uczyłam. Usiadłam przy stoliku z Grigorijem. Wieczorem zaprosił mnie na dyskotekę. Tak wszystko się zaczęło”.
Grigorij przyjechał na studia do Polski, ponieważ miał polskie korzenie. „W tamtych czasach w Ukrainie trudno było dostać się na studia, zwłaszcza jeśli nie miało się znajomości. Tutaj wszystko wydawało się prostsze”.

Co ją przyciągnęło? „Dobre wychowanie, szlachetność, ciepło, dobra energia. Z Grigorijem czułam się swobodnie, naturalnie, bez napięcia. To ogólnie bardzo dobry człowiek”. Oliwia śmieje się, że nigdy nie planowała poślubić Polaka. „Nie wiem dlaczego, ale Polacy wydawali mi się trochę... nudni. Może zbyt przewidywalni. Nie mieli tej spontaniczności, którą widziałam u ludzi ze Wschodu”.
Po pięciu latach pobrali się. Nie wszyscy w rodzinie Oliwii od razu to zaakceptowali.
— Tata był przeciwny. Pytał: „A Polaków za mało?”.
„Miał stereotypy jeszcze z czasów radzieckich. On, jak większość Polaków, nie rozróżniał nawet Ukraińców od Rosjan. Ale kiedy bliżej poznał Grigorija, zmienił swoje nastawienie. Teraz go uwielbia i mówi, że to najlepszy zięć na świecie”.
Pierwszy szok kulturowy nastąpił... przy stole. W polskiej rodzinie Olivii zawsze było „po prostu” — uroczyste biesiady organizowano tylko podczas wielkich świąt. „A kiedy byłam na Ukrainie, w ogóle nie odczuwałam różnicy między zwykłym dniem a świętem — stół zawsze był obficie nakryty. W Polsce tak nie jest” – przyznaje. Różnice w kuchni również dały o sobie znać. „Grigorij wychował się na kaszach – gryczanej, jaglanej, owsianej. A w Polsce prawie nie je się kasz. U nas są kanapki, jajecznica. Do kasz tak i nie przyzwyczaiłam się” – uśmiecha się Oliwia.
Mentalność też okazała się trochę inna. "W Ukrainie ludzie są bardziej wyluzowani, otwarci, szybciej nawiązują kontakt. Spotkania są pełne śmiechu, rozmów, emocji" – opowiada Oliwia. "W Polsce jest inaczej: więcej dystansu, trochę sztywno. Wszyscy siedzą, rozmawiają mało, bardziej oficjalnie. Czasem takie spotkania wydają mi się po prostu sztuczne".
.jpg)
Z uśmiechem wspomina pierwsze lata wspólnego życia: "Na początku ukraińska dusza w Griszy mocno grała. Jak była impreza, to wszystko wydawał na jedzenie, wino i zabawę. Potem nie mieliśmy na rachunki! Musiałam go nauczyć, że tak się nie da. Teraz planuje, oszczędza, myśli do przodu".
Dziś Oliwia mówi wprost: podział ról w ich domu jest partnerski. "Mój mąż robi wszystko: zarabia, gotuje, sprząta, pierze. Tak był wychowany. Ale wiem, że w Ukrainie to wciąż rzadkość. Wśród znajomych kobiet widzę, że większość z nich ma na głowie cały dom: dzieci, gotowanie, sprzątanie, zakupy".
Oliwia i Grigorij mają siedemnastoletnią córkę Amelkę, która dorasta w Polsce, ale zna i ceni swoje ukraińskie korzenie. "Świetnie mówi po ukraińsku. Pracuje w kawiarni, gdzie większość załogi to Ukraińcy. Kiedy mówi, że jej tata jest z Ukrainy, wszyscy reagują z entuzjazmem: “O, jesteś nasza!”.
Oliwia od lat działa społecznie. W 2012 roku zaangażowała się w Towarzystwo Przyjaciół Ukrainy, pomagała podczas Majdanu, a po 24 lutego 2022 roku – razem z mężem i córką – wspierała uchodźców. "Wojna była dla nas szokiem. Choć mąż, jako historyk, często powtarzał, że taki konflikt może wybuchnąć, nikt z nas nie chciał w to wierzyć. Siostra męża odmówiła wyjazdu – powiedziała, że zostaje, że Ukraina to jej dom. Do dziś się martwimy, ale podziwiam ich siłę".
Oliwia nie zauważa na co dzień otwartego pogorszenia relacji między Polakami a Ukraińcami. "Na ulicy nigdy nie widziałam, żeby ktoś się kłócił, czy mówił coś wrogiego. W internecie to inna historia - tam aż kipi od hejtu. Ale mam wrażenie, że to sztucznie nakręcane, jakby ktoś chciał nas celowo poróżnić.
Polacy reagują emocjonalnie, gdy widzą bogatych Ukraińców w luksusowych restauracjach, czy w drogich autach. To naturalne – bo wielu Polaków pomagało z serca, oddawało swoje rzeczy. A potem patrzą na to i myślą: dlaczego ci ludzie nie pomagają swoim? Problem nie jest z ludźmi, którzy uciekli przed wojną i pracują, tylko z tymi, którzy zapomnieli o empatii".
Dziś Oliwia uczy języka polskiego cudzoziemców, w tym wielu Ukraińców. Łączy znajomość języków słowiańskich z doświadczeniem życia między dwoma kulturami. Jej przesłanie jest proste: "Trzeba wybierać męża sercem, nie patrząc na narodowość. Jeśli macie te same wartości i cele, narodowość nie ma znaczenia. Bo jesteśmy Słowianami – bliskimi sobie, nawet jeśli przez lata ktoś próbował nas podzielić".
Dlaczego Polki rzadziej wybierają ukraińskich mężczyzn? Oliwia ma swoją teorię. "Myślę, że to kwestia dawnych stereotypów z czasów radzieckich. Wtedy wszystko ze Wschodu kojarzyło się z biedą, przemocą, pijanym sąsiadem. Te obrazy zostały, choć rzeczywistość dawno się zmieniła. Poza tym Polki są dziś bardziej niezależne, chcą równości i często boją się, że mężczyzna ze Wschodu będzie miał tradycyjne podejście. A to nieprawda – wielu Ukraińców jest nowoczesnych, troskliwych i bardzo partnerskich. Mój mąż jest tego najlepszym przykładem".
I dodaje: "Im więcej kultur w domu, tym ciekawsze życie. A dzieci z takich rodzin są ładniejsze. Im więcej tej mieszanki, tym lepiej".
Dominika i Dawid: „Tylko w Ukrainie naprawdę zapragnęłam żyć”
Dominika Deineka i jej przyszły mąż poznali się w Polsce prawie dziesięć lat temu: w pracy. Ona – Polka, on – Ukrainiec. Na początku rozmawiali po angielsku, bo ona nie znała ukraińskiego, a on polskiego.
"Długo tak się nie dało – śmieje się Dominika. – Postanowiłam więc, że nauczę go polskiego. Tak naprawdę to on pierwszy zwrócił na mnie uwagę i długo zbierał się na odwagę, żeby zaprosić mnie na randkę".
Stereotypy dotyczące Ukraińców? Kilka miała. "Kiedyś słyszałam, że ukraińscy mężczyźni dużo piją. Tymczasem mój mąż prawie w ogóle nie pije alkoholu – uśmiecha się. – Dla mojej rodziny czy przyjaciół jego narodowość nigdy nie była problemem. Babcia i dziadek Dawida pokochali mnie od pierwszego spotkania. Nikt z nas nie myślał, że to coś niezwykłego".

Kiedy 24 lutego 2022 r. rozpoczęła się pełna inwazja, rodzina przebywała w Polsce. „Dawid zamierzał walczyć, ale przeszkodziły mu problemy z sercem. Dlatego zaczęliśmy działać jako wolontariusze. Robiłam świeczki do okopów, wysyłaliśmy pieniądze, kupowaliśmy wszystko, co wtedy wydawało się niemożliwe do znalezienia”.
Już w 2018 roku planowaliśmy przeprowadzkę do Ukrainy, ale pandemia i wojna zmieniły nasze plany. „W 2024 roku nasza córka miała pójść do szkoły i trzeba było podjąć decyzję, gdzie dokładnie, ponieważ systemy edukacji w Polsce i na Ukrainie różnią się. Zdecydowaliśmy, że najpierw pojadę z młodszą córką do Użgoroda „na zwiady”, a starsza córka na razie zostanie w Polsce, aby kontynuować naukę”.
Dla Dominiki, która dobrze znała Ukrainę, adaptacja przebiegła łatwo. „Było mi nawet trochę wstyd, ponieważ wszyscy chcieli mi pomóc, a ja nie potrzebowałam pomocy – już wszystko wiedziałam”.
Obecnie mieszka w Użhorodzie, prowadzi blog @deineka.domi i pracuje jako nauczycielka języka polskiego dla Ukraińców. „Przeprowadzka dała mi możliwość rozwoju – otworzyłam jednoosobową działalność gospodarczą, zaczęłam pracować na własny rachunek, prowadzę zajęcia online i offline. To dla mnie nowy rozdział w życiu”.
W swoich postach Domi często dzieli się ciepłymi i głębokimi spostrzeżeniami na temat kraju, w którym mieszka:
„Co najbardziej mnie uderzyło w Ukrainie? Ludzie, którzy zawsze okazują wsparcie. Kultura, którą Ukraińcy zachowali wbrew wszystkim przeciwnościom. Inspirująca siła narodu. To właśnie dlatego zakochałam się w tym kraju”.
O różnicach w stylu życia i mentalności mówi tak: „Ukraińcy są bardziej otwarci, szczerzy, serdeczni, częściej pomagają sobie nawzajem. Ukraińscy mężczyźni mają lepsze podejście do kobiet – są bardziej szarmanccy, uważni. Ale często dłużej mieszkają z rodzicami, co czasami stwarza trudności w związkach”.
Chociaż Dominika przyzwyczaiła się do ukraińskiej rzeczywistości, nadal brakuje jej niektórych polskich rzeczy:
„Rossmann — mój ulubiony sklep z drobiazgami, które zawsze ratują sytuację. Znany Lekarz i Booksy, gdzie w ciągu minuty można umówić się na wizytę u lekarza lub zabieg kosmetyczny. BLIK — system, bez którego płatności online wydają się przedpotopowe. Ale nawet bez tego wszystkiego czuję, że Ukraina staje się moim drugim domem”.
Pomimo wszystkich trudności, właśnie tutaj poczuła, że naprawdę żyje:
Większość życia spędziłam w Polsce, ale tylko na Ukrainie naprawdę zapragnęłam żyć!
Tutaj czuję się na swoim miejscu. Nie oznacza to, że wszystko jest łatwe, ale właśnie tutaj znalazłam prawdziwą motywację do działania”.
W rodzinie Dominiki i Dawida nie ma wyraźnego podziału ról: „Pracujemy razem, razem wychowujemy dzieci, razem sprzątamy i gotujemy. Wszystko zależy od tego, kto ile może w danym momencie — czasami 50/50, a czasami 10/90. To normalne”.
Zmieniły się również nawyki kulinarne. „Mój mąż jest kucharzem, więc poważnie podchodzimy do jedzenia — uśmiecha się Domina. — I muszę powiedzieć: obecnie trudno mi jeść w Polsce, ponieważ w Ukrainie produkty są znacznie lepsze. Nawet zwykłe warzywa czy domowe mleko mają tutaj prawdziwy smak”.
W domu rodzina rozmawia w dwóch językach — ukraińskim i polskim. „W Ukrainie częściej po polsku, żeby dzieci nie zapomniały. A w Polsce — jak kto powie” — wyjaśnia.
Święta również obchodzą na swój sposób: „Wyjaśniamy dzieciom, że ważne są zarówno Dzień Niepodległości Polski, Dzień Niepodległości Ukrainy, jak i Dzień Obrońców Ukrainy. To część naszej wspólnej tradycji”. Kiedy Dominika jest pytana, skąd pochodzi, wzrusza ramionami:
„Nie jestem jeszcze Ukrainką, ale czasami słyszę od Polaków: „Wynoś się stąd! Nie jesteś już sobą”.
To boli. Ale znalazłam swoją odpowiedź: wszyscy jesteśmy ludźmi. A dla mądrych ludzi narodowość nie stanowi problemu. Miłość nie pyta, z jakiego jesteś kraju, nie zatrzymuje się przed granicami. Jesteśmy teraz w Ukrainie – i właśnie tutaj czujemy, że to nasz dom”.
Marta i Paweł: „Jeśli nasza miłość przetrwała front, przetrwa wszystko”
Ich spotkanie w Warszawie w 2016 roku nie było romantyczną historią. Marta Czerwieniec-Ivasyk, profesjonalna genealog, pomagała Pawłowi z Iwano-Frankiwska znaleźć dokumenty dotyczące służby wojskowej jego przodków w armii polskiej. Pracował on w ochronie i chciał zalegalizować swój pobyt w Polsce. „W jego przypadku nie udało się znaleźć dokumentów” – wspomina Marta. „Ale kiedy się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać, nie mogliśmy się od siebie oderwać”.

Paweł dość płynnie mówił po polsku, więc nie było bariery językowej. Marta również miała przewagę: przez siedem lat jeździła do Ukrainy w celach zawodowych i dobrze ją znała. „Mogliśmy godzinami rozmawiać o Ukrainie” – wspomina. „Moje ulubione pytanie do ludzi brzmiało: „Gdzie w Ukrainie znajduje się aktywny wulkan?”. Jeśli ktoś znał odpowiedź, od razu stwierdzałam: „O, to mój człowiek”. Paweł znał odpowiedź.
„Zawsze śmiałam się, że mężczyzna nie miał szczęścia: znalazł sobie Polkę, która mówi po ukraińsku, rozumie rosyjski – więc nawet przez telefon nie można na mnie narzekać, bo wszystko rozumiem”.
Marta nie miała stereotypów dotyczących Ukraińców. „Ile razy miałam problemy na ukraińskich drogach – zawsze ktoś się zatrzymywał, żeby pomóc. A jeśli był to mężczyzna, nie było mowy, żebym coś robiła sama. A gdybym spróbowała zapłacić, obraziłby się”.
Rok po poznaniu się para wzięła ślub. Musieli udowodnić, że nie jest to małżeństwo dla dokumentów: „Przeszliśmy wszystkie kontrole – z dowodami, zdjęciami, świadkami”.
W 2021 roku Paweł, zawodowy żołnierz z 21-letnim stażem, pojechał w Ukrainę, aby załatwić emeryturę. Ale prezydent Zełenski podpisał nową ustawę, która zwiększyła staż pracy z 20 do 25 lat. „Pozwoliłam mężowi podpisać trzyletni kontrakt. Myślałam: przecież jestem w Ukrainie co miesiąc, on będzie przyjeżdżał na święta — jakoś sobie poradzimy”. Do lutego 2022 roku komunikowaliśmy się codziennie przez WhatsApp. A potem zaczęła się wojna...
„Bardzo się bałam i nawet nie wiedziałam dokładnie, gdzie on jest, bo nie można ujawniać miejsca pobytu. Dopiero później przyznał się, że od stycznia jest na froncie” — wspomina Marta. Paweł przez siedem miesięcy służył na froncie w 24. brygadzie zmechanizowanej. Komunikowali się przez internet satelitarny.
„Mówił, że bardziej niż wroga boi się utraty łączności — ten kontakt był dla niego jak piorunochron”.

Paweł nadepnął na minę, ale dzięki bardzo dobrym butom udało mu się uratować nogę — choć do dziś odczuwa skutki tego wypadku. Po powrocie z frontu mężczyzna przeszedł siedem operacji, lekarze dwukrotnie usuwali z jego ciała metalowe odłamki. „Nauczyłam się żyć z tym, na co nie mam wpływu. Zawsze proszę go, żeby przysyłał mi wypisy ze szpitala. To jedyny sposób, żeby zrozumieć, co się z nim naprawdę dzieje, jak się czuje”.
Teraz Paweł kontynuuje służbę, choć już nie na froncie. „Jak wielu żołnierzy, ma PTSD. Wszyscy chcą pozostać silni, „żelazni”. Mój mąż bardzo mnie kocha, więc robi wszystko, aby nie okazywać słabości”. Pewnego razu podczas terapii lekarka zaproponowała Pawłowi: „Może niech żona zostanie?”. Paweł odmówił – nie chciał, żeby Marta to słyszała. „A ja chciałabym, żeby mi wszystko opowiedział – wtedy byłoby mu łatwiej. Ale on robi wszystko, żeby mnie tym nie obciążać”.
Nie chcąc po prostu czekać, na początku wojny Marta zaczęła organizować pomoc humanitarną. Woziła do Ukrainy wszystko, co mogło uratować życie: apteczki, nosze, generatory dla szpitali, leki. „Nawet szpitale nie miały wtedy podstawowych rzeczy. Żołnierze przeżywali rany i operacje, a potem umierali, ponieważ wyłączano prąd, który zasilał aparaturę” – wyjaśnia. Marta jeździła z ładunkami do Ukrainy piętnaście lub szesnaście razy.
„Cała Polska się wtedy zjednoczyła: przyjaciele, znajomi, koledzy. Dzięki nim kupiliśmy termowizor dla Pawła, a kiedy było to potrzebne – maści z jonami srebra. Ludzie sami przynosili paczki. Ponad sto paczek – to jak kropla w morzu, ale komuś to uratowało życie”.
Ta pomoc stała się dla Marty sposobem, aby nie czuć się bezsilną, ale z czasem odbiła się na jej zdrowiu – pojawiły się objawy depresji i zespołu stresu pourazowego. Teraz czuje się lepiej, ale podkreśla: „Wsparcie psychologiczne jest potrzebne nie tylko żołnierzom, ale także ich żonom i matkom — aby wiedziały, jak przetrwać ten ból i codzienne brzemię wojny”.

Marta zgadza się, że relacje między Polakami a Ukraińcami stały się bardziej skomplikowane. „Był moment, kiedy myślałam: dlaczego mój musi walczyć, a ktoś spokojnie przeczekuje? Ale widząc wyczerpanych żołnierzy w szpitalach, zdałam sobie sprawę: nie wszyscy wytrzymają to piekło”.
Jej stanowisko pozostaje niezmienne:
„To nasza wspólna wojna. Musimy być świadomi zagrożeń, nie ulegać dezinformacji, rosyjskim botom, które próbują nas skłócić”. Przypomina o wspólnej historii – międzywojennej przyjaźni, Iwanie Franku i Marii Konopnickiej, mieszanych małżeństwach. „Wtedy było to możliwe — dlaczego teraz nie? My z Pawłem — najlepszy dowód na to, że znacznie więcej nas łączy niż dzieli”.
Marta wciąż czeka. Codziennie. Na każdy telefon. „Myślę, że trudno nam będzie uwierzyć, że to już na zawsze” — mówi o dniu, w którym Paweł w końcu wróci. W jej sercu Ukraina jest drugim domem, a w myślach – mąż-bohater, z którego jest niezmiernie dumna. „Jestem niezwykle dumna, że mój mąż jest ukraińskim żołnierzem. To bardzo szczery, dobry człowiek, jeden z najlepszych, jakich znam”.
Wierzy, że nadejdzie dzień, kiedy nie będzie musiała z lękiem sprawdzać telefonu. Kiedy po prostu będą mogli być razem. Bo jeśli ich miłość przetrwała front, rany, operacje, zespół stresu pourazowego i setki kilometrów rozłąki – przetrwa wszystko.
Redagowała: Mariia Syrchyna
Zdjęcia z prywatnych archiwów bohaterek


Najstraszniejsze, dziecko, jest umrzeć z głodu
Okrucieństwo Rosjan wobec Ukraińców nie jest niczym nowym. Jedną z najstraszniejszych jego odsłon jest Wieki Głód z lat 1932-33 i 1946-47. Rosjanie starali się ukryć fakt, że zabili od 3,9 do 7 milionów Ukraińców. Naszym obowiązkiem jest chronić wspomnienia, a także przekazywać je z pokolenia na pokolenie. Świadkowie tych wydarzeń już nie żyją. Ale żyją ci, którym opowiedzieli jak Rosjanie nie zdołali zabić człowieczeństwa ludzi.
Nadia Sulima, emerytka: „Wszyscy jedli chwasty”.
— W 1933 roku moja mama, Aleksandra Riabenko, miała sześć lat. Mimo to dobrze zapamiętała Wielki Głód i dużo opowiadała o tym, co widziała. Przed kolektywizacją rodzina z obwodu kijowskiego miała wszystko, co potrzebne do życia: jedzenie, gospodarstwo, radość. Ale pewnego dnia wszystko zostało zabrane.
Mama zostawiła zapiski: „Ludzie nie mieli co jeść, bo wszystko zabrano do kołchozów. Tym, którzy mieli jeszcze krowę, łatwiej było przetrwać. Nasza rodzina liczyła sześć osób. Nie mieliśmy krów, przeżywaliśmy dzięki chwastom. Mama i starsza siostra chodziły do kołchozu, żeby pielić buraki, a tam, na polu, gotowały zupę z chwastów – tak się ratowały. Mieliśmy też dużą, ale pustą stodołę. Stały tam konie z kołchozu, którymi opiekował się ojciec. Za to dostawał trochę mąki. Mama odmierzała ją szklanką, rozdzielała na każdy dzień – tak przeżywaliśmy. Ojciec jeszcze pasł krowy w nocy – za kawałek chleba”.
Opowiadała również, że gdy nie było nawet chwastów, bo ludzie je zjedli, mama zbierała kwiaty akacji, suszyła je w piecu i mieliła. Dzięki temu miała trochę mąki. Zbierano nawet piołun. Ale był tak gorzki, że nawet w strasznym głodzie prawie nie dało się go jeść.
Matka karmiła dzieci w nocy, bo w ciągu dnia ludzie stali pod oknami, pukali, prosili o cokolwiek do jedzenia — niektórzy nie mieli już nawet chwastów
Pewnego razu mama bawiła się u sąsiadów, kiedy przyszli do nich „aktywiści”. Zabrali wszystko, co znaleźli. Za piecem stał garnek z suchymi łupinami ziemniaków — też go zabrali. Potem ojciec i matka tej koleżanki zmarli. Dziewczynkę zabrano do żłobka — tam przeżyła, bo trochę ją karmiono.
Mama wspominała, jak sąsiedzi zabili cielę. Ale ich radość nie trwała długo: ktoś doniósł. Przyszli, zabrali beczkę z mięsem i zadbali o to, żeby w domu nic nie zostało.
Ginęły całe rodziny, po pięć, sześć, siedem osób. Przyjeżdżały wozy i zbierały ciała, wrzucając wszystkich do jednego grobu. Cały czas bardzo chciało się jeść. Ludzie oszaleli z głodu. Niektórzy nie mieli już litości nawet dla własnych dzieci. Pewnego razu babcia gotowała zioła, gdy przyszedł sąsiad. Zobaczył dzieci i zapytał:
— Co, dajecie dzieciom jeść? Bo my nic. Umrą — będą inne dzieci
Mama mówi: „Słuchałam i nie wierzyłam, że człowiek może powiedzieć coś takiego”. Mama dożyła 96 lat i 10 miesięcy. Zawsze powtarzała: „Jak dobrze jest teraz żyć”. Ale pod koniec życia przeżyła jeszcze jedną wojnę — rosyjsko-ukraińską. Zmarła w zeszłym roku.

Maria Syrczyna, redaktorka: „Babcia ukrywała przed złodziejami chleb, a dziadka chcieli zjeść”
— Prababcia Grunia podczas Wielkiego Głodu mieszkała z mężem i małym synkiem w obwodzie czerkaskim. Dużo pracowała — w dzień i w nocy — i dzięki temu udało jej się przeżyć. Babcia była naprawdę wyjątkową gospodynią i krawcową, u której zamawiały ubrania kobiety z miast. Syn prababci, mój dziadek, miał przyjaciela i czasami bawili się w domu chłopca. Ukraińska tradycja gościnności wymaga, aby gościa nakarmić. Jednak na kuchence była tylko zupa z niczego.
Postawili dwa talerze z zupą: swojemu synowi dali łyżkę, a mojemu dziadkowi — widelec
Aż pewnego dnia dziadek zniknął. Krążyła plotka, że go porwali i zjedli (w 1933 roku zdarzały się takie przypadki). Szukali go długo, aż w końcu znaleźli. Prababcia zawsze opowiadała o tym wydarzeniu bardzo emocjonalnie.
Druga prababcia Mania mieszkała we wsi pod Charkowem — z mamą, kilkoma siostrami i bratem. Uratowało ją to, że jakaś ich krewna pracowała w mieście w kombinacie i potajemnie dawała im kartki na chleb. Dwa bochenki chleba — dla całej rodziny na tydzień. To było całe jedzenie. Początkowo po chleb jeździła mama, ale ponieważ prawie nie jadła tego chleba, zostawiając wszystko dzieciom, zaczęły jej puchnąć nogi. Kiedy całkowicie odmówiła, po chleb zaczęła jeździć moja prababcia. Będąc dzieckiem, dojeżdżała do miasta pociągiem, który był przeznaczony dla bydła. Kiedy w środku nie było miejsca, musiała jechać na dachu. Ci, którzy jechali z miasta, byli często ścigani przez złodziei, którzy chcieli odebrać im jedzenie i kartki. Babcia opowiadała, jak za każdym razem trzęsła się ze strachu.
Byli bandyci, którzy przywiązywali mocną linę do drzewa, a drugi jej koniec z dużym potrójnym hakiem rzucali na pociąg — w nadziei, że złapią i ściągną czyjąś torbę. Czasami hak zaczepiał się o człowieka, odrywając od niego kawałki
Złodzieje polowali też na tych, którzy byli w wagonach. Pewnego razu weszli i zaczęli zabierać wszystkim jedzenie, a moja drobna babcia schowała się pod ławką za czyimiś nogami. Nie zauważyli jej! A jak strasznie było iść od stacji do miasta przez las, w którym też napadali. Niebezpieczeństwo było wszędzie. W kolejce po chleb ludzie od czasu do czasu padali martwi. Do wiosny, kiedy pojawiła się pokrzywa, z której gotowano zupę, nie dożył kilkuletni brat babci. Kiedy jej mama straciła siły, prababcia poszła wezwać lekarza, ale ten odmówił pomocy. Dopiero gdy przyszła do niego z ostatnim kawałkiem chleba, a on zgodził się zbadać mamę. W ten sposób młodsza córka uratowała prawie całą swoją rodzinę”.

Kristina Konovalova, dziennikarka: „Mamie doradzono oddanie dzieci do domu dziecka”
„Moja babcia Neonila Klymenko urodziła się w obwodzie kijowskim, obecnie ta wieś znajduje się w strefie czarnobylskiej. Jej matka pochodziła z zamożnej rodziny, a wieś należała do jej dziadka Nowickiego, który był Polakiem. Jednak prababcia wyszła za mąż za mężczyznę z biednej rodziny. Urodziło się im wiele dzieci. Kiedy rozpoczął się Wielki Głód, babcia miała cztery lata. Ale wspomnienie o tym, jak było zimno i głodno, pozostało na całe życie. A także o tym, jak pod ich domem prosił o jedzenie, a potem umarł z głodu mężczyzna.
Sąsiedzi i krewni poradzili jej matce, żeby oddała przynajmniej część dzieci do sierocińca, zwłaszcza dziewczynki, bo tam, jak twierdzili, mają lepsze wyżywienie i ubrania.
I tak ją wraz z siostrą oddano do sierocińca. Tam otrzymywały regularne posiłki i dzięki temu przeżyły.
Matka babci również przeżyła Wielki Głód. Miała niewielki zapas zamrożonych ziemniaków, grzybów, czasami udawało się znaleźć jagody w lesie. Robiła różne wywary z chwastów. Ale wszyscy ludzie na wsi byli wtedy wyczerpani, mieli opuchnięte ręce i nogi.

Tetiana Bakocka, dziennikarka: „Największą radość była, gdy mama dawała na obiad okruchy chleba”
— Babcia Jewdokia Oniszczak przeżyła Wielki Głód w latach 1946–1947 we wsi Czernihówka na południu Ukrainy (obecnie obwód mikołajowski). Miała wtedy 12 lat. Opowiadała: porcja jedzenia dla dzieci na dzień — sto gramów makuchy (produkt uboczny po wyciśnięciu oleju z nasion słonecznika — przyp. autora) i sto gramów przecieru (tak w wsi nazywano odtłuszczone mleko). Największą radość sprawiało mi, kiedy mama dawała mi do szkoły na obiad okruchy suchego chleba. Ale to się skończyło, kiedy zebrała wszystkie sucharki do torby i zaniósła do więzienia. Ojciec mojej babci, Semen Bondarenko, został aresztowany, ponieważ przyniósł do domu z pola dwie garście kukurydzy.
Zrobił to, aby rodzina nie umarła z głodu. Jednak zgodnie z ustawą „o pięciu kłosach”, obowiązującą od 1932 do 1947 roku, nawet garść ziarna była podstawą do skazania człowieka za kradzież mienia kołchozu na co najmniej 10 lat. Ojca babci wysłano do obozu pracy 3500 km na północ Rosji. Aby nie umarł z głodu w drodze, jego żona stała trzy dni w kolejce wraz z krewnymi innych więźniów-chłopów, zanim przekazała przez okienko więzienia torbę sucharów i mały kawałek słoniny, który udało się wymienić za swoją najdroższą chustkę. Jednak ojciec babci nigdy nie wrócił z zesłania.
Prawo „o pięciu kłosach” dotyczyło również dzieci, ale gdy zapadał zmrok, babcia wraz z koleżankami chodziła na pola kołchozowe w nadziei, że znajdzie choć kilka ziaren.
Pracownik kołchozu doganiał dzieci na koniu, bił je batem i straszył, że następnym razem je zabije, jeśli zbliżą się tak blisko pola, na którym gniło ziarno.
Był Rosjaninem z sąsiedniej wsi i nienawidził Ukraińców.
W wiosce aresztowano i wysłano na Syberię wielu chłopów, konfiskując ich majątek. W domu jednej rodziny urządzono szkołę, w innym – klub. Ludzi, którzy umierali z głodu, zbierano na garbusie (wysoki wóz do przewożenia snopów, słomy, siana – przyp. autora) i wywożono na cmentarz. Był on otoczony murem z kamienia, więc ciała przerzucano przez ogrodzenie. Nie było pogrzebów. Podobna sytuacja miała miejsce w innych sąsiednich wsiach.

Tetiana Lemieszko, poetka, pisarka, członkini Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy: „Brat mamy wrócił z rejsu i ją uratował”
— W wsi Wytaczów w obwodzie kijowskim, gdzie w 1893 roku urodziła się moja babcia Palaszka Paszenko, do 1933 roku mieszkało tysiąc osób. Około 800 z nich zginęło z głodu. Ci, którzy mieszkali bliżej brzegu Dniepru i nadal mogli się poruszać, łowili ryby, natomiast ci, którzy mieszkali na urwiskach, praktycznie nie mieli szans.
Komsomolska „czerwona miotła” przeprowadzała masowe rewizje w wiejskich chatach, a tych, którzy nie chcieli dobrowolnie oddać swoich zapasów, bili. Babcia schowała proso w kominie, ale znaleźli je. Rabowali nie tylko władze rejonowe, ale także „swoi” ludzie. Zmarłych wywożono na wozach do dołu. Wypełniali go, zasypywali i kopali kolejny.
Często do dołu trafiali jeszcze żywi ludzie. Dom babci znajdował się obok kościoła, niedaleko cmentarza. Opowiadała, że ludzie — wyczerpani, ale jeszcze żywi — jęczeli, prosili o chleb, poruszali się, wyciągali ręce. Wyobraźcie sobie ten horror...
Na wiejskim cmentarzu leży jedenaścioro dzieci i pierwszy mąż mojej babci Palaszki. Wszyscy oni zginęli męczeńską śmiercią w głodowym 1933 roku. Obrzękłą, na wpół żywą babcię i jej starszego syna Griszkę, którzy leżeli wyczerpani i nie mogli już wstać, uratował jej brat, marynarz Kalenik Wasylenko, który akurat wrócił z rejsu i przywiózł trochę jedzenia. Karmił ich po trochu, bo zbyt duże ilości jedzenia były śmiertelnie niebezpieczne — powodowały skręty jelit.
W końcu babcia przeżyła wojny i głód XX wieku i zmarła w wieku 93 lat. Strach, którego doświadczyła podczas Wielkiego Głodu, towarzyszył jej przez całe życie. Od najmłodszych lat pamiętam, jak babcia Palaszka chowała pod poduszką placki i kawałki chleba. Myślałam, że to dla mnie, bo kiedy płakałam, częstowała mnie tymi smakołykami. Gdy dorosłam i jedzenia było pod dostatkiem, babcia nadal uzupełniała swoje „zapasy”.
Babcia zawsze mówiła: „Najstraszniejsze, dziecko, jest umrzeć z głodu...”. Długo milczała o tych strasznych czasach. Później cicho mówiła: „Była susza... nie było co jeść”. Bała się nawet wspominać o zmarłych dzieciach i mężu. Ale bolało ją to tak bardzo, że na samo słowo „głód” płynęły jej łzy.

Serhij Lakiza, chemik, pracownik naukowy: „Babcia czytała gazety i wiedziała, że będzie nieszczęście. Zdołała się przygotować”.
- O tych strasznych czasach po raz pierwszy usłyszałem od ojca podczas odwilży chruszczowowskiej. Poruszał ten temat bardzo ostrożnie, oszczędnie, tłumaczył nieszczęście nieurodzajem, ponieważ nie wolno było o tym mówić. Tata pochodził z wielodzietnej rodziny. Jego ojca Opanasa aresztowano w 1934 roku jako „wroga ludu” i wysłano na Kanał Białomorsko-Bałtycki, gdzie zginął. Moja babcia Maria była piśmienna i udało jej się uratować czworo dzieci — trzech chłopców i jedną dziewczynkę. Mieszkali w obwodzie sumskim.
Czytając gazety, babcia zrozumiała, że zbliża się jakieś nieszczęście. Dlatego po zebraniu plonów w 1932 roku natychmiast zakopała worek buraków i ziemniaków głęboko w środku ogrodu. Członkowie Komsomolu chodzili potem po domach, szukając wszędzie jedzenia, ale nie znaleźli babcinej skrytki. A kiedy ludzie w wsi zaczęli umierać, a komsomolcy pili w domach, babcia wykopała te worki i była w stanie wyżywić rodzinę. Ten przypadek nauczył mnie, że w każdej trudnej sytuacji trzeba walczyć do końca, myśleć i szukać wyjścia — i wtedy można zwyciężyć.
Ojciec opowiadał też o jednym przypadkowym znalezisku. Pewnego razu w 1933 roku wraz z przyjacielem znaleźli złotą monetę Mikołajską dziesiątkę (złota moneta carskiej Rosji o nominale 10 rubli, bita za panowania Mikołaja II — red.). Za nią w „Torgsinie” (w latach 30. za rządów radzieckich miejsce, gdzie oddawano cenne rzeczy w zamian za żywność — red.) wydano dwie bochenki chleba.
Przyjaciel ojca zjadł swój chleb od razu i zmarł na skręt jelit. Ojciec zjadł tylko kawałek, ale resztę zaniósł do domu — braciom, siostrze i matce. Dlatego się uratował.
W ten sposób moja rodzina przeżyła — głównie dzięki rozsądkowi mojej babci, która dożyła prawie 90 lat.


Antonina Kurec: Doświadczenie zdobyte w Polsce nie jest zmarnowanym zasobem, ale podstawą powojennego rozkwitu Ukrainy
Ukryty potencjał i zielone korytarze
Diana Balynska: Dlaczego większość Ukrainek za granicą pracuje poniżej swoich kwalifikacji? I co można z tym zrobić?
Antonina Kurec: To naprawdę paradoksalna sytuacja, kiedy kraje przyjmujące Ukraińców otrzymują wspaniałe zasoby edukacyjne i kadrowe, ale nie wykorzystują ich w pełni.
Statystyki są niepokojące: według socjologów około 68% ukraińskich migrantów w 2024 r. pracowało na stanowiskach poniżej swoich rzeczywistych kwalifikacji.
Tylko jedna trzecia dyplomowanych uchodźców znalazła pracę wymagającą wyższego wykształcenia. Dysponujemy potencjałem ludzkim, który może zmienić Ukrainę po wojnie.
Mowa tu o szeregu barier, znacznie głębszych niż tylko kwestia języka. Po pierwsze, mamy problem z regulacją zawodów i powolnym uznawaniem dyplomów, tzw. nostryfikacją. Dotyczy to zwłaszcza dziedzin wymagających licencji, takich jak medycyna.
Po drugie, niezwykle ważnym aspektem jest opieka nad dziećmi. Większość migrantów to kobiety z dziećmi. A pracodawcy, zwłaszcza w sektorach wymagających kwalifikacji, wymagają pełnego zatrudnienia.
Kwestia, gdzie umieścić dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym, staje się kluczowym czynnikiem ograniczającym dla wykwalifikowanych matek
Aby rozwiązać tę sytuację, potrzebne są wspólne programy między krajami. Oznacza to, że oprócz intensywnej nauki języka polskiego potrzebujemy szybkiej walidacji kwalifikacji, a także płatnych staży w sektorach deficytowych, takich jak opieka zdrowotna, logistyka czy energetyka. Bardzo potrzebne są również przedszkola zapewniane przez pracodawców lub państwowa pomoc w opiece nad dziećmi. Tylko w ten sposób będziecie w stanie wykorzystać ten „ukryty potencjał”, a co najważniejsze — ludzie powrócą do Ukrainy z nową, cenną europejską wiedzą specjalistyczną.

Wspomniała Pani o nostryfikacji dyplomów. Biorąc pod uwagę, że jest to dość długi, wyczerpujący i kosztowny proces, czy istnieją jakieś sposoby, aby go uprościć?
Dobre pytanie. Współpracuję z uniwersytetami i wiem, że istnieją odrębne umowy o wzajemnym uznawaniu dyplomów akademickich między Polską a Ukrainą. Są jednak dziedziny, które wymagają dodatkowej weryfikacji.
Byłoby wspaniale, gdyby na szczeblu rządowym udało się uzgodnić jakiś fast track (przyspieszone procedury — red.) dla zawodów deficytowych, coś w rodzaju „zielonych korytarzy”. Albo stworzyć jeden e-rejestr, w którym można by od razu weryfikować te dyplomy.
W praktyce światowej stosuje się już tzw. skill bridges (mosty umiejętności), które są aktywnie wykorzystywane przez międzynarodowe firmy. Skupiają się one nie na ogólnych dokumentach, ale na tym, co dana osoba wie i potrafi. Podobne Skill Bridges działają już z powodzeniem w UE i Kanadzie.
Dobrą praktyką są centra oceny (assessment centers), gdzie sprawdza się praktyczne umiejętności, a nie tylko papier. Im częściej będziemy to robić, tym szybciej będziemy zapełniać miejsca pracy wykwalifikowanymi pracownikami.
Kobiety w „męskich” zawodach
Czy wzrost napięć społecznych i konkurencji na polskim rynku pracy może stać się zewnętrzną presją, która skłoni Ukraińców do powrotu do domu?
Nie uważam, że tylko ten czynnik będzie kluczowym katalizatorem masowego powrotu. Tak, nastroje społeczne ulegają wahaniom, ale większość Polaków nadal jest przychylna Ukraińcom.
Decyzja o powrocie jest podyktowana znacznie ważniejszymi powodami niż sytuacja na polskim rynku pracy. Przede wszystkim jest to bezpieczeństwo, zakończenie wojny. Po drugie, jest to dostępność lub brak mieszkania w Ukrainie. Nie możemy zapominać, że ogromna część ludzi po prostu nie ma dokąd wracać, ponieważ ich domy zostały zniszczone. Powrót dla was oznacza w rzeczywistości kolejny start od zera.
Abyście wrócili, Ukraina musi zaproponować wam zrozumiałą, uczciwą i motywującą strategię powrotu z namacalnymi ułatwieniami, programami uzyskania mieszkania i, co najważniejsze, gwarantowanymi miejscami pracy.
Pewność zatrudnienia i zapewnienia bytu rodzinie to kluczowy warunek powrotu.
Podejście to jest zgodne z praktyką EBRD i Banku Światowego w zakresie odbudowy powojennej.
Osobiście aktywnie angażuję się w dialog z międzynarodowymi partnerami na temat modeli powrotu wykwalifikowanych pracowników.
Jeśli chodzi o ukraiński rynek pracy: jacy specjaliści są obecnie najbardziej poszukiwani? Gdzie odczuwa się największy niedobór kadr, zwłaszcza biorąc pod uwagę potrzeby odbudowy?
W samym słowie „odbudowa” zawarte jest już budownictwo, gdzie obecnie istnieje największy popyt i największy niedobór kadr w Ukrainie. Wynika to nie tylko z migracji, ale także z faktu, że specjaliści w większości walczą na wojnie.
Bardzo poszukiwani są również specjaliści z zakresu energetyki i sieci. Wróg nieustannie bombarduje naszą infrastrukturę, dlatego ciągle potrzebujemy odbudowy. Równie pilnie potrzebni są logistycy, kierowcy. Są to branże, które, jak wiesz, krzyczą, że brakuje ludzi. Niedawno sama widziałam młodą dziewczynę-dźwigniarza i powoli zaczynamy przyzwyczajać się do widoku kobiet za kierownicą ciężarówek. Co ważne, wynagrodzenia w tych branżach również znacznie wzrosły. Pracodawcy są gotowi płacić, aby ludzie zajmowali te bardzo ważne stanowiska. Będzie to największa potrzeba w ciągu najbliższych 5 lat.

W jaki sposób biznes i państwo powinny strategicznie zmienić swoje podejście, aby zapewnić kobietom realne możliwości rozwoju kariery?
Całkowicie słusznie podkreślasz, że Ukraina musi przemyśleć sposób, w jaki budujemy możliwości kariery dla kobiet. Potrzebujemy nie tylko równych wynagrodzeń, ale także głębokiego wsparcia systemowego. Takim systemowym wsparciem zajmuje się społeczność Women Leaders for Ukraine, a jako jej członkini osobiście uczestniczyłam w opracowaniu programu przygotowującego kobiety-liderki do pracy w energetyce. Kobiety uczyły się, zdobywały umiejętności techniczne i przywódcze, a prawie wszystkie uczestniczki projektu znalazły następnie zatrudnienie.
Jeśli chodzi o wsparcie społeczne, w Ukrainie istnieje już wiele bezpłatnych szkoleń i kursów dla kobiet, które zostały zmuszone do przejęcia biznesu porzuconego przez mężów, którzy wyruszyli na wojnę. Są to szkolenia z zakresu finansów, marketingu, logistyki. Dostępna jest również pomoc psychologiczna. Jednak niestety nie widzę jeszcze systemowych podejść społecznych (takich jak państwowe przedszkola lub pomoc w opiece nad dziećmi) na poziomie biznesu i państwa. To jest coś, co jeszcze trzeba wdrożyć.
A jak przebiega reintegracja i zatrudnienie weteranów? Czy są już jakieś systemowe programy?
To bardzo aktualny temat. Już w 2023 roku uruchomiono zakrojone na szeroką skalę programy (na przykład „Veteran Hub”), w ramach których pracodawcy otrzymywali bezpłatne szkolenia dotyczące adaptacji weteranów. Moje doświadczenie potwierdza, że takie programy są dość skuteczne w integracji weteranów z powrotem w środowisku pracy.
Popyt na weteranów jest duży, ponieważ wracają oni jako wspaniali liderzy. Posiadają cenne umiejętności nabyte w wojsku: determinację, krytyczne myślenie, umiejętność oceny ryzyka
Wielu weteranów po demobilizacji otwiera własne firmy. Zostali przedsiębiorcami, ponieważ głęboko odczuwają wartość życia i nie boją się ryzykować, chcą realizować swoje marzenia. To bardzo udany trend, a firmy są bardzo zainteresowane takimi pracownikami.
Jak sprowadzić ludzi z powrotem do Ukrainy?
Czy odczuwa się odpływ młodych mężczyzn w wieku 18-22 lat, którzy wyjeżdżają za granicę na studia lub w poszukiwaniu perspektyw zawodowych? Jakie ryzyko to niesie?
Podczas wojny trudno jest operować dokładnymi danymi na temat tego, ilu młodych mężczyzn w wieku 18-22 lat faktycznie wyjechało. Musimy opierać się na statystykach z granic, a one nie dają jasnego obrazu tego, którzy z nich opuścili kraj na zawsze.
Jednak tendencja jest widoczna, na przykład mamy wysoki odsetek ukraińskich studentów w Polsce. Około 43% wszystkich zagranicznych studentów w roku akademickim 2023-2024 w Polsce to Ukraińcy. To duży odsetek.
Ryzyko związane z odpływem młodzieży jest dla Ukrainy znaczne: tracimy całą grupę, która tworzy innowacje.
W szczególności są to inżynierowie IT, ludzie z wyższym wykształceniem. Oczywiście można powiedzieć: niech te dzieci wyjeżdżają i uczą się, zachowują swoje zdrowie psychiczne w krajach, gdzie panuje pokój, a z czasem wrócą już wykształcone, aby odbudować Ukrainę. Ale aby wróciły, potrzebna jest platforma powrotu.
Z pewnością wprowadziłabym stypendia celowe na zasadzie „uczyć się i wracać” lub stypendia z gwarancją zatrudnienia w projektach odbudowy. Niezbędne są również preferencyjne kredyty hipoteczne dla młodzieży, ponieważ wielu z nich pochodzi z okupowanych terytoriów lub straciło mieszkanie z powodu wojny.
Wśród ekspertów pojawia się opinia, że powróci około 1/3 osób, które wyjechały. Czy zgadzasz się z tą prognozą? Co powinno być najważniejszym czynnikiem motywującym do powrotu?
Nie bardzo wierzę, że powróci tylko jedna trzecia, ale niech ta teza pozostanie. Powinna ona skłonić nasze państwo do podjęcia zdecydowanych kroków, aby tak się nie stało.
Po pierwsze, Ukraina musi wysłać jasny i silny komunikat, że kraj się zmienił. Dotyczy to zarówno świadczenia wysokiej jakości usług administracyjnych, jak i przejrzystości. Po drugie, chodzi o rolę w wielkiej odbudowie. Dla wykwalifikowanych specjalistów może to być oferta wyższego stanowiska, rozwoju kariery i, co niezwykle ważne, element misji – przekazanie europejskiego doświadczenia swojemu krajowi.
I co najważniejsze:
Program państwowy musi być taki sam dla tych, którzy byli za granicą, jak i dla osób wewnętrznie przesiedlonych. Nie można dzielić obywateli!
Powinna to być kombinacja ofert pracy, mieszkania i poczucia misji odbudowy.

- Chcę przekazać jasny komunikat Ukraińcom za granicą: wasze doświadczenie w Polsce nie jest zmarnowanym zasobem. To podstawa powojennego rozwoju Ukrainy.
Wracając do kraju przywieziecie ze sobą standardy Unii Europejskiej, jej wartości. Wiecie, jak wzmocnić biznes i państwo. Dlatego inwestujcie w tę wiedzę i doświadczenie, nie ulegajcie wpływom negatywnych narracji! Pracujcie, uczcie się, zdobywajcie wykształcenie. To wasza strategiczna inwestycja w waszą osobistą przyszłość, a także w konkurencyjność naszej Ukrainy w Europie.


Dwóch z trzech ukraińskich uchodźców w Finlandii nie planuje powrotu. Dlaczego?
Tutaj można żyć z zasiłku
Krystyna Leskakowa była w Ukrainie nauczycielką języka angielskiego, a obecnie uczy obcokrajowców języka fińskiego. Do Finlandii przyjechała w 2022roku ze swoją małą córeczką. Wybór kraju nie był przypadkowy — w fińskim mieście Tampere mieszka matka Krystyny.
— Mieliśmy gdzie się zatrzymać, a tym, którzy nie mieli gdzie się zatrzymać, w 2022 roku pomagał Czerwony Krzyż — opowiada. — Obecnie za to odpowiada już inna organizacja. Nowo przybyłym Ukraińcom, tak jak wcześniej, nadal się pomaga się: większość z nich osiedla się w dużych mieszkaniach przerobionych na akademiki. W trzypokojowym mieszkaniu może mieszkać kilka rodzin, z których każda ma swój pokój. Jeśli rodzina jest duża, może otrzymać osobne mieszkanie, ale tylko tymczasowo. Po upływie roku od przyjazdu osoba ma prawo do miejskiej rejestracji, a wraz z nią — nowe możliwości.

Do momentu uzyskania zameldowania jedyną dostępną pomocą finansową jest zasiłek dla uchodźców w wysokości około 300 euro miesięcznie. Po uzyskaniu zameldowania można ubiegać się o podstawową pomoc społeczną, która w przypadku osób bezrobotnych wynosi około 600 euro miesięcznie. Jednocześnie można otrzymać pomoc na opłacenie czynszu za mieszkanie. Przed uzyskaniem zameldowania opcja ta jest niedostępna, więc albo mieszkasz w akademiku, albo samodzielnie wynajmujesz mieszkanie.
Osoby, które przybyły do Finlandii, są rejestrowane na giełdzie pracy, gdzie dla każdego Ukraińca w wieku produkcyjnym opracowuje się plan integracji. Obejmuje on naukę języka fińskiego do poziomu A2-B1 (czasami nawet B2), potwierdzenie lub podwyższenie kwalifikacji, zatrudnienie.
Obecnie okres integracji skrócono z trzech do dwóch lat, a w ciągu dwóch lat bardzo trudno jest nauczyć się fińskiego od podstaw. Znam niewiele osób, które po trzech latach pobytu w Finlandii mają pewny poziom B1. Dlatego większość idzie do pracy fizycznej.
Ogólnie rzecz biorąc, w Finlandii do każdej pracy potrzebne są kwalifikacje. W 2002 roku wiele firm przymykało na to oko, ponieważ chciało pomóc Ukraińcom. Jednak nawet do pracy w sprzątaniu potrzebne są kwalifikacje, czyli dwa i pół roku nauki. Wielu Ukraińców uczy się na młodszy personel medyczny, aby pracować na przykład w domu spokojnej starości. Mężczyźni często idą na budowę lub zostają ślusarzami i elektrykami. Dobrze płatna jest tu praca spawacza, ale wszystko znowu sprowadza się do języka — bez fińskiego nie ma mowy.
Krystyna zaczęła uczyć się fińskiego jeszcze w Ukrainie
- I chociaż było to ponad dziesięć lat temu, w stresie wiele rzeczy sobie przypomniałam— mówi. — W 2022 roku mój poziom był gdzieś pomiędzy A1 a A2. Od razu zapisałam się na płatne kursy, gdzie nauka była bardziej intensywna. Równolegle zajęłam się potwierdzeniem mojego dyplomu nauczyciela. Aby mieć prawo do nauczania, na przykład w liceum, musiałam dokończyć naukę — na szczęście bezpłatnie — w wyższej szkole zawodowej.
Mój zawód jest w Finlandii bardzo poszukiwany — większość ludzi uczy się tu angielskiego. Ale bez znajomości fińskiego można znaleźć pracę tylko w szkole międzynarodowej. Chociaż Finowie tak bardzo kochają swój język, że nawet specjaliście, który w pracy używa wyłącznie angielskiego, pracodawca raczej zaproponuje opłacenie kursów fińskiego. Kończyłam jeden kurs za drugim, a potem trafiłam na praktykę zawodową do college'u, gdzie uczy się fińskiego imigrantów. Po praktyce zaproponowano mi stanowisko instruktora, który pomaga studentom. Moja fiński był już wtedy na poziomie B2, a teraz sama go uczę. Chociaż początkowo planowałam uczyć angielskiego.

Zdaniem Krystyny, nawet jeśli pracujesz, możesz otrzymać pomoc finansową na opłacenie czynszu — wszystko zależy od poziomu dochodów. Jeśli wynagrodzenie jest niewystarczające, państwo rekompensuje brakującą kwotę. Ukraińcy, którzy nie pracują, żyją z zasiłku socjalnego w wysokości 600 euro miesięcznie. Za te pieniądze można przeżyć w Finlandii.
— Bo jeśli ktoś nie pracuje, rachunki za prąd i wodę również pokrywa pomoc społeczna. Głównym wydatkiem będzie jedzenie, a ubrania można po prostu kupować w second handach.
Dźwięk pary pozwala zapomnieć o wszystkich smutkach
W Finlandii stałymi klientami second handów mogą być ludzie zamożni, którzy traktują takie doświadczenie jako możliwość ekologicznego życia i nadania rzeczom drugiego życia. Finowie są dość oszczędni, mało kto żyje tu na szeroką skalę. My, Ukraińcy, lubimy dawać drogie prezenty, a tutaj można podarować na przykład skarpetki — bo najważniejsza jest nie cena prezentu, ale uwaga.
Wydaje mi się, że Finowie są bardziej powściągliwi i spokojni niż Ukraińcy. Nie spieszą się, nie denerwują. Wykonują swoją pracę, ale bez stresu.
W większości przypadków dzień pracy zaczyna się o siódmej rano, ale już o7:20 wszyscy idą na przerwę kawową. Po godzinie — na kolejną, potem jeszcze jedną, a o 11:00 jest już pora na lunch. A jeśli dzień pracy kończy się o16:00, to o 15:58 przy biurkach nie ma już nikogo.
Ponieważ dla Finów praca to tylko praca, a życie to przede wszystkim bycie z rodziną, spacery na łonie natury, wycieczki nad jeziora, czerpanie radości z życia.

Kolejnym znanym elementem fińskiej filozofii jest sauna. Finowie chodzą do sauny w środy, piątki i weekendy — i prawie wszyscy miejscowi, których znam, nie naruszają tej tradycji. To sposób na relaks i odstresowanie się. W saunie,do której teraz czasami chodzę, znajduje się napis, który w tłumaczeniu z języka fińskiego oznacza, że dźwięk pary sprawia, że zapomina się o wszystkich smutkach. W saunie nie wypada dużo rozmawiać — chodzi o to, aby siedzieć i cieszyć się dźwiękiem, który powstaje, gdy woda spada na rozgrzane kamienie. Zrozumienie tego zen zajęło mi trzy lata. Już umiem cieszyć się sauną, ale nie potrafię jeszcze pracować całkowicie bez stresu.
Zasada unikania stresu stosowana jest tutaj również w nauce. Moja córka ma osiem lat i dla niej szkoła to przyjemność. Tutaj dzieci traktowane są jak osobowości, których nikt nie próbuje łamać ani wtłaczać w standardy. Nauczyciel nigdy nie skrytykuje ucznia podczas lekcji lub w obecności innych osób.
Nawiasem mówiąc, w szkołach uczy się tutaj dwóch języków obcych: oprócz angielskiego — również szwedzkiego, który w Finlandii jest drugim językiem państwowym. Patrząc na to, jak moja córka uczy się angielskiego, rozumiem, że program nauczania jest tutaj znacznie łatwiejszy niż w Ukrainie. Jednocześnie większość Finów dobrze zna angielski. Być może właśnie ta łatwość nauczania daje rezultaty, ponieważ dzieci nie postrzegają języka obcego jako czegoś obcego i skomplikowanego. Jeśli chodzi o nauczanie dorosłych, główna różnica w porównaniu z Ukrainą polega na tym, że nauczyciel przekazuje ci do dwudziestu procent materiału. Reszta to samodzielna nauka.
Zwolnienie lekarskie z powodu depresji
- Moja piętnastoletnia córka również jest bardzo zadowolona z fińskiej szkoły — opowiada Inna Bogacz, która w 2022 roku przeprowadziła się do fińskiego miasta Espoo. — Miło mnie zaskoczyło, że dzieci mają tu wszystko: od zeszytów i długopisów po laptopy. I nic nie trzeba kupować. W szkołach jest najnowszy sprzęt, a takiej ilości instrumentów muzycznych, jak w klasie muzycznej mojej córki, nie widziałam jeszcze nigdzie. Jeśli potrzebne są dodatkowe zajęcia z nauczycielem, są one bezpłatne. Teraz moja córka rozpoczyna orientację zawodową, która polega na tym, że dzieci wyjeżdżają na dwutygodniową praktykę do wybranej przez siebie organizacji, aby wypróbować ten lub inny zawód.
W przeciwieństwie do córki, która już dobrze zna język fiński, mi nie przychodzi to łatwo. Ale pracuję w sklepie, gdzie codziennie rozmawiam z ludźmi. Zajmuję się również malowaniem ubrań (w Ukrainie miałam własną pracownię artystyczną). Zawsze powtarzam, że w Finlandii mam dwie prace: ilustrację – dla duszy (miałam tu nawet wystawę!), a sklep – aby zarabiać i nie być na utrzymaniu państwa. To ciężka praca fizyczna z ośmiogodzinnymi zmianami, ale pozwala zarobić. Dodatkowo ukończyłam tutaj college na kierunku „kosmetologia”, a także uczę ukraińskie dzieci rysunku w ukraińskim centrum w Helsinkach.

W planach mam przejście na wizę pracowniczą, która prowadzi do stałego pobytu. W Finlandii jest to możliwe, jeśli ma się umowę o pracę na określoną liczbę godzin.
W Finlandii ważne jest, aby mieszkać bliżej dużego miasta, ponieważ to właśnie tam są możliwości. Ukraińcy, których po przyjeździe osiedlono w prowincjach na północy, z czasem i tak przenosili się bliżej miast. W mieście jest praca, ale życie jest tu droższe. W Espoo miesięczny czynsz za trzypokojowe mieszkanie wynosi około 1400 euro (w Helsinkach jest drożej). Mniejsze mieszkanie będzie kosztować około 800 euro, ale wraz z opłatami komunalnymi — około tysiąca (przy czym minimalna płaca wynosi obecnie około 13 euro za godzinę). Należy również wziąć pod uwagę, że mieszkanie do wynajęcia będzie puste - może nawet nie będzie podłączone do prądu. Wszystko - od mebli po żarówki - kupujesz sam. Jedyne, co będzie to kuchnia.
Pralki nie są dostępne dla wszystkich: w wielopiętrowym budynku można na zmianę z sąsiadami prać i suszyć rzeczy w specjalnie wyposażonej pralni. Nie masz też prawa tapetować ani malować ścian na kolor inny niż biały, szary lub niebieski. W Finlandii, podobnie jak w innych krajach skandynawskich, preferuje się minimalistyczne wnętrza z białymi ścianami i meblami z IKEA. W fińskim domu nie zobaczysz złotych zasłon ani łóżka z baldachimem. Nawiasem mówiąc, domy są tu ciepłe, mają centralne ogrzewanie, co jest bardzo ważne w surowym klimacie.
Nasze miasto Espoo leży na południowym wybrzeżu, ale nawet tutaj bywa bardzo zimno (kiedyś było minus trzydzieści stopni i powietrze dosłownie zamarzało w nosie), a śnieg może padać nawet w maju. Najtrudniejszy okres przypada tutaj na listopad: wszystko wokół jest szare, ciągle pada deszcz, a dzień jest bardzo krótki. Idzie się do pracy w ciemności, wraca się również w ciemności. To przygnębia, wywołuje depresję. Dlatego wiele osób przyjmuje nie tylko witaminę D, ale także leki przeciwdepresyjne.
Mówi się, że Finlandia jest krajem szczęśliwych ludzi, ale jednocześnie odnotowuje się tu wysoki poziom samobójstw.
Stres lub depresja mogą być przyczyną nieobecności w pracy i wystawienia zwolnienia lekarskiego.
Nie powiedziałabym, że ludzie tutaj dużo piją. Alkohol jest bardzo drogi, a ludzie, którzy naprawdę go lubią, płyną promem do Tallina, skąd wracają z całymi wózkami butelek. Kiedyś płynęłam takim promem i byłam jedyną pasażerką bez wózka.
Pomimo specyficznego klimatu, Finlandia mi się podoba. W ogóle nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania. Bielizna termiczna, a także nieprzemakalne spodnie i kurtki — to tutaj rzeczy pierwszej potrzeby. W Finlandii nie ma gór, za to jest wiele pięknych jezior. Często spotykamy tu sarny, jelenie, lisy.
Fińskie lasy zamiast zniszczonych ukraińskich miast
- Lasy i jeziora nadają Finlandii szczególny surowy urok — potwierdza Krystyna Leskakova. — Są też białe noce, do których również trzeba się przystosować. Upały zdarzają się tu rzadko, chociaż tego lata przez całe trzy tygodnie temperatura utrzymywała się na poziomie około 28 stopni. Dla Finów jest to upał, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie ma tu klimatyzacji. Finom pomaga przetrwać niespodzianki klimatu zasada „nie stresować się”, spacery, a zimą —narty.
Jest jeszcze Laponia, gdzie trafia się do prawdziwej zimowej bajki. Kiedyś pojechałyśmy tam z córką na jeden dzień. Przed Bożym Narodzeniem panuje tam niesamowita atmosfera, ale nawet bez noclegu jest to bardzo kosztowna przyjemność.

Według Krystyny y i Inny Finowie nadal aktywnie pomagają Ukraińcom, omawiając potencjalne zagrożenie dla ich kraju ze strony sąsiedniej Rosji.
— W historii Finlandii również była wojna z Rosją, więc Finowie nas rozumieją i wspierają — mówi Krystyna. — Fakt, że Rosja dąży do rozszerzenia agresji na kraje UE, jest tutaj również żywo dyskutowany. Sądząc po nastrojach, Finowie w razie potrzeby pójdą bronić swojej ziemi. Chociaż oczywiście nikt nie jest gotowy na wojnę pod względem moralnym. Dzięki zabezpieczeniu socjalnemu Finowie są znacznie bardziej zrelaksowani niż my przed wojną.
W Finlandii naprawdę czujesz się bezpiecznie: rozumiesz, że jeśli nagle stracisz pracę, państwo cię wesprze, a jeśli nagle zachorujesz, nie będziesz musiał szukać pieniędzy na drogie leczenie.
I to jest jeden z powodów, dla których tak wielu Ukraińców myśli o pozostaniu w Finlandii nawet po zakończeniu działań wojennych. Drugim powodem jest pochodzenie Ukraińców, którzy przybyli do tego kraju.
„Jest coś, co odróżnia Finlandię od Polski i innych krajów zachodnioeuropejskich: przybyło tu wielu Ukraińców z okupowanych terytoriów lub ze wschodu Ukrainy” – cytuje socjologa, członka zarządu Stowarzyszenia Ukraińców w Finlandii Arsenija Swynaienko fińskie media YLE. „Była to niemal jedyna droga, aby dostać się z okupowanych terytoriów przez Rosję do Europy Zachodniej, przede wszystkim do Finlandii, Estonii lub Łotwy. Ci ludzie nie mają dokąd wracać. Stracili wszystko, ich miasta i wioski zostały zniszczone”.
Dlatego coraz więcej Ukraińców, którzy przebywali w kraju na podstawie tymczasowej ochrony, przechodzi obecnie na długoterminowe pozwolenie na pobyt typu A, które po czterech latach pobytu i pracy w Finlandii umożliwia ubieganie się o pozwolenie na pobyt stały. I chociaż prawo przewiduje, że osoba przebywająca w kraju może posiadać tylko jedną kartę pobytu, dla Ukraińców zrobiono wyjątek — mogą oni posiadać zarówno tymczasową ochronę, jak i pozwolenie na pobyt długoterminowy.


Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze wspaniali Polacy
Spoglądam na zegarek – dochodzi piąta rano. Silnik w naszym busie, którym wieziemy pomoc dla wojska, właśnie zgasł po raz trzeci. Po chwili odpoczynku odpala znowu. Ale wiem, że dobra passa nie potrwa długo, a jesteśmy dosłownie pośrodku niczego. Do najbliższego dużego miasta, gdzie możemy liczyć na pomoc mechanika, mamy jakieś półtorej godziny drogi, tyle że jest sobota.
Wolontariusze z Polski
Ostatni raz nasz bus „Dobrowolec” traci moc kawałek za wsią Znamenka. Romek puszcza sprzęgło i pozwala samochodowi staczać się z górki, dopóki koła będą miały rozmach. Nagle za zakrętem naszym oczom ukazuje się parking, kawiarnia i mały warsztat dla TIR-ów. Parkujemy i zapadamy w krótki sen. Wisi tam kilka ogłoszeń warsztatów i firm oferujących lawetę. Ale poczekamy, nie będziemy budzić ludzi w sobotę o piątej.
Kiedy wybija ósma, biorę telefon i wykręcam numer do warsztatu, pod którym nasz samochód rozkraczył się na dobre. Odbiera zaspany męski głos. Opowiadam po ukraińsku, co się stało: nasz Vito padł, nie wiemy, co dalej, stoimy na waszym parkingu. Słyszę, że to warsztat dla TIR-ów, ale pomyśli i odezwie się. Mijają długie minuty, w mojej głowie kotłują się myśli: dziś mamy dojechać do Kramatorska, a ja nawet nie wiem, czy w ogóle uda nam się stąd odjechać. W końcu Romek bierze telefon i dzwoni pod ten sam numer, z którym rozmawiałam pół godziny temu.
– Dzień dobry – choć mówi po ukraińsku, od razu wiadomo, że jest obcokrajowcem – jesteśmy wolontariuszami z Polski. Zepsuł nam się samochód. Tak, mercedes Vito.

I nagle wszystko się zmienia. Po kilku chwilach obok samochodu pojawiają się jacyś mężczyźni. Dostrzegają polskie tablice rejestracyjne, zagadują, zaglądają pod maskę, dopytują. Jeden proponuje kawę, drugi pyta, czy wieziemy naszym chłopakom pomoc. Domyślam się, że to pracownicy lub klienci warsztatu. Jeden z nich bierze telefon, słyszę, jak mówi: Wania? No, tak, to Polacy.
– Za 10 minut przyjedzie tu kolega – zwraca się do nas. – Pociągnie was na holu do swojego warsztatu.
Rzeczywiście, po chwili zjawia się dwóch młodych chłopaków. Jednego z nich poznaję po głosie, to z nim rozmawiałam przez telefon. Podczepiają nas pod swoje auto i ciągną przez pół godziny dziurawą drogą. W międzyczasie zdążyłam się rozpłakać, że możemy nie zdążyć, a na nas czekają na froncie. W odpowiedzi usłyszałam, że zrobią wszystko, by nam pomóc jak najszybciej stąd wyjechać. Jeden z nich od razu rusza po potrzebne części do odległego Kropiwnickiego, a pozostali mechanicy rozbierają „Dobrowolca” na części.
– Idźcie na spacer, na kawę – radzi właściciel. – Zadzwonię, kiedy będzie gotowe.
Ruszamy przez tę dziwną i trochę zapomnianą przez świat miejscowość. Oplata ją obwodnica, więc ruch jest na tyle mały, że mieszkańcy od razu rozpoznają turystów. Przyglądają nam się z zaciekawieniem, kiedy robimy wielkie zakupy w lokalnym sklepie i urządzamy sobie piknik na ławce. Mimo zmęczenia,bułka z serem i cebulą smakuje tak, jak danie w najlepszej knajpie.
.jpeg)
Po czterech czy pięciu godzinach dzwoni właściciel warsztatu: gotowe. Możemy jechać. Kiedy wchodzimy na teren warsztatu, mechanik tłumaczy co się stało i na co trzeba uważać. Ale zapewnia, że dokończymy misję.
– Ile się należy? – pytam i sięgam po portfel.
– Żartujesz sobie? To ja wam powinienem dopłacić. Pomagacie naszym obrońcom. Nie mógłbym spojrzeć na siebie w lustrze, gdybym wziął od was pieniądze.
Krakowskim targiem płacimy 450 hrywien za części, które kupili, i odjeżdżamy.
Od początku wielkiej w.
Jest styczeń 2023 roku. Wowa i Katia czekają na nas na pozostałościach przystanku autobusowego. Dostrzegam ich z daleka, bo miasto po tej stronie rzeki jest jeszcze wymarłe i to jedyne żywe dusze w pobliżu. Starsza pani w niebieskiej kurtce nerwowo przebiera nogami. Ubrany na czarno mężczyzna ze spokojną miną wlepia wzrok w nasz nadjeżdżający samochód. Może mieć trochę ponad czterdzieści lat, ale zmęczenie na twarzy i zmarszczki dodają mu powagi. Oni wiedzą o nas tylko tyle, że jesteśmy wolontariuszami z Polski. Decydują się przyjąć nas na noc, bo podróżowanie po zmroku w tej okolicy jest niebezpieczne. Choć Izium jest już wyzwolonyspod rosyjskiej okupacji, to wciąż zdarzają się tu ataki rakietowe. Dziwi mnie, że ktoś chce przyjąć do siebie do domu sześcioro zupełnie obcych ludzi. I to domu, który nie jest bogaty, nie jest nowy. Tego wieczoru oddali nam wszystko, co mieli.
Podobne wspomnienia ma Karolina Kuzema, dziennikarka i wolontariuszka, która jako pierwsza Polka relacjonowała pełnowymiarową wojnę w Ukrainie. Docierała nieraz jako pierwsza na tereny wyzwolone spod okupacji, dokumentując dopiero co odkryte rosyjskie zbrodnie i doświadczając wielokrotnie ogromnej wdzięczności za samą tylko jej obecność.
– To była jesień 2022 roku, w okolicy Żytomierza – wspomina. – Liuda opiekowała się całą gromadką dzieci, wnukami i ciotecznymi wnukami, od przedszkola po nastolatki. Dostałam prośbę o jedzenie i pieluchy. Ugościła mnie domowym obiadem i nie wypuściła, póki nie zgodziłam się zabrać dwóch trzylitrowych słoików kiszonych pomidorów własnej roboty. Do dziś nie wiem, jak przewiozłam je przez granicę. Od tamtej pory pomagam im regularnie, właśnie napisała wiadomość z prośbą o jedzenie.
Ogrom swojego czasu Karolina spędza w regionie kupiańskim, do którego dociera znacznie mniej wsparcia i pomocy humanitarnej. Wynika to z odległości, fatalnych dróg i dużego niebezpieczeństwa – wiosną 2023 roku trwają potężne ostrzały samego miasta Kupiańsk, a wojska rosyjskie prą w kierunku strategicznej rzeki Oskoł, więc życie w przyfrontowych wioskach jest bardzotrudne. Do wsi Kruhljakiwka dostać się jest bardzo trudno, bo jedyny most łączący to miejsce z Senkowe jest wielokrotnie bombardowany. Trwa jego odbudowa, przejść można jedynie pieszo. Karolina prosi polskich wolontariuszy o wsparcie dla mieszkańców, którzy, mimo niebezpieczeństwa, docierają do wsi z pomocą humanitarną.
– Kilka dni później pojechałam do mieszkańców w gości – opowiada Karolina. – Nie kończy się na kawie. Witalij, mój sąsiad, który pomaga ojcu Leonidowi z tutejszej cerkwi zapoznaje mnie po kolei z każdym. Dostaję orzechy włoskie w słodkiej zalewie, kiszonego arbuza w beczkach, a Wowa,lokalny artysta, oddaje mi książkę o Senkowem z podpisem. Na drogę dostaję jeszcze kanapkę, chociaż do auta po drugiej stronie rzeki mam 10 minut drogi, a nim kolejne 10 jadę do domu. Jeszcze tego samego dnia Witalij przynosi mi wiadro domowych warzyw i miód. Ludzie oddawali niemal wszystko, co mieli.

Przyjaciele Polski
Tomek Sikora, muzyk, producent muzyczny i wolontariusz wspierający ukraińskie wojsko, Ukrainę zna jeszcze sprzed wojny. Jeszcze przed 2014 rokiem koncertował w ramach muzycznego projektu Karbido z pisarzem Jurijem Andruchowyczem, obserwując formowanie się nowej tożsamości Ukraińców, ich pragnienia bycia częścią Europy i oddzielenia się od tego, co rosyjskie. W lutym 2022 roku nie zastanawiał się, od razu podjął działania: zbiórki, charytatywne koncerty, w końcu także konwoje z pomocą humanitarną do Ukrainy. Po wyzwoleniu Irpienia spod okupacji ruszył tam pociągiem. Wtedy jeszcze miasto było zupełnie rozwalone. Nie było prądu, a Tomek miał w torbie tyle powerbanków, ile tylko zdołał udźwignąć.
– Dojechałem do Kijowa, a stamtąd samochodem pojechaliśmy do Irpienia – mówi. – Spotkałem tych samych ludzi, do których wcześniej wysyłaliśmy z Polski konwoje z pomocą humanitarną, z jedzeniem, ubraniami, karmą dla zwierząt. Pamiętam, że była tam starsza pani, która mieszkała w jakieś szopie obok swojego rozwalonego domu. Było już ciemno, powoli zaczynała się zima. Przekazaliśmy jej powerbanki, usiedliśmy w izbie, zrobiła nam herbatę. Kiedy już mieliśmy wyjeżdżać, bez słowa zapakowała całą torbę przetworów własnej roboty – kiszonek, grzybów.
Zbierała te grzyby sama w pobliskim lesie, a wtedy lasy wokół Irpienia wciąż były zaminowane, a więc takie grzybobranie było śmiertelnie ryzykowne. I ona te wszystkie zapasy oddała Tomkowi, nie chcąc słyszeć odmowy, choć sama miała niewiele. Muzyk postanowił więc zabrać przetwory do Polski ipoczęstować nimi tych ludzi i przyjaciół, którzy pomagali w zbiórkach dla Irpienia i Buczy. Do Ukrainy jechał obładowany tym, co da Ukraińcom energię, a wracał z obdarowany słoikami i energią do dalszych działań:
– Wtedy poczułem, że to ma sens, że pomaganie ma sens. To też dało mi motywację, by dalej działać. Później było już trochę inaczej, bo zaczęły się wyjazdy na front, ale to był pierwszy impuls, że obcy ludzie, którzy sami niewiele mieli, bo dostawali pomoc od nas, dzielili się ze mną tym, co mieli.

Specjalnie robię błędy, żeby zapytali, skąd jestem
O tym, że bez nas, Polaków, na froncie byłoby znacznie ciężej, słyszy każdy wolontariusz, który dociera nieco dalej na wschód. Mówią o tym przede wszystkim wojskowi, którzy otrzymują wsparcie w postaci generatorów, dronów czy samochodów. Ale niezwykle ważne dla nich jest też to, że ich żony, córki i matki znalazły w Polsce bezpieczne schronienie. Żołnierze mogą walczyć i skupić się na swoich wojskowych zadaniach, bo na głowy ich kobiet nie spadają rakiety. To bardzo ważne dla ich higieny psychicznej, która i tak mocno cierpi w okopowych warunkach.
Niezwykłego ciepła doświadczyła niejednokrotnie wolontariuszka Agnieszka Zach, zwana też Wiedźmą. Agnieszka dowozi pomoc dla żołnierzy na pierwszą linię frontu, spędzając z nimi dużowspólnego czasu kiedy wracają z pola walki, często wykończeni i brudni, potrzebujący się wygadać. Bardzo często pytają o to, co się dzieje w Polsce,wiedząc, że wewnętrzna polityka naszego kraju może mieć realny wpływ na ich losy w okopach. Często też pokazują zdjęcia swoich dzieci, rodzin. Zdarza się im płakać. W naszym podcaście „Barszcz Talks” Wiedźma wspominała, jak żołnierze zrobili dla niej prysznic z wody pitnej, którą przynieśli na własnych plecach.
Marysia, jeszcze jedna wolontariuszka z Polski, mieszka w Ukrainie niemal od początku inwazji. Pracuje zdalnie, a kiedy kończy pracę, zajmuje się wolontariatem. Koordynuje pomoc z Polski, pomaga przy dokumentach, wspiera wolontariuszy z całego świata, którzy docierają na Donbas z pomocą humanitarną czy wsparciem dla ukraińskiej armii. To, że jest Polką, wielokrotnie pomogło jej coś załatwić czy uzyskać pomoc.
– Im bardziej szalone jest coś, co potrzebuję zorganizować, im trudniej mi kogoś zachęcić do zrobienia dla mnie czegoś, czego wcale nie muszą robić, tym częściej staram się wpleść w rozmowę jakiś błąd językowy. Tylko po to, żeby powiedzieć, że jestem obcokrajowcem, że się jeszcze uczę języka. Zawsze pytają, skąd jestem – przyznaje Marysia. – Bo wiem, że kiedy odpowiem, że z Polski, to już ich mam, że odpali się w nich w pełni opcja bycia pomocnym i uczynnym.
Marysia jest tam na stałe. Obserwuje zmieniającą się rzeczywistość, kolejne upadające miasta, przybliżający się front i znikających dookoła ludzi. Jedyne, co się nie zmieniło od samego początku, to propolskie nastroje. W okopach nie ma wielkiej polityki, a dla ukraińskiego żołnierza Polak to przyjaciel. I nie ma wyjątków. Pewnego dnia Marysia zatrzymała się, by podrzucić autostopowicza na dworzec. Kiedy wysiadał, zobaczyła na jego ramieniu dwie naszywki: jedna to były połączone ze sobą flagi Ukrainy i Polski, a druga… orzełek nawiązujący do Wehrmachtu. Początkowy szok Marysi przerodził się w śmiech:
– Pytam go, czy ma świadomość, że obok polskiej flagi nosi symbol, który Polaków obraża. A on mi mówi, że ten orzełek jest po to, by trollować Rosjan, żeby dać pożywkę ich propagandystom. Nie miał pojęcia, jak negatywnie Polacy na to reagują. Najważniejsza dla niego była polska flaga, bo dostał ją od polskich medyków, którzy ratują żołnierzy na polu boju. Na koniec powiedział, że po wojnie to on chyba na klęczkach pójdzie na pielgrzymkę do Polski dziękować tym wszystkim ludziom, którzy byli tak dobrzy dla jego córki, która uciekła tam na początku pełnowymiarowej inwazji.

Czas trolli
10 października 2025 roku Europol i Eurojust rozbili przestępczą siatkę w Łotwie. Według śledczych przestępcy mieli stworzyć farmę trolli, w której powstało aż 49 milionów fałszywych kont w sieci. Operacja pod kryptonimem „Simcartel” spowodowała aresztowanie pięciu osób, zamknięcie pięciu serwerów i przejęciu 1200 SIM-boków, 40 000 aktywnych kart SIM oraz setki kart, które miały zostać aktywowane. To czas, kiedy powinniśmy być bardzo uważni i delikatni, nie dawać wciągnąć się w manipualcje i tym manipulacjom poddawać. Nie dać się prowokować internetowym trollom, bo to może być jeden z tych 49 milionów fejków.
Pod opublikowanym przeze mnie filmem z punktu stabilizacji, w których ratowane są życia ukraińskich żołnierzy, spotkałam się z niewyobrażalną falą hejtu. Życzono mi najgorszych rzeczy, ze śmiercią włącznie. Jednak przyglądając się sprawie na spokojnie zrozumiałam, że większość nienawistnychkomentarzy pochodziła z konta nowych lub ze zmienioną jakiś czas temu nazwą. Z pewnością większość z nich jest fałszywa i stworzona tylko po to, by nieść tylko jeden przekaz: Ukraińcy są naszymi wrogami.
Natomiast lawinowo ruszyła ze strony Ukraińcówogromna ilość podziękowań, dowodów serdeczności oraz wpłat na zrzutki. Uderzył mnie jeden z komentarzy: „Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze wspaniali Polacy, którym nie jest wszystko jedno i przejmują się tą wojną. Bo w Polsce o Ukrainie można usłyszeć tylko same straszne rzeczy”.


Patostreamer „Nazar” z zarzutami. Polska po raz pierwszy reaguje na przemocantyukraińską
44-letni Piotr N.,który przez ostatnie miesiące transmitował w sieci agresywne,antyukraińskie materiały, usłyszał sześć zarzutów: nawoływaniedo nienawiści ze względu na narodowość i wyznanie, propagowanieprzemocy, propagowanie symboli wspierających rosyjską agresję,bezprawne ujawnienie danych osobowych, groźby oraz publikacjęnagrań z użyciem broni białej. Grozi mu do pięciu lat więzienia.Sąd zastosował dozór policyjny.
„Nazar” był w Trójmieście znaną postacią. Najpierwpatostreamer, potem uliczny prowokator, który łączył agresję zwidowiskiem. Najpierw zaczepki wobec osób mówiących po ukraińsku,potem zaklejanie antywojennych murali, wreszcie groźby i napaści.Mechanizm był powtarzalny: prowokacja, kamera, transmisja, wzrostzasięgów i datki od widzów. W jego materiałach pojawiały siętreści antyukraińskie, symbole rosyjskiego imperializmu, białabroń używana do zastraszania oraz publikacje danych osób, którego krytykowały. Pod koniec października nagrał jak zakleja taśmąmural „Solidarni z Ukrainą” na przystanku PKM Jasień,komentując to słowami „Polska czysta”. Ostatni live, któryzakończył się zatrzymaniem, nadawał 31 października. Widać nanim, jak prowadzi samochód i komentuje „zdrajców, co sprzedalikraj Ukrom”. Policja zatrzymała go na ul. Morskiej w Gdyni.Wstępny test wykazał obecność THC, a krew przekazano do badań.
To pierwszy przypadek, gdy władze zastosowały pełen pakietprzepisów dotyczących mowy nienawiści i propagowania ustrojówtotalitarnych wobec osoby działającej przeciwko Ukraińcom wPolsce. Kluczowe są tu artykuły 256 paragrafy 1 i 2 kodeksukarnego, a także 255, 190, 160 k.k. i art. 107 ustawy o ochroniedanych osobowych. Po raz pierwszy znak „Z” i inne symbolewspierające rosyjską agresję potraktowano nie jako opinię, leczjako propagowanie ustroju totalitarnego.
To realny przełominterpretacyjny i sygnał, że prawo zaczyna widzieć związek międzyinternetem a realną przemocą
Według śledczych „Nazar” od miesięcy wykorzystywał mediaspołecznościowe do wzniecania wrogości wobec uchodźców idziałaczy ukraińskich. W jednym z nagrań zachęcał do„oczyszczenia Polski”, w innym groził konkretnym osobom,wymieniając nazwiska i adresy. Jego materiały udostępniano nagrupach o profilu prorosyjskim, a niektóre z nich pojawiały siępóźniej na kanałach Telegramu i TikToka kontrolowanych przezśrodowiska powielające narracje Kremla.
Zatrzymanie „Nazara” wpisuje się w szerszy kontekstnarastających w 2025 roku incydentów antyukraińskich. W kwietniudoszło do pobicia młodego obywatela Ukrainy w Poznaniu po tym, jakrozmawiał przez telefon w swoim języku. W czerwcu w Krakowie ktośoblał czerwoną farbą tablicę „Solidarni z Ukrainą”, a wsierpniu w Katowicach wandale zniszczyli ukraińskie flagi przedszkołą podstawową, w której uczyły się dzieci uchodźców. WWarszawie, Wrocławiu i Łodzi coraz częściej zgłaszano atakisłowne, akty wandalizmu wobec ukraińskich lokali i przypadkiwyzwisk w komunikacji miejskiej. Według danych StowarzyszeniaInterwencji Obywatelskiej liczba takich zdarzeń w 2025 roku wzrosłao ponad 40 procent w porównaniu z rokiem poprzednim.
Na działania policji zareagowała Natalia Panchenko, liderkaukraińskiej społeczności w Polsce, którą „Nazar”wielokrotnie atakował w sieci. „Dziś policja zatrzymała jednegoz antyukraińskich blogerów, który od dłuższego czasurozpowszechniał antyukraińską narrację na TikToku, w tym atakowałtakże mnie i rozpowszechniał nieprawdziwe informacje na mój temat.Polska jest państwem prawa, i prędzej czy później każdy, kto toprawo łamie, ponosi konsekwencje swoich działań. Także, kochani,głowa do góry. Róbmy dalej swoje: pomagajmy, budujmy mosty,działajmy na rzecz prawdy i sprawiedliwości. Krok po kroku, każdy,kto współpracuje z Rosją, bierze rosyjskie pieniądze i szerzyrosyjską propagandę, zostanie rozliczony. Prawda zawsze sięobroni. Trzeba tylko odrobinę cierpliwości.”
Ta wypowiedź brzmi jak manifest obywatelskiego hartu. To głoskobiety, która od trzech lat działa na styku wojny i migracji,niosąc pomoc, a jednocześnie walcząc z narastającą faląagresji. Panczenko od dawna apelowała do władz o realne reakcje naprzypadki nienawiści wobec Ukraińców — w szkołach, sklepach, naulicach i w sieci. Zatrzymanie „Nazara” to w tym sensie równieżzwycięstwo obywatelskiego uporu i konsekwencji.
„Nazar” nie jest agentem, lecz użytecznym narzędziem. Podhasłami rzekomej „obrony polskości” powielał narracje Kremla:o „ukrainizacji Polski”, „preferencjach dla uchodźców”,„denazyfikacji”. Każdy jego stream był cząstką wojnykognitywnej, której celem jest rozsadzenie wspólnoty od środka. Tolaboratorium dezinformacji: emocje przechwycone i skanalizowane wstronę nienawiści. Rosji nie trzeba żołnierzy w UniiEuropejskiej, jeśli potrafi wytwarzać takich ludzi —przekonanych, że nienawiść to patriotyzm.
Sprawa ma znaczenie większe niż sam proces. Po raz pierwszytransmisje na żywo stały się pełnoprawnym materiałem dowodowym.Po raz pierwszy zrównano propagowanie symboli wspierającychrosyjską inwazję z propagowaniem ustroju totalitarnego. Po razpierwszy polskie państwo zaczęło realnie reagować na przemocsymboliczną i propagandę agresora, używając prawa karnego jakonarzędzia obrony wspólnoty. Po latach bezczynności, po setkachzgłoszeń o atakach na Ukraińców w przestrzeni publicznej i winternecie, państwo przestało udawać, że to tylko „społeczneemocje”.


Żyć w zagrożeniu, ale nie w strachu. Lekcje odporności od Agnieszki Lichnerowicz
„Więcej wiedzy – mniej strachu” to cykl o doświadczeniach Ukraińców w budowaniu odporności: od umiejętności reagowania na cyberataki i blackouty, przez organizację ewakuacji i pomocy po zachowanie równowagi psychicznej w czasie wojny. Podczas gdy armie świata analizują taktykę ukraińskich sił zbrojnych, my przyglądamy się innej lekcji – tej, którą daje społeczeństwo. To opowieść o budowaniu bezpiecznej przyszłości.
Cykl powstaje we współpracy z partnerem strategicznym – Fundacją PZU.
Wojna już tu jest. Dlaczego jej nie widać?
Natalia Żukowska: Agnieszko, wierzysz, że wojna może dotrzeć do Europy?
Agnieszka Lichnerowicz: Wojna już jest w Europie, bo toczy się w Ukrainie. Jeśli chodzi o Unię Europejską, to Rosja już wykorzystuje różne środki, żeby ją osłabić, podkopać wiarę w jej wartości, siać konflikty, robi wszystko, żeby się rozpadła lub stała się jak najsłabsza. Jeśli jednak przyjąć definicję wojny w wąskim znaczeniu – jako atak zbrojny – nie jestem ekspertką, ale słucham specjalistów, którzy uważają, że państwa europejskie są rzeczywiście zagrożone.
A co z Polską? Czy kraj jest gotowy na takie wyzwania?
Polska wydaje się bezpieczniejsza niż kraje bałtyckie. To one są obecnie najbardziej narażone. Nie wykluczam jednak w przyszłości możliwości ataku militarnego Rosji na Polskę.
Jednym z problemów polskiego społeczeństwa jest to, że zbyt mało się przygotowujemy, wzmacniamy naszą stabilność społeczną i instytucje. Częściowo dlatego, że większość rozumie słowo „wojna” jako pełną inwazję, podobną do tej, którą Rosja przeprowadziła przeciwko Ukrainie w 2022 roku.
Ludzie boją się tego i nie zwracają uwagi na mniejsze zagrożenia, które już tu są i teraz. Zamiast zastanawiać się: „Co zrobię w przypadku ataku —ucieknę do Hiszpanii, czy nie?”, warto pracować nad własnym bezpieczeństwem tu i teraz. Rosja testuje bowiem nie tylko nasze systemy obrony przeciwlotniczej czy technologie przeciwdziałania dronom, ale także reakcje polityków i społeczeństwa. I na tym polu przegrywa nasza polityka.
Mamy teraz nowego prezydenta – z innej siły politycznej niż premier. W przypadku wojny Konstytucja przewiduje, że kwestia wyboru głównodowodzącego może stać się problematyczna, jeśli prezydent i rząd są w konflikcie. A takich luk w przepisach i instytucjach nie brakuje.
Jak to zmienić?
Na przykład wprowadzając zmiany do konstytucji i tworząc instytucje zdolne do prowadzenia poważnej, realnej walki z rosyjską dezinformacją. Ukraińcy również, o ile pamiętam, zareagowali na to zbyt późno. Ale sam fakt przyjęcia ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej stanowi sygnał, że coś zaczyna się dziać. Szczególnie na poziomie samorządu lokalnego, który zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie odgrywa kluczową rolę.
Widzę, że w Polsce organizowane są różnego rodzaju szkolenia, a grupy polskich samorządowców jadą do Buczy i Irpienia, aby dowiedzieć się, jak przebiegała tam ewakuacja ludności.
To znaczy, że zaczynamy uczyć się na doświadczeniach Ukrainy. Nawet widziałam ostatnio, że Warszawa ogłosiła przetarg na zakup nowych autobusów. Muszą one być przystosowane nie tylko do użytku w czasach pokoju, ale także na wypadek kryzysu. Wymagania techniczne przewidują, że w przypadku wojny lub katastrofy można je wykorzystać do transportu rannych. Łatwo można do nich przymocować nosze. Widziałam również ogłoszenie naczelniczki jednego z wydziałów miejskich w Warszawie o szkoleniu, podczas którego będą uczyć, jak pakować plecaki ewakuacyjne. To drobiazgi, ale przynajmniej jakieś konkretne.
A co z samymi Polakami? Czy społeczeństwo przygotowuje się do ewentualnej wojny?
Najwięcej pracy jest właśnie na tym poziomie. Nie wiem, czy to trafna analogia, ale mam wrażenie, że polskie społeczeństwo jest teraz jak Lwów czy Kijów w 2018 roku. Rozumiemy, że gdzieś toczy się wojna, ale tak bardzo ją znormalizowaliśmy, że możemy żyć tak, jakby nas nie dotyczyła. Część ludzi naprawdę pomaga — wozi pomoc humanitarną, zajmuje się wspieraniem Ukraińców lub przygotowywaniem innych do wojny. Ale to mniejszość. Ludzie się boją i nie są gotowi przyznać, że świat wokół nas radykalnie się zmienił.
Słyszałam od Ukraińców bardzo ważną opinię: wojna to nie tylko apokalipsa. Tak, może ona wyglądać jak Bucza, Irpień czy całkowicie zniszczone ukraińskie miasta. Jednocześnie wojna może być tym, co dzieje się dzisiaj — spadł dron, we Lwowie lub Kijowie znów panuje niepokój.
Oznacza to, że trzeba nauczyć się żyć z ciągłym zagrożeniem. Jest to konieczne nie tylko dla własnego spokoju, ale także dla zachowania demokracji. Strach paraliżuje społeczeństwo i daje politykom możliwość manipulowania nim.
Zawsze powtarzam sobie, że nie pozwolę Putinowi dyktować mi, jak mam żyć. Moje życie nie może być podporządkowane wyłącznie strachowi przed nim.
Jak osobiście przygotowujesz się do wojny?
Staram się zrozumieć zagrożenia, nauczyć się kontrolować własne lęki i niepokój. Uświadamiać sobie niebezpieczeństwo, ale nie bać się go nadmiernie.
Jeśli chodzi o ewentualny atak na pełną skalę, to raczej patrzę na przykład Finlandii. Nie ma tam wojny, ale jej obywatele lepiej rozumieją, że kwestie bezpieczeństwa i potencjalnej wojny należy włączyć do codziennego życia.
Powinno to stać się czymś zwyczajnym, jak nauczanie dzieci przechodzenia przez ulicę: popatrz w lewo, popatrz w prawo. Nie oznacza to, że dziecko boi się chodzić po ulicy, ale po prostu ma nawyk, który zwiększa jego bezpieczeństwo.W ten sam sposób pracuję nad wykształceniem pewnych odruchów. Na przykład siedzę w domu i zastanawiam się: jeśli spadnie rakieta, gdzie mogę się schronić. Nie oznacza to, że żyję w strachu przed rakietą. Jest to raczej element praktycznego myślenia, aby być przygotowanym na takie wydarzenia.
Przetrwać 7 dni: porady dla cywilów na wypadek kryzysu
Napisałaś poradnik wojenny dla cywilów. Dla kogo i po co powstała ta książka?
Urodziłam się w 1980 roku. Na studia poszłam w 1999 roku — kiedy Polska wstąpiła do NATO, a ukończyłam je, kiedy Polska przystąpiła do UE. Należę więc do tak zwanego pokolenia „końca historii”. Pokolenia, które w Polsce i części Europy Wschodniej żyło w przekonaniu, że wszystkie traumy XX wieku pozostały w przeszłości, a przyszłość przyniesie tylko bezpieczeństwo i dobrobyt, i można zajmować się samorealizacją, rodziną, karierą itp.
Ukrainą zaczęłam się zajmować przypadkowo. Moja pierwsza zagraniczna podróż dziennikarska miała miejsce w 2003 roku podczas pomarańczowej rewolucji. Właściwie to geopolitykę studiowałam równolegle z rozwojem ukraińskiej niepodległości i modernizacji. Przełomowym rokiem dla mnie był 2014. Byłam jako dziennikarka na Majdanie, potem na Krymie, a następnie w Donbasie, kiedy dochodziło do destabilizacji regionu. Miałam wtedy 34 lata. I nastąpiła we mnie psychologiczna przemiana: moi rówieśnicy chwytają za broń i idą na front, ryzykują życie i giną za swój kraj.
Wojna w Ukrainie położyła kres moim wyobrażeniom o gwarantowanym pokoju. Zrozumiałam, że bezpieczny i stabilny świat, w którym żyłam, został zniszczony.
Potem nadszedł rok 2022 i w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji we Lwowie widziałam, jak w ciągu jednej doby ludzie błyskawicznie się organizowali: punkty zbiórki, szpitale, ewakuacja rodzin. Do dziś zastanawiam się, dlaczego nie było paniki? Już wtedy powinniśmy byli brać przykład z Ukraińców. W końcu, gdy jedno z wydawnictw zaproponowało mi napisanie poradnika dla cywilów, zgodziłam się.

Ludzie muszą znać odpowiedzi na pytania: „Co mogę zrobić?”, „Jak rozpoznać grzyby w lesie i zdobyć wodę w mieście?”, „Jak zrozumieć, że Putin jest straszny, ale nie wszechmocny, i że po prostu manipuluje strachem”. Bardzo ważne jest, aby studiować doświadczenia cywilne, których doświadczają Ukraińcy. Być może brzmi to cynicznie, ale w rzeczywistości jest to dla mnie przejaw szacunku:
Dzisiejsza Ukraina to laboratorium innowacji. Nie tylko technologicznych, ale przede wszystkim społecznych.
Jakie są najważniejsze rady w Twojej książce dla cywilów?
Warto zacząć od prostych rzeczy, na przykład porozmawiać z rodziną i uzgodnić miejsce spotkania. Jeśli nastąpi kryzys —niekoniecznie wojna — i zniknie łączność komórkowa lub sieć będzie przeciążona, co będziemy robić? Ważne jest, aby mieć taki plan.
Po drugie, przyjrzeć się mieszkaniu, w którym się mieszka: gdzie mogą być wyjścia, schronienia. Koniecznie trzeba mieć radio, które nie wymaga prądu. To rada na wypadek każdej sytuacji kryzysowej. W sytuacjach krytycznych władze będą przekazywać podstawowe informacje właśnie przez radio, zwłaszcza w pierwszych godzinach: czy trzeba się ewakuować, które drogi są zamknięte itp.
W przypadku kryzysu, tragedii lub wojny w pierwszych godzinach państwo nie pomoże ci, ponieważ będzie ratować tych, którzy są w najgorszym stanie. Dlatego musisz samodzielnie wytrzymać od trzech do siedmiu dni. Oznacza to, że w domu muszą być zapasy wody, żywności, leków itp.
A dalej – każdy jak chce. Można zdobywać kompetencje wojskowe – w obronie terytorialnej, na strzelnicach. Marzę, aby w Polsce dostępne były szkolenia z medycyny i obrony cywilnej. Na przykład w Finlandii kierownicy wspólnot mieszkaniowych przechodzą podobne kursy.
W mojej książce dyrektor Muzeum Obrony Cywilnej w Helsinkach opowiada, jak co tydzień wraz z przyjaciółmi-psiarzami wychodzi na spacery, podczas których trenuje czworonogi w wyszukiwaniu ludzi pod gruzami. W ten sposób zwykłe codzienne zajęcia zamieniają się w praktykę przydatnych umiejętności.
Czy zdarzyło Ci się już zastosować którąś z tych porad w swoim życiu?
Nie mam plecaka ewakuacyjnego, nie uczę się strzelać. Ale mam przyjaciółki, które zaczęły już uczyć się różnych umiejętności bojowych, aby czuć się bezpieczniej. Jako dziennikarka uczę się poruszać w świecie dezinformacji.
Ostatnie badania są bowiem zaskakujące: aż 30% treści w polskiej sieci odpowiada obecnie rosyjskim narracjom.
W dzisiejszych czasach po prostu trzeba umieć rozpoznawać manipulacje i zachowywać dystans, kierować się faktami, a nie emocjami.
Nieporozumienia wynikające z braku wiedzy: wyzwania i nadzieja
Pracowałaś w różnych krajach — od Gruzji i Ukrainy po Egipt i Mjanmę. Czym różni się wojna rosyjsko-ukraińska?
Nie jestem aż tak doświadczoną dziennikarką w kwestiach wojennych. Ale główna różnica polega na tym, że wojna rosyjsko-ukraińska jest największą wojną w Europie od czasów II wojny światowej. A bezpieczeństwo mojego kraju jest z nią ściśle związane.
Powiedziałaś kiedyś, że wojna stała się już częścią tożsamości Ukraińców. Co miałaś na myśli?
To zdanie usłyszałam od jednej z ukraińskich reżyserek. Mówiła, że rosyjska agresja z 2022 roku jest tak trudną do ogarnięcia tragedią, że na zawsze zmieni życie Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy pozostali w kraju.
Nikt nie wie, jak długo potrwa ta wojna. Istnieje scenariusz, że może ona stać się częścią życia obecnych i przyszłych pokoleń. To traumatyczne doświadczenie, które zmienia wszystko, co było wczasach pokoju. Rozumiem to, kiedy rozmawiam ze znajomymi z Charkowa. Jeszcze po 2014 roku często słyszałam od nich: „Być może moje dzieci będą nadal bronić kraju przed Rosją”.
Jakie są zagrożenia dla stosunków między Polską a Ukrainą, zwłaszcza na poziomie społeczeństw?
Moim zdaniem głównym problemem jest dezinformacja. To właśnie ona jest obecnie najważniejsza dla naszego kraju.
Stosunki polsko-ukraińskie są również czasami instrumentalizowane przez nieodpowiedzialnych polityków w ich wąskich partyjnych interesach. Ponadto w polskim społeczeństwie istnieje wiele uprzedzeń i stereotypów, a także wzrosła niechęć do obcokrajowców w ogóle. Niewątpliwie na stosunki wpływa również strach przed wojną. Prawdopodobnie część Polaków w jakiś desperacki sposób ma nadzieję, że jeśli Ukraina i Ukraińcy znikną z ich pola widzenia, to zniknie dla nich również wojna. W każdym razie strach ten nie usprawiedliwia żadnych agresywnych działań.
Nieporozumienia między Polakami a Ukraińcami wynikają przede wszystkim z rosyjskiej dezinformacji i propagandy, a także z braku wiedzy. Po pierwsze, Ukraińcy niewiele wiedzą o polskiej polityce. Obecnie, dzięki masowej migracji, lepiej rozumieją nasz kraj i zachodzące w nim procesy. Po drugie, my Polacy, nie zawsze dobrze znamy własną historię. Zazwyczaj słyszymy tylko o tych wydarzeniach historycznych, które nas dzielą.
Jakie są główne przesłania rosyjskiej propagandy skierowanej przeciwko Polsce i Ukrainie? Jak im przeciwdziałać?
Rosyjska dezinformacja jest szczególnie skuteczna tam, gdzie już istnieje problem. Na przykład, jeśli w Polsce instytucje — zwłaszcza system edukacji i opieki zdrowotnej — już mają problemy, system ten staje się podatny na dezinformację.
Jednymi z głównych fałszywych informacji, które niszczą stosunki polsko-ukraińskie, są historie o rzekomych przywilejach dla Ukraińców w kolejkach do lekarzy. Ale było to do przewidzenia: polska służba zdrowia, podobnie jak system edukacji, już wcześniej była źródłem rozczarowania Polaków. Teraz odpowiedzialność za problemy – mówiąc w uproszczeniu – została przeniesiona na migrantów.
Oczywiście jednym z tematów jest Wołyń. Wyjaśniam Polakom, że OUN, czerwono-czarna flaga UPA to symbole walki z Rosją. Nie zmienia to jednak faktu, że w naszej pamięci mogą być one postrzegane inaczej. Jest to więc realny problem, którym można manipulować.
Dla mnie jest również oczywiste, że Polaków i Ukraińców łączy znacznie więcej i że Polacy również muszą podsumować swoje działania. Wiecie, francusko-niemieckie pojednanie również trwało latami. Oczywiste jest, że teraz nadszedł czas walki ze wspólnym wrogiem – zabójczym imperium.
Najnowsze badania przeprowadzone podczas ataku rosyjskich dronów na Polskę pokazują, że rosyjska dezinformacja ma również na celu podważenie zaufania Polaków do sojuszników i własnego państwa. A także – że Ukraina wciąga nas w wojnę, więc nie ma sensu wspierać jej militarnie.
Cenię koncepcję nadziei amerykańskiej eseistki Rebeki Solnit. Definiuje ona nadzieję nie jako optymizm czy pesymizm, ponieważ one zakładają określoną przyszłość, ale jako zrozumienie, że możemy działać. Jej idea polega na tym, że przyszłość nie jest ostatecznie określona, więc możemy wpływać na bieg wydarzeń.
Tak, nie możemy wpływać na Trumpa czy Putina w tej chwili, ale to nie oznacza, że jesteśmy całkowicie pozbawieni możliwości wywierania wpływu. Ukraińcy codziennie udowadniają swoją zdolność do przeciwstawiania się rosyjskiej armii, do pracy na rzecz ochrony nie tylko swojego kraju, ale całej Europy. Wierzę, że my, Polacy, również możemy wywierać wpływ.
Jest nadzieja, ponieważ wiele osób w Polsce i na Ukrainie rozumie, że nikomu nie opłaca się kłócić. Wspierajmy się nawzajem. To z pewnością nie jest na rękę kremlowskiemu dyktatorowi.
W 2022 roku powstały niesamowite więzi między Polakami i Ukraińcami, zwykłymi ludźmi. Aktorzy wspierali aktorów, obrońcy zwierząt współpracowali ze sobą, lokalne władze, intelektualiści – listę można długo ciągnąć. To ogromny kapitał społeczny. Kiedy politycy zaczną prowadzić nas do kryzysu, społeczeństwo ma siłę, aby się temu przeciwstawić i zachować dobre relacje.
Agnieszka Lichnerowicz — dziennikarka radia TOK FM, prowadząca programy „Światopogląd” i „Wieczorem”. Pracowała w gorących punktach — od Rosji, Gruzji i Białorusi po Ukrainę. Największy oddźwięk miały jej reportaże z Afryki Północnej podczas „arabskiej wiosny” oraz z Ukrainy na początku rosyjskiej inwazji w 2022 roku. W maju tego roku ukazała się jej książka „Idzie wojna? Miej nadzieję na lepsze, przygotuj się na gorsze”. Jest to zbiór 12 rozmów z ekonomistami, wojskowymi i socjologami, którzy doradzają cywilom, jak zadbać o zapasy wody i pieniędzy, jak przetrwać ekonomicznie i jak przygotować się psychicznie.
Redagowała Maria Syrchyna.


„Idźcie do pracy!”. Jak ukraińscy uchodźcy mogą walczyć o prawo do leczenia w Polsce
Pierwsze pytanie psychiatry brzmiało: „Dlaczego pani nie pracuje?”.
Skierowanie do psychiatry otrzymałam kilka miesięcy przed wejściem w życie nowej ustawy o tymczasowej ochronie, ale moja kolej przyszła dopiero w październiku. Po tym, jak test na depresję wykazał trzykrotnie wyższy od normy wynik, psycholog, która od dawna mi pomaga, poradziła mi, żebym zgłosiła się do specjalisty, który przepisze mi leki przeciwdepresyjne. Pierwszym pytaniem psychiatry było: „Dlaczego pani nie pracuje?”. Kiedy odpowiedziałam, że mogę pracować tylko jako freelancerka, ponieważ mam dziecko z niepełnosprawnością, które wymaga mojej ciągłej uwagi, psychiatra poradziła: „Trzeba pracować – wtedy depresja minie. Ile osób ma dzieci specjalnej troski i pracują”. Lekarka nie poinformowała mnie, w jaki sposób zrealizować ten pomysł, nie mając w Polsce rodziny, która mogłaby pomóc mi z dzieckiem. Zastąpiła profesjonalną pomoc presją psychiczną.
Po 30 września 2025 r., zgodnie ze specjalną ustawą o tymczasowej ochronie, jeśli cudzoziemiec posiadający status UKR nie ma ubezpieczenia NFZ (tj. jeśli nie ma zatrudnienia, nie jest związany z pracującym członkiem rodziny lub nie opłaca dobrowolnie składki ubezpieczeniowej), nie ma dostępu do następujących usług:
- Rehabilitacja
- Otrzymywanie bezpłatnych leków dostępnych w ramach ubezpieczenia państwowego
- Leczenie stomatologiczne
- Transplantacja i najnowsze oraz eksperymentalne metody leczenia nowotworów
- Leczenie zaćmy
Pełna lista niedostępnych usług znajduje się na stronie NFZ.
Co pozostaje bez zmian?
- Pomoc medyczna w nagłych wypadkach (pogotowie ratunkowe i SOR)
- Pomoc medyczna dla dzieci poniżej 18 roku życia i kobiet w ciąży
- Obowiązkowe szczepienia
- Leczenie w przypadku zagrożenia życia i zdrowia
Jednak w praktyce okazuje się, że Ukraińcom posiadającym status UKR coraz częściej odmawia się świadczeń medycznych, nawet jeśli nie znajdują się one na liście usług ograniczonych.
„Pokaż, gdzie to jest napisane”
Mieszkanka Charkowa Marina Ivanchuk przyszła na badanie przesiewowe w drugim trymestrze ciąży i otrzymała odmowę wykonania zabiegu.
- Badanie przesiewowe w pierwszym trymestrze ciąży wykonałam w szpitalu przy oddziale położniczym w Warszawie, tam też zapisałam się na badanie w drugim trymestrze, ale kiedy przyszłam, odmówiono mi wykonania badania – opowiada Marina. - Obecnie nie pracuję, więc powiedziano mi, że bezrobotnym nie wykonuje się badań prenatalnych. Mogą mi zrobić tylko zwykłe USG, posłuchać bicia serca płodu i powiedzieć, czy wszystko z nim w porządku, ale badania przesiewowego — nie.
Od razu poprosiłam panią w recepcji, aby pokazała mi, gdzie jest napisane, że ta procedura nie jest dla mnie przewidziana, ponieważ jest ona obowiązkowa dla kobiet w ciąży. Ale zamiast odpowiedzi, usłyszałam wykład na temat sprawiedliwości: skoro przez trzy lata wszystko otrzymywałaś za darmo, a teraz znowu domagasz się badań i leków — idź do pracy lub zrób badania w prywatnej klinice.
Ale to nie powstrzymało Maryny. Weszła na stronę NFZ i nie znalazła tam informacji, że badania przesiewowe w drugim trymestrze ciąży znajdują się na liście usług ograniczonych, więc pokazała tę informację w recepcji szpitala.
— Spokojnie poprosiłam panią, aby pokazała mi, gdzie jest napisane, że jest to zabronione. Ponieważ wiem, że finansowane jest tylko badanie przesiewowe w trzecim trymestrze, podczas gdy badanie przesiewowe w drugim trymestrze jest obowiązkowe. Powiedziano mi, że tak jest napisane w komputerowej wersji programu. Poprosiłam, aby pokazano mi monitor
. W odpowiedzi zaproponowano mi, abym wszystko wyjaśniła w NFZ — kontynuuje Marina Ivanchuk. — Zgodziłam się, ale poprosiłam panią z recepcji o podanie jej imienia i nazwiska oraz stanowiska, aby szczegółowo opisać swoją sytuację i skierować ją do NFZ w celu wyjaśnienia. A potem dodałam, że straciłam pracę dosłownie zaraz po tym, jak zaszłam w ciążę i poinformowałam o tym. A to badanie przesiewowe to druga bezpłatna procedura, o którą wnioskuję w ciągu trzech lat w Polsce. Ponieważ wszystkie analizy i badania wcześniej wykonywałam prywatnie. I czy to sprawiedliwe, że teraz mi odmawiają i nawet nie wyjaśniają, gdzie jest napisane, że ta procedura jest zabroniona.
I tu nastąpiło coś nieoczekiwanego: mieszkance Charkowa nagle zaproponowali przejście do gabinetu USG na badanie przesiewowe. Pani z recepcji nagle stała się łagodna i nawet osobiście zaprowadziła Marinę do gabinetu. Badanie zostało przeprowadzone dokładnie, specjalistka od USG była uprzejma i wszystko wyjaśniła.
Teraz Marina szuka jakiejkolwiek pracy, ponieważ obawia się, że podczas porodu mogą czekać ją podobne niespodzianki. Chociaż zgodnie z nowymi warunkami poród znajduje się na liście obowiązkowych usług medycznych dla Ukrainki posiadającej status UKR, nawet jeśli nie pracuje.

„Stosunek lekarzy do nas bardzo się zmienił”
W niekorzystnej sytuacji znaleźli się chorzy na raka: im również coraz częściej odmawia się leczenia. Jeśli leczenie zostało rozpoczęte jeszcze przed podpisaniem nowej wersji specjalnej ustawy, to zgodnie z prawem należy je zakończyć na starych warunkach. Natomiast nowym pacjentom zaczęto odmawiać. Bezpłatnie można wykonać operację i niektóre zabiegi, ale za drogie leki do chemioterapii trzeba zapłacić samodzielnie.
— Można powiedzieć, że miałam szczęście, że zdążyłam zakończyć rozpoczęte leczenie — dzieli się swoim doświadczeniem Ukraina mieszkająca we Wrocławiu, Tetyna Gordienko.
— Ale stosunek lekarzy do nas bardzo się zmienił. Teraz ciągle pytają mnie, czy pracuję, ponieważ mam stosunkowo łagodną postać raka. Rak piersi bez przerzutów dobrze poddaje się terapii. Niedawno spotkałam w szpitalu kobietę, która płakała. Na moje pytanie, co się stało, odpowiedziała, że powiedziano jej, iż mogą wykonać operację i usunąć guz, ale za chemioterapię będzie musiała zapłacić sama, a to bardzo duża kwota.
Nieszczęśnica ma raka w trzecim stadium, z przerzutami. Szczerze mówiąc — jestem tym zszokowana. Bo dla takiej kategorii ludności nie można wprowadzać ograniczeń
Ukraińskie fora internetowe pełne są historii o tym, że po 30 września chorzy Ukraińcy nie mogą uzyskać dostępu do procedur hemodializy. Trafiają do szpitala karetką, otrzymują pomoc doraźną, ale z dalszym leczeniem pojawiają się problemy. W trudnej sytuacji znajdują się głównie emeryci i osoby ciężko chore.
— Przywiozłam mamę-emerytkę z wysokim ciśnieniem na SOR — opowiada Anna Waszkiel, która tymczasowo mieszka w Niemczech i odwiedza mamę w Szczecinie. — Przyjęto nas, ale było to tylko złagodzenie objawów. Nie zlecono żadnych badań. Po kilku dniach sytuacja się powtórzyła i sama zażądałam badań, ponieważ trzeba było ustalić przyczynę szaleńczego ciśnienia. Na moje żądania odpowiedziano nam radą, aby wykupić ubezpieczenie.
Jak radzić sobie z odmową leczenia?
Zgodnie z radą zwróciliśmy się do specjalistów ds. legalizacji i agentów ubezpieczeniowych.
„Obecnie zgłasza się do nas bardzo wielu Ukraińców ze statusem UKR, aby wykupić ubezpieczenie medyczne — mówi agent ubezpieczeniowy PZU Kostyantyn Popow. — Kosztuje to od 100 złotych miesięcznie za osobę, ale jeśli masz poważne problemy zdrowotne, choroby przewlekłe, potrzebujesz kosztownych badań lub leków, to w takim przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie opłacenie dobrowolnej składki do NFZ (około 802 zł miesięcznie). Wtedy uzyskasz taki sam dostęp do opieki medycznej, jak osoby oficjalnie zatrudnione”.
Jeśli zasadniczo możesz pracować, ale nie znalazłeś jeszcze pracy, możesz zarejestrować się jako bezrobotny w urzędzie pracy, a wtedy przez pewien czas nie tylko będą za Ciebie opłacane składki, ale także przyznane zostanie Ci zasiłek. Ważne jest, aby zarejestrować się właśnie jako osoba bezrobotna, ponieważ jeśli zarejestrujesz się jako osoba poszukująca pracy, nie uzyskasz dostępu do NFZ.
Dobrowolne składki do Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) mogą opłacać osoby, które nie pracują i nie podlegają obowiązkowemu ubezpieczeniu zdrowotnemu w Polsce. Aby uzyskać ten rodzaj ubezpieczenia, należy złożyć wniosek do regionalnego oddziału NFZ. Obecnie jest to rozwiązanie dla studentów, emerytów i kobiet w ciąży, aby mieli dostęp do opieki medycznej na tym samym poziomie, co obywatele Polski. Aby złożyć wniosek, musisz przebywać w Polsce legalnie, podać numer PESEL i okazać paszport przy zawieraniu umowy.
Jeśli masz status UKR i spotkałeś się z odmową leczenia, do którego masz prawo, masz możliwość dochodzenia sprawiedliwości.
— Specjalna ustawa nie jest idealna w tym sensie, że pozwala pracownikom służby zdrowia wykorzystywać ją jako formalny pretekst do odmowy badania lub leczenia — uważa specjalista ds. legalizacji IQ-grup Maksym Kolodij. — Usługi znajdujące się na liście ograniczonych można interpretować na różne sposoby. Jednocześnie trzeba umieć bronić swoich praw. Jeśli odmówiono Ci usługi, do której masz prawo, możesz złożyć skargę do NFZ lub zwrócić się do kierownictwa szpitala.
Uwierz, jeśli naprawdę nie znajdą tej usługi na liście zabronionych, nie odmówią Ci. Nie będą mieli ku temu podstaw. Ale trzeba być wytrwałym, dobrze mówić po polsku, nie wstydzić się zapytać o stanowisko i nazwisko pracownika oraz jasno ogłosić swój zamiar złożenia skargi
. Potwierdza on, że obecnie wielu Ukraińców spotyka się z dyskryminacją medyczną z powodu nieznajomości przepisów. Nierzadko pracownicy służby zdrowia sami nie znają lub nie chcą prawidłowo interpretować specjalnej ustawy. W bazie NFZ osoba o statusie UKR jest po prostu oznaczona jako osoba, która ma ograniczony dostęp do usług medycznych lub osoba, która ma nieograniczony dostęp do tych usług. Listę usług ograniczonych interpretują sami pracownicy służby zdrowia danej placówki.

Polscy ratownicy medyczni udzielają pomocy ukraińskim uchodźcom na dworcu kolejowym w Warszawie, 2022 r. Zdjęcie: Shutterstock
Ile kosztuje prywatne leczenie w Polsce bez ubezpieczenia?
Konsultacje lekarzy i specjalistów (Warszawa):
- Terapeuta/lekarz rodzinny — od 200 złotych
- Psychiatra — 350-650 złotych
- Profesor medycyny lub kandydat nauk medycznych — 500-1000 złotych.
Hospitalizacja:
- Pierwsze 3 dni hospitalizacji — około 5000-5500 zł
- Każdy kolejny dzień — 800-1000 zł
- Leki i badania są płatne osobno.
Badania i analizy:
- Podstawowe badania (ogólna analiza krwi, moczu, analiza cukru itp.) — od 30 do 60 zł
- USG — od 200 zł
- MRT jednego odcinka — od 850 do 1050 zł.


Dla innych potrafię przenosić góry
Joanna Mosiej: Dlaczego Mrągowo?
W latach 90. mój mąż pracował przy renowacji tamtejszego kościoła prawosławnego. Wtedy poznał Olgę i Jana Juszczyków, rodzinę o ukraińskich korzeniach, potomków przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. W 1997 roku przyjechałam z dziećmi na wakacje do Mrągowa, a oni odwiedzali nas w Ukrainie. Tak przez lata utrzymywaliśmy kontakt.
Kiedy zaczęła się rosyjska inwazja, zadzwoniła do mnie pani Olga: „Przyjeżdżajcie, mamy dla was mieszkanie”. Nie planowałam wyjazdu – mieszkaliśmy w Krzemieńcu, w zachodniej Ukrainie. Ale zięć, który od razu zgłosił się do wojska, poprosił mnie, żebym zabrała córkę i wnuka. Tak trafiliśmy do Mrągowa.
I od razu zaczęła pani działać?
Pierwsze dwa, trzy tygodnie to był stres i chaos. Ale szybko zrozumiałam, że muszę coś robić, jakoś się przydać. Znalazłam w Mrągowie grupę Ukrainek i zaczęłyśmy działać razem. Gdy przyjeżdżały kolejne busy z uchodźcami, chodziłam po hotelach i pensjonatach, organizowałam zakwaterowanie.
Dla wielu kobiet i rodzin byłam kimś w rodzaju „mamy na obczyźnie”: szukałam noclegów, pomagałam w aptekach, zaspokajałam codzienne potrzeby. To była ogromna praca, ale wiedziałam, że jeśli nic nie będę robiła, to po prostu oszaleję. Tak powstał mały sztab kryzysowy, a później fundacja „Głos Kobiet z Ukrainy”.

Znała pani wtedy język polski?
Bardzo słabo, ale wiedziałam, że muszę sobie poradzić. Po prostu szłam i załatwiałam sprawy. Brakowało mi słów, ale zawsze znajdowałam sposób, żeby dojść do porozumienia. To było trudne, ale działanie dawało mi siłę.
Skąd tylu Ukraińców w Mrągowie?
Na początku mieszkańcy Mrągowa sami jeździli na granicę i przywozili uchodźców. Potem jedni przyciągali kolejnych – zawsze łatwiej pojechać tam, gdzie już ktoś jest. Ja organizowałam noclegi, a później chodziłam po lokalnych firmach – do Mlekpolu, Banku Żywności czy zakładów produkcyjnych – i przywoziłam mleko, jogurty, makarony, chleb.
Znajomi żartowali, że „Iryna załatwia wszystkim luksusowe warunki”. Ale to nie ja – to właściciele mrągowskich pensjonatów i hoteli otwierali swoje drzwi. Ja tylko koordynowałam. Z czasem poruszyłam nie tylko Mrągowo, ale całą sieć warmińsko-mazurskich instytucji i firm.
Na przykład przy wsparciu Caritas Diecezji Ełckiej wysłaliśmy do Ukrainy kilka TIR-ów z jedzeniem i ubraniami. Bardzo pomagali mi też lokalni działacze i samorządowcy: Związek Ukraińców w Olsztynie, Olga i Jan Juszuk, pan Jakub Doraczyński – dziś burmistrz Mrągowa, Waldemar Cybul, starosta mrągowski, i wielu innych. Podpowiadali, do kogo jeszcze się zwrócić, z kim porozmawiać, kogo prosić o wsparcie. A ja chodziłam od firmy do firmy i zbierałam pieniądze.
Ogromne wsparcie otrzymałam także od wielu lokalnych firm, między innymi Budextanu oraz Wild i jej dyrektora Mirosława Michnowicza, który przekazał naszej fundacji samochód. Dzięki temu mogłam rozwozić żywność i inną pomoc do potrzebujących rodzin. Wsparcie przyszło z tak wielu stron, że wszystkich nie jestem w stanie wymienić.
To był trudny, ale też piękny czas – widziałam, jak wielu ludzi się jednoczy, jak bardzo chcą nam pomóc.
Ogromne wsparcie otrzymałam również od Katarzyny Królik, przedsiębiorczyni z Morąga, a dziś posłanki na Sejm. Zawsze była oddana sprawom ukraińskim, wielokrotnie wyciągała do mnie pomocną dłoń.
Mam szczęście do ludzi. Teraz czuję, że jestem częścią dużej, lokalnej wspólnoty. Wszędzie – w Mrągowie, Giżycku czy Olsztynie, gdzie prężnie działa Związek Ukraińców – przyjęto mnie jak swoją i wspiera się mnie w kolejnych inicjatywach.
Wtedy narodził się też pomysł koncertu „Odczuj Ukrainę”
Na fali entuzjazmu pomyślałam, że trzeba zrobić coś, co da ludziom – Ukraińcom i Polakom – wspólne doświadczenie. Zorganizowałam w mrągowskim amfiteatrze koncert „Odczuj Ukrainę”, podczas którego wystąpili m.in. Kalush Orchestra, zwycięzcy Eurowizji, a także Kazka i Jerry Heil. Na widowni zgromadziło się ponad trzy tysiące osób.

Do dziś pamiętam tę atmosferę: jedność, łzy, radość. Ludzie wciąż dziękują mi za to wydarzenie. Podkreślają, że w tamtym czasie było dla nich niezwykle ważne. Sama do dziś nie wierzę, że udało się to zrealizować.
Oczywiście nie zrobiłam tego sama – miałam pomoc pięcioosobowego zespołu fundacji i mojej sieci wsparcia. Bez nich to nie byłoby możliwe.
Kiedy jednak weszłam na scenę i zobaczyłam tych wszystkich ludzi – jedni płakali, inni się bawili – poczułam, że to, co robię, naprawdę ma sens.
To było piękne, podnoszące na duchu wydarzenie, które dało siłę i nadzieję zarówno uchodźcom, jak lokalnej społeczności.
W kolejnym roku zorganizowała Pani wakacje dla tysiąca ukraińskich dzieci.
Tak, w Ostródzie zorganizowałam obóz „Dance Front” – tydzień wakacji dla tysiąca dzieci z Ukrainy. Były zajęcia, warsztaty taneczne, finał z udziałem znanych tancerzy, jak Iwona Pawłowicz i Robert Rywiński. Dzieci płakały ze wzruszenia. To było dla nich bardzo potrzebne – chwila wytchnienia od wojny. Wyjechały zachwycone.
I jeszcze jest Pani członkinią i inicjatorką Rady Kobiet przy Urzędzie Marszałkowskim w Olsztynie.
Tyle czasu zajmowałam się wspieraniem ukraińskich kobiet, że dobrze wiedziałam, z jakimi problemami się borykają. Większość z nich to problemy uniwersalne i nie dotyczą tylko Ukrainek – to również problemy Polek. Dlatego uważałam, że taka rada jest potrzebna.
Ilu Ukraińców mieszka obecnie w Mrągowie?
W 2022 roku było ich około dwóch tysięcy, a teraz zostało może 600, 700 osób. Wielu wyjechało za pracą do Olsztyna czy Gdańska, część wróciła do Ukrainy. Najwięcej powrotów było w pierwszym roku wojny.
Dziś, po trzech i pół roku, ci którzy zostali, raczej już nie planują wyjazdu. Mają stałą pracę albo prowadzą własną działalność. Wynajmują mieszkania, a ich dzieci chodzą do lokalnych szkół.

A pani?
Uwielbiam Mrągowo. Czuję się tu, jak w domu. Nawet gdy jadę odwiedzić córkę do Ukrainy, po tygodniu tęsknię i chcę wrócić tutaj. Może to też przez moje polskie korzenie, po dziadkach.
Czym zajmowała się Pani na Ukrainie przed 2022 rokiem?
Z wykształcenia jestem psycholożką i cały czas prowadzę konsultacje online. Oprócz tego miałam studio fitness – klub dla kobiet liczący 120 członkiń, gdzie prowadziłam zajęcia fitness i pilates, treningi personalne oraz organizowałam wyjazdy rozwojowe. Równocześnie przez 15 lat prowadziłam kwiaciarnię. Zawsze kochałam kwiaty i tę twórczą energię, jaka towarzyszy układaniu bukietów.
Kiedy zrozumiałam, że raczej już nie wrócę na stałe do Ukrainy, sprzedałam kwiaciarnię. Sprzęt ze studia fitness spakowałam i przywiozłam ze sobą do Polski.
Lubię zamykać rozdziały i nie tkwić pomiędzy. To już trzeci raz, kiedy zaczynam wszystko od początku.
A teraz czym się pani zajmuje?
Pięć razy w tygodniu, wieczorami, prowadzę zajęcia pilatesu i cardio dla kobiet. Nadal mam też klientki na konsultacje online.
Ale to dla mnie za mało. Projekty fundacyjne się skończyły, życie powoli wraca do normalności i po raz pierwszy muszę poważnie pomyśleć o sobie, co dalej.
Bo wiem już, że dla innych potrafię przenosić góry. Teraz muszę znaleźć sens i stabilizację dla siebie.
Ludzie wciąż mnie zaczepiają i dziękują: „Pamiętasz, jak nam pomogłaś? Jak wsparłaś moją mamę?”. A ja nie zawsze pamiętam; wtedy działo się tak wiele.
Byłam potwornie zmęczona, ale mam też pewność, że dawałam z siebie sto procent. I jeśli miałabym jutro umrzeć, wiem, że tamten czas przeżyłam w pełni i w zgodzie ze sobą.
Odczuła już pani coraz częściej pojawiające się w Polsce nastroje antyukraińskie?
Nie, ja tego nie widzę. Wszyscy ludzie, których poznałam, to osoby mądre, wspierające i rozumiejące, że Ukraińcy są dziś częścią społeczeństwa, ważnym zasobem.
Kiedy jeszcze nie było pewne, czy prezydent Nawrocki podpisze ustawę przedłużającą ochronę dla Ukraińców, lokalni przedsiębiorcy sami zaczęli załatwiać karty pobytu dla swoich pracowników. Przecież tutaj w każdej firmie pracują Ukraińcy. Co by się stało, gdyby nagle nie mogli pracować albo musieli wyjechać?
Ludzie w Mrągowie to rozumieją. Wspieramy się i szanujemy nawzajem.



Jak Rosja wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby skłócić Polaków i Ukraińców
Nagranie wideo, na którym słychać jak ktoś po ukraińsku komentuje zawartość paczki otrzymanej od polskiego Caritas, pojawiło się na Facebooku w grupie o nazwie „Nie dla banderyzmu”. Na nagraniu słychać między innymi frazy o „mdłej mące” i skargi na brak włoskiego makaronu i krewetek.
Wcześniej, w marcu 2025 r., w mediach społecznościowych krążył już filmik, na którym ktoś w podobny sposób komentował pomoc humanitarną od darczyńców. Tam również dźwięk został sfabrykowany – towarzyszyły mu obraźliwe komentarze w stylu „W paczce jest tanie polskie gówno. Mówię poważnie, oni chcą nas otruć”. Firma Demagog znalazła oryginalne nagranie wideo, na którym słychać zupełnie inne słowa: „Dzisiaj otrzymaliśmy pomoc humanitarną od fundacji Caritas. Byliśmy zaskoczeni ilością wszystkiego, co tu jest — jest tu po prostu wszystko!”.
Film na Facebooku ma prawie dwa tysiące reakcji i 1,3 tysiąca udostępnień. Wśród ponad tysiąca komentarzy znalazło się wiele wrogich wypowiedzi na temat Ukraińców. Jeden z użytkowników napisał (poniżej znajduje się tłumaczenie z języka polskiego): „Niech twój prezydent ci da. Jaka podła baba, wracaj do siebie”. Inny komentarz brzmi: „Jaka bezczelna baba, chciała krewetki, niech się wynosi!”.

To samo fałszywe nagranie opublikowały różne prorosyjskie konta na TikTok, Reddit, VKontakte, Telegram i X. Podobnie jak w marcu, film nie był rozpowszechniany przez pojedyncze profile, ale przez całą sieć antyukraińskich stron. Takie konta – świadomie lub nie – poprzez publikowanie fałszywych materiałów przyczyniają się do sukcesu rosyjskiej dezinformacji.
Wykorzystując nowe możliwości sztucznej inteligencji, do których większość użytkowników internetu jeszcze nie zdążyła się przyzwyczaić, rosyjska propaganda próbuje przekonać Europejczyków, a w szczególności Polaków, że Ukraińcy są niewdzięczni wobec tych, którzy im pomagają
Specjaliści z Demagoga podkreślają: głos słyszalny w filmie został dodany sztucznie. W oryginale słychać zupełnie inne słowa – pozytywne komentarze na temat pomocy od polskiej Caritas.
Katarzyna Chawryło, główna specjalistka Rosyjskiego Działu Centrum Studiów Wschodnich (OSW), w swoich pracach zauważa, że w krajach, w których mieszka wielu ukraińskich migrantów, Rosja próbuje wywołać wrogość na tle etnicznym. Podstawą do tego są często oskarżenia o „banderowstwo” i „przywileje” Ukraińców.
Rosyjską dezinformację regularnie opisuje również East Stratcom Task Force (ESTF) – grupa robocza Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (EEAS). Na swoim portalu EU vs Disinfo wyjaśnia, że jednym z typowych fałszywych narracji Kremla jest twierdzenie, że Ukraina jest niewdzięczna za udzieloną jej pomoc. Aby to „udowodnić”, Rosja rozpowszechnia nieprawdziwe informacje.
Rosja prowadzi nie tylko działania wojskowe przeciwko Ukrainie, ale także skoordynowane kampanie dezinformacyjne w wielu krajach świata. Ich celem jest stworzenie zniekształconego wizerunku Ukrainy i Ukraińców, aby wzmocnić nastroje antyukraińskie.

Wesprzyj Sestry
Zmiana nie zaczyna się kiedyś. Zaczyna się teraz – od Ciebie. Wspierając Sestry, jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.
Wpłać dotację