Klikając "Akceptuj wszystkie pliki cookie", użytkownik wyraża zgodę na przechowywanie plików cookie na swoim urządzeniu w celu usprawnienia nawigacji w witrynie, analizy korzystania z witryny i pomocy w naszych działaniach marketingowych. Prosimy o zapoznanie się z naszą Polityka prywatności aby uzyskać więcej informacji.
PreferencjeOdrzućAkceptuj
Centrum preferencji prywatności
Pliki cookie pomagają witrynie internetowej zapamiętać informacje o wizytach użytkownika, dzięki czemu przy każdej wizycie witryna staje się wygodniejsza i bardziej użyteczna. Podczas odwiedzania witryn internetowych pliki cookie mogą przechowywać lub pobierać dane z przeglądarki. Jest to często konieczne do zapewnienia podstawowej funkcjonalności witryny. Przechowywanie może być wykorzystywane do celów reklamowych, analitycznych i personalizacji witryny, na przykład do przechowywania preferencji użytkownika. Twoja prywatność jest dla nas ważna, dlatego masz możliwość wyłączenia niektórych rodzajów plików cookie, które nie są niezbędne do podstawowego funkcjonowania witryny. Zablokowanie kategorii może mieć wpływ na korzystanie z witryny.
Odrzuć wszystkie pliki cookieZezwalaj na wszystkie pliki cookie
Zarządzanie zgodami według kategorii
Niezbędne
Zawsze aktywne
Te pliki cookie są niezbędne do zapewnienia podstawowej funkcjonalności strony internetowej. Zawierają one pliki cookie, które między innymi umożliwiają przełączanie się z jednej wersji językowej witryny na inną.
Marketing
Te pliki cookie służą do dostosowywania nośników reklamowych witryny do obszarów zainteresowań użytkownika oraz do pomiaru ich skuteczności. Reklamodawcy zazwyczaj umieszczają je za zgodą administratora witryny.
Analityka
Narzędzia te pomagają administratorowi witryny zrozumieć, jak działa jego witryna, jak odwiedzający wchodzą w interakcję z witryną i czy mogą występować problemy techniczne. Ten rodzaj plików cookie zazwyczaj nie gromadzi informacji umożliwiających identyfikację użytkownika.
Potwierdź moje preferencje i zamknij
Skip to main content
  • YouTube icon
Wesprzyj Sestry
Dołącz do newslettera
UA
PL
EN
Strona główna
Społeczeństwo
Historie
Wojna w Ukrainie
Przyszłość
Biznes
Opinie
O nas
Porady
Psychology
Zdrowie
Świat
Kultura
Wesprzyj Sestry
Dołącz do newslettera
  • YouTube icon
UA
PL
EN
UA
PL
EN
Partner strategiczny

Społeczeństwo

Репортажі з акцій протестів та мітингів, найважливіші події у фокусі уваги наших журналістів, явища та феномени, які не повинні залишитись непоміченими

Filtruj według
Wyszukiwanie w artykułach
Wyszukiwanie:
Autor:
Exclusive
Wybór redakcji
Tagi:
Wyczyść filtry
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Edukacja

Materiały ogółem
0
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Festiwal Gremi Borsch: ile byś barszczu nie ugotował, i tak będzie go za mało

Gremi Borsch Fest — największy charytatywny festiwal współczesnej kultury ukraińskiej w Europie, który już czwarty rok z rzędu odbywa się w różnych miastach Polski, za każdym razem zbierając miliony hrywien na potrzeby Sił Zbrojnych Ukrainy.

W ciągu czterech lat — od 2022 do 2025 roku — trzydzieści festiwali zorganizowanych przez fundację Gremi Foundation zgromadziło setki tysięcy uczestników i zapewniło ponad cztery miliony złotych pomocy (około 46 milionów hrywien) — na wsparcie 15 tysięcy ukraińskich żołnierzy.

Jak Gremi Borsch Fest wyrósł z lokalnej inicjatywy do rangi wielkiej platformy dialogu kulturowego, burząc stereotypy i wrogie narracje, opowiada założycielka Gremi Foundation Galina Kirichenko.

Galina Kirichenko. Archiwum prywatne

‍Diana Balińska: Jak długo mieszka Pani za granicą i czym jest dla Pani dziś Ukraina?

Galina Kirichenko: Za granicą mieszkam od czasów studenckich. Ukończyłam uniwersytet w Bremie w Niemczech i długo mieszkałam tam z rodziną. Obecnie moje życie toczy się między trzema krajami: Niemcami, Wielką Brytanią i Polską. Jednak tylko Ukraina jest dla mnie domem. Nawet gdy fizycznie jesteś daleko, ona zawsze pozostaje w sercu. To miejsce siły, które nadaje sens wszystkim moim działaniom.

Jak Jak wpadła Pani na pomysł stworzenia festiwalu Borsch Fest?

W pierwszych dniach pełnoskalowej inwazji wraz z mężem Jewhenem uznaliśmy, że nie możemy pozostać obojętni i musimy wykorzystać zasoby naszej firmy, by pomóc armii. Na początku wszystko było proste: własne pieniądze, szybkie decyzje, konkretne działania. Założyliśmy fundację i zaczęliśmy robić to, co realnie mogliśmy — z terytorium Polski.

Jednym z naszych pierwszych kroków była ewakuacja 200 kobiet z dziećmi — rodzin naszych pracowników — do miasta Dąbrowa Górnicza niedaleko Katowic. Po kilku tygodniach adaptacji zrozumieliśmy, jak trudne jest dla ludzi rozstanie z domem. Zorganizowaliśmy więc małe spotkanie dla Ukraińców: ugotowaliśmy 50 litrów barszczu i zaprosiliśmy gości. Wydarzyło się coś niespodziewanego — przyszło niemal trzykrotnie więcej osób, niż planowaliśmy. Dołączyli Ukraińcy z całego miasta.

Zdjęcie: Nataliia Kulynych

Goście spontanicznie zebrali pierwszą kwotę darowizn na potrzeby Sił Zbrojnych Ukrainy. Za te pieniądze kupiliśmy 200 opasek uciskowych. Już następnego dnia zaczęliśmy otrzymywać wiadomości z innych polskich miast: „Czy moglibyście zorganizować coś takiego u nas?”.

To doświadczenie pokazało nam, że proste, nieformalne spotkania mogą stać się skutecznym narzędziem działania — nawet jeśli nie masz jeszcze rozpoznawalnego nazwiska w świecie organizacji dobroczynnych.

Miesiąc później powtórzyliśmy spotkanie w Gdańsku. Tym razem ugotowaliśmy już 200 litrów barszczu. I znów – przyszło więcej gości, niż się spodziewaliśmy. Stało się jasne, że zapotrzebowanie na takie inicjatywy jest ogromne. Po drugim wydarzeniu postanowiliśmy przekształcić spontaniczne spotkania w systematyczną działalność i przygotowaliśmy serię imprez w całej Polsce na kolejne pół roku. Tak rozpoczęła się historia Gremi Borsch Fest i Gremi Foundation.

W 2023 roku zorganizowaliśmy dziewięć festiwali w różnych miastach, ale mimo doświadczenia wciąż mierzyliśmy się z tym samym wyzwaniem: gości było więcej, niż planowaliśmy, a barszczu nigdy nie wystarczało. W 2024 roku ugotowaliśmy go już ponad 8,4 tysiąca litrów.

Jaka jest główna idea festiwalu? Co przede wszystkim chcieliście przekazać polskiej publiczności?

Festiwal od początku miał być platformą wolontariatu i zbiórek na rzecz armii – na zakup sprzętu ochronnego, dronów, systemów walki elektronicznej i tym podobnych. Ale już podczas pierwszych wydarzeń postawiliśmy sobie także inny, równie ważny cel – wykorzystać język kultury, by połączyć Ukraińców i Polaków. Bo wspierając Ukrainę, wspieramy bezpieczeństwo całej Europy.

Czy nie zarzucano wam, że festiwal barszczu to próba „narzucania” ukraińskiej kultury?

Narzucanie to wtedy, gdy ktoś coś wymusza. My po prostu zapraszamy. A Polacy przychodzą z ciekawością i otwartością. Próbują barszczu, słuchają muzyki, pytają o Ukrainę. To zawsze jest spotkanie w duchu wzajemności. Dlatego Gremi Borsch Fest nie polega na „narzucaniu”, tylko na „dzieleniu się”.

Na czym polega siła projektów kulturalnych w porównaniu z polityką, jeśli chodzi o opowiadanie historii Ukrainy?

Polityka i wiadomości to logika, liczby, argumenty. Kultura natomiast dotyka serca. Kiedy ktoś próbuje pysznego barszczu albo słucha pięknej ukraińskiej piosenki, doświadcza pozytywnych emocji. I wtedy Ukraina przestaje być tylko „krajem wojny” — staje się krajem ludzi, twórczości i życia.

Zdjęcie: Gremi Borsch Fest

Jakie ukraińskie narracje warto dziś wyjaśniać polskiemu społeczeństwu?

Najważniejsza: walczymy nie tylko za siebie. To wojna także o Polskę i o Europę. Europejczycy się „męczą”: co jakiś czas wojna w Ukrainie schodzi na dalszy plan, ludzie popadają w złudzenie normalności. Na to nie można pozwalać — trzeba przypominać. Druga: Ukraina jest różnorodna, ale łączy nas dążenie do wolności i rozwoju. I trzecia: Ukraina nie sprowadza się wyłącznie do wojny. Jest też inna Ukraina — młoda, kreatywna, nowoczesna. To ona jest gwarancją naszej przyszłej wygranej.

Czy w trakcie lat organizowania festiwalu zmieniło się nastawienie Polaków do Ukrainy?

Bardzo. Jeśli na początku na festiwal przychodzili głównie Ukraińcy, to dziś znaczną część gości stanowią Polacy. Dla nich to okazja, by zobaczyć Ukrainę nie przez wiadomości, lecz przez muzykę, sztukę, jedzenie i bezpośrednie spotkanie.

Z jakimi stereotypami lub mitami na temat Ukrainy najczęściej spotykacie się w Polsce? Jak udaje się je obalać?

Najpowszechniejszy stereotyp głosi, że Ukraińcy przyjechali do Polski jedynie jako „tania siła robocza”, zabierają miejsca pracy i nie zamierzają się integrować. Tymczasem nasi rodacy zakładają tu firmy, pracują w sektorach wysokich technologii i branżach kreatywnych, regularnie płacą podatki i wnoszą istotny wkład w lokalną gospodarkę. Drugi, równie częsty mit mówi, że Ukraińcy w Polsce korzystają ze wszystkich świadczeń socjalnych i „żyją na koszt państwa”. W rzeczywistości co najmniej 78% Ukraińców pracuje legalnie. Są też bolesne kwestie historyczne. Jednak to właśnie kultura burzy te mury szybciej niż jakiekolwiek oświadczenia polityczne.

Zdjęcie: Nataliia Kulynych

Czy odczuwacie wpływ rosyjskiej propagandy w Polsce? Jak projekty kulturalne mogą się jej przeciwstawiać?

Tak, szczególnie w okresie wyborów. Wtedy w mediach społecznościowych pojawiały się tysiące negatywnych wpisów o Ukraińcach. Co ciekawe, potwierdzają to właśnie polskie badania. To klasyczny przykład działania propagandy: przemilczeć temat wojny i zastąpić go innymi lękami oraz stereotypami.
Ale właśnie tutaj kultura okazuje się skuteczna. Bo jeśli ktoś osobiście spotkał Ukraińców na festiwalu, porozmawiał z nimi, spróbował barszczu, to nie uwierzy już w kłamstwa. Ma własne doświadczenie — silniejsze niż cudze fake newsy.

Jaką widzi Pani przyszłość dla Gremi Borsch Fest, zwłaszcza po zwycięstwie Ukrainy?

Gremi Borsch Fest jest już dziś największym street festiwalem współczesnej kultury ukraińskiej w Europie. Na razie jednak jego lokalizacja ogranicza się do Polski. W przyszłości chcemy rozszerzyć jego formułę na inne kraje Europy.
Marzymy, by Gremi Borsch Fest stał się dla Europejczyków symbolem tego, że Ukraina przetrwała — i przyniosła do Europy swoją siłę, kulturę i inspirację. Byśmy mówili już nie tylko o bólu i stratach, lecz także o odbudowie i nowym życiu.

5
min
Diana Balynska
Dyplomacja kulturalna
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Odesa to także duma Polaków

Zaczęło się od Jagiełły

Halina Chalimonik: – Jak Polacy pojawili się w Odesie?

Switłana Zajcewa-Welykodna: – Już w 1415 roku polski kronikarz Jan Długosz pisał, że z Koczubyjiwa, czyli z terytorium współczesnej Odesy, wysyłano zboże do Europy. Rozkaz wysyłania zboża wydał polski król Władysław Jagiełło. Jego władztwo rozciągało się wówczas od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne. Potem przez trzy stulecia władzę na tych terenach sprawowało Imperium Osmańskie, a po wojnie rosyjsko-tureckiej – Imperium Rosyjskie.

W 1794 roku Katarzyna II, mając na względzie korzystne położenie miasta i dostęp przez Zatokę Odeską do Morza Czarnego, nakazała wybudować tu port. Rozwój portu i handlu przyciągnął ludzi z różnych krajów, a nad morzem pojawił się już Polski trakt i ulica Polska, na której zamożni polscy szlachcice i kupcy budowali spichlerze i domy. Pierwszym powodem osiedlania się Polaków w Odesie były więc względy ekonomiczne.

Część ulicy Polskiej w Odesie w 2010 roku została przemianowana na cześć Lecha Kaczyńskiego. Zdjęcie: Związek Polaków na Ukrainie, Oddział im. Adama Mickiewicza w Odessie

Za kupcami do Odesy przybywali polscy lekarze, nauczyciele, prawnicy, rzemieślnicy, ludzie wolnych zawodów. Doszło nawet do tego, że w Odesie powstała Polska Słoboda – dzielnica zamieszkana wyłącznie przez Polaków.

Ale był też drugi powód osadnictwa: do Odesy i innych regionów trafiali Polacy, którzy zbuntowali się przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Na zesłanie.

Tak, po trzecim rozbiorze Polska przestała istnieć jako niepodległe państwo, ale Polacy nie mogli się z tym pogodzić. Najbardziej znanym Polakiem, którego pomnik w Odesie stoi na prospekcie Bohaterów Ukrainy, jest Adam Mickiewicz [w 1823 roku za organizację i udział w podziemnych stowarzyszeniach został aresztowany i zesłany do Petersburga, skąd uciekł do Odesy. Tam przez 9 miesięcy pracował jako nauczyciel w liceum, poznając jednocześnie lokalną kulturę, folklor i historię – red.]. Mickiewicz spopularyzował Odesę na świecie. To tutaj napisał swoje „Sonety odeskie”, a następnie, na Krymie – „Sonety krymskie”. W Odesie zaczął też pisać też poemat „Konrad Wallenrod”, poświęcony bojownikom o niepodległość Polski – który, nawiasem mówiąc, zainspirował Polaków do wzniecenia powstania listopadowego w 1830 roku.

Po stłumieniu polskich powstań Odesa stała się dla wielu Polaków jednym z możliwych punktów do dalszej emigracji, ale wielu tu zostało [według danych ogólnorosyjskiego spisu ludności z 1897 roku w Odesie mieszkało 17-18 tysięcy osób pochodzenia polskiego, a na początku XX wieku – już ponad 24 tysiące – red.].

W 1906 roku w Odesie powstał nawet polski kościół św. Klemensa, zbudowany za pieniądze polskiej społeczności. Mógł pomieścić cztery tysiące wiernych. W 1936 roku został wysadzony w powietrze przez władze sowieckie. Istnieje makieta kościoła autorstwa ukraińskiego historyka Aleksandra Czepihy. Jeśli ktoś kiedykolwiek był we Lwowie, to na pewno widział neogotycką katedrę św. Elżbiety, niedaleko dworca kolejowego. Kościół w Odesie był jeszcze piękniejszy. Szkoda, że już go nie ma, ponieważ był świadectwem tego, jak liczna była wówczas polska społeczność Odesy.

Tak wyglądał kościół św. Klemensa. Zdjęcie: Wikipedia

Chcemy zabić waszego Boga

Ta walka z symbolami przypomina obecną wojnę rosyjsko-ukraińską.

Od początku wojny nasza organizacja opiekuje się dwiema polskimi wsiami na południu Ukrainy – Kyseliwką w obwodzie mikołajowskim i Prawdyno w obwodzie chersońskim. Jak, zważywszy na ich nazwy, domniemywać, że to wioski założone i zasiedlone przez Polaków? Dowodem na to są kościoły. W Prawdyno jest kościół. W Kyseliwce też był, ale 2 maja 2022 roku rosyjskie wojsko ostrzelało go z czołgu. Jak opowiadali lokalni świadkowie, Rosjanie próbowali trafić w krzyż i mówili: „Chcemy zabić waszego Boga”.

Kościół został zbudowany w 1822 roku, czyli w 2022 roku obchodziłby 200-lecie. Przetrwał wojny domowe, pierwszą i drugą wojnę światową, sowiecką władzę, która utworzyła tam magazyn i warsztat dla traktorów. W latach 90. ubiegłego wieku kościół na powrót stał się własnością polskiej społeczności. Został odrestaurowany, lecz rosyjskiej wojny już nie przetrwał.

Ruiny kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Kyseliwce, 2025 r.

Nawiasem mówiąc, Kyseliwka to wieś założona przez tych, którzy zostali zesłani za udział w powstaniu Tadeusza Kościuszki przeciwko Rosjanom. Jako że ziemia w tych okolicach jest żyzna i urodzajna, ludzie zostali, by tam mieszkać i pracować. Byli to głównie mieszkańcy Warszawy, którzy przywieźli ze stolicy Drogę Krzyżową i 12 obrazów wykonanych ze szkła.

W latach 20. XX wieku, rozumiejąc, do czego doprowadzi władza radziecka, Polacy ukryli przechowywaną tu relikwię. Kościół i jego wspólnota zachowali rzecz w tajemnicy aż do 2000 roku – wtedy ją odrestaurowano i wystawiono. To była wyjątkowa rzecz na południu Ukrainy, świadcząca o dziedzictwie polskiej społeczności. Ale ona również nie przetrwała tej wojny.

Modni architekci i zakochany Sienkiewicz

Wróćmy do Odesy. Rozmawiałam niedawno z Dmytro Szamatażym, historykiem i badaczem Odesy, który powiedział, że bez polskich architektów Odesa byłaby blada i prozaiczna.

Czasami półżartem mówimy, że co trzeci zabytkowy budynek w Odesie został zbudowany albo przez polskich architektów, albo dla mieszkańców pochodzenia polskiego

Jednym z najbardziej znanych obiektów jest pałac zbudowany przez Stanisława Potockiego dla jego córki Olgi (na jej cześć nazwano ulicę Olgijewską w Odesie, a na cześć żony Stanisława – ulicę Sofijewską). Feliks Gąsiorowski, Lew Włodek, Władysław Dąbrowski i wielu innych polskich architektów pozostawiło po sobie dziedzictwo w postaci zespołu architektonicznego miasta, który dziś stanowi wizytówkę Odesy.

„Dom z atlantami” w Odesie został zaprojektowany przez Lwa Włodka. Zdjęcie: Wikipedia

Odesa przyciągała uwagę wybitnych kompozytorów, pisarzy i innych twórców. Stąd pochodziła druga żona Henryka Sienkiewicza. Sienkiewicz przyjeżdżał do Odesy, by poznać rodziców swojej narzeczonej. Gościł tu również Juliusz Słowacki.

Karol Szymanowski, który w przyszłości zostanie rektorem akademii muzycznej w Katowicach, rozpoczął tu pracę nad jedną z najwspanialszych polskich oper, „Król Roger”, która miała ogromny wpływ na historię polskiej muzyki na początku XX wieku.

Książki po polsku jako dowód przestępstwa

Jak układały się stosunki między Polakami a Ukraińcami?

W Odesie powstawały organizacje skupiające Polaków, mogli mówić we własnym języku, pielęgnować swoją kulturę, podtrzymywać polską tożsamość. W 1906 roku powstały organizacje „Lira” i „Ognisko”, które współpracowały z ukraińską „Proswitą”. A kiedy ta ostatnia została zakazana przez władze rosyjskie, Polacy zapraszali Ukraińców do siebie, by mogli prowadzić swoją działalność w ich organizacjach.

Pisałam niedawno o Domu Ukraińskim w Przemyślu, który władze radzieckie przekształciły w mieszkania komunalne i publiczną toaletę. Czy podobny los spotkał Dom Polski w Odesie?

Tak. Dom należał do polskiej społeczności do 1923 roku, gdy władze radzieckie brutalnie go przejęły, wyrzucając wszystkich Polaków. Znajdowała się tam sala teatralna, biblioteka, były sale spotkań.

W tym czasie, według spisów, około 10 procent mieszkańców Odesy miało polskie pochodzenie

Niektórzy próbowali uratować z Domu jakieś rzeczy, zabierali je do siebie, głównie książki. W latach 30. XX wieku zakończyło się to dla tych ludzi tragicznie.

11 sierpnia 1937 roku władze radzieckie podpisały rozkaz nr 00485, mający na celu eksterminację osób pochodzenia polskiego na terytorium Związku Radzieckiego. Potem zaczęli nas prześladować.

Wiele osób związanych z Domem Polskim w Odesie rozstrzelano, a ich rodziny wysiedlono do Kazachstanu lub na Syberię. Wyznacznikiem dla NKWD były właśnie książki w języku polskim z Domu Polskiego w Odesie

Dzisiaj, kiedy mówimy o tej historii, ważnym miejscem dla nas jest teren pod Odesą, na 6. kilometrze szosy Owidopolskiej. Przypadkowo podczas prac budowlanych natrafiono tam na masowy pochówek rozstrzelanych mieszkańców Odesy, wśród których byli Polacy. Szacujemy, że władze radzieckie zabiły tam około 2000 osób pochodzenia polskiego.

W 2021 roku udało nam się przekonać władze Odesy do przeprowadzenia tam poszukiwań. Znaleźliśmy 35 zbiorowych grobów, ale na razie nie znamy jeszcze dokładnej liczby zamordowanych. Dużą pomoc w ustaleniu prawdy historycznej i godnym pochówku ciał zgodnie z obrządkiem katolickim zapewnia nam oddział Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej w Odesie, a w szczególności jego kierownik, Serhij Hucaluk. Włożył w to bardzo dużo wysiłku.

W 2022 r. prace ekshumacyjne zostały wstrzymane z powodu wojny. Obecnie na polu stoi krzyż. Moją życiową misją jest doprowadzenie tej sprawy do końca, aby każdy potomek tych, którzy tam leżą, mógł godnie pożegnać się bliskimi, by powstało miejsce pamięci o naszych przodkach. Wśród mieszkańców Odesy pochodzenia polskiego są bowiem potomkowie tych, którzy zostali tam rozstrzelani.

Wspólna ukraińsko-polska uroczystość „Czarnomorski step”. Zdjęcie: Związek Polaków na Ukrainie, Oddział im. Adama Mickiewicza w Odessie

Jak wojna wpłynęła na społeczność polską w Odesie?

Wielu przedstawicieli tej społeczności poszło na front. Przed wojną zajmowaliśmy się bardziej misją kulturalno-oświatową, teatrem, chórem itp. Po rozpoczęciu pełnej inwazji dołączyła do tego misja humanitarna, staliśmy się centrum pomocy. Przekazywaliśmy sprzęt do szpitali, przyjmowaliśmy osoby wewnętrznie przesiedlone, w tym pochodzenia polskiego, z terytoriów okupowanych lub terytoriów, na których trwają działania wojenne. Organizujemy różne działania psychologiczne, wspieramy Siły Zbrojne Ukrainy.

Żadnej niechęci wobec siebie nie czuję

Czy łatwo jest być obywatelem Ukrainy pochodzenia polskiego? Czy ma Pani możliwość swobodnego wyrażania swojej tożsamości?

Odesa zawsze była miastem wielokulturowym, zawsze mieszkali tu ludzie wielu narodowości. Jest tolerancyjna wobec wszystkich. Decyzja władz w czasach radzieckich o zniszczeniu określonej grupy ludzi, w szczególności Polaków, nie pochodziła od lokalnych mieszkańców, nie od społeczności Odesy, ale była rozkazem z Moskwy.

Dla nas bycie Polakami w Odesie oznacza bycie mieszkańcami tego miasta, jak wszyscy inni. Rozmawiamy w naszym języku, zwłaszcza w kościele, mamy swoje nabożeństwa, obchodzimy swoje święta, mamy prawo do własnej symboliki. Nasze dzieci mogą uczyć się języka polskiego w szkołach jako drugiego języka obcego

Istnieje ustawa o społecznościach narodowych i mniejszościach Ukrainy, w której zapisano i zagwarantowano wiele praw. Jest też ustawa o edukacji.

Otwarcie Polskiego Centrum Kultury w Odesie, 2025 r. Zdjęcie: Związek Polaków na Ukrainie

Rozmawiamy z władzami Ukrainy, możemy przekazywać jej przedstawicielom sprawy, które chcielibyśmy zmienić. Najważniejsze, że jest dialog. Możemy wyrazić swoje stanowisko w tej czy innej sprawie. To bardzo ważne, ponieważ z historii dobrze pamiętamy, co się dzieje, gdy nie słucha się tej czy innej mniejszości – kolejne kroki mogą prowadzić do jej zniszczenia. Ze swojej strony jako społeczność polska robimy wszystko, co w naszej mocy, aby wspierać państwo ukraińskie w jego walce w tych trudnych czasach.

Jak bardzo polska społeczność Odesy zmniejszyła się z powodu wojny. Zapewne wiele osób wyjechało do Polski?

Na początku wojny rzeczywiście wiele. Pamięć historyczna podpowiadała, że ze strony Rosji nic dobrego nas nie spotka. Wyjeżdżali nie tylko z Odesy, ale także z Chersonia i Mikołajowa. Rosjanie nie darzą nas, Polaków, zbytnią sympatią, a na okupowanych terytoriach brali miejscowych na zakładników i torturowali ich. Wielu z nas ma rodziny w Polsce, w szczególności dziadków i pradziadków.

Nie mogę jednak powiedzieć, że nas, w Odesie, znacznie ubyło, że „wszyscy wyjechali, a ostatni zgasił światło”. Nie. Dołączyli do nas na przykład mieszkańcy okupowanych terytoriów obwodu chersońskiego – chociaż kiedy Chersoń został wyzwolony, wielu zaczęło wracać.

Wielu wróciło również z Polski. Wielu z nas pozostawiło w Ukrainie rodziców, osoby starsze, którymi trzeba się opiekować, domy, mieszkania, pracę.

Ale głównym powodem powrotów – i to jest część naszej kultury, którą warto zrozumieć – jest to, że jesteśmy bardzo przywiązani do swoich przodków, do ich grobów

Bardzo ważne jest dla nas, byśmy mogli przyjść na grób swoich rodziców, bliskich, pomodlić się, zapalić świeczkę. To jedna z narodowych cech Polaków.

Jak się Pani żyje w jednej społeczności z Ukraińcami?

Mogę mówić o tych społecznościach, w których osobiście bywam, czyli o południowej Ukrainie. Tu nie ma znaczenia, jakiego jesteś pochodzenia, najważniejsze, że jesteś obywatelem swojego kraju. Nie odczuwam żadnych uprzedzeń wobec siebie.

Wielu Ukraińców wyjechało do Polski z powodu wojny, niektórzy po raz pierwszy. Zobaczyli nas z innej strony, zaczęli rozumieć, czym żyjemy, jacy jesteśmy, co można od nas przejąć, jak lepiej budować swój kraj, opierając się na zachodnich wartościach. Polska jest dobrym przykładem dla Ukrainy.

Podsumowując: co Polacy wnieśli do tożsamości Odesy?

Zachodnią kulturę. Nie bez powodu mówi się o niej – „mały Paryż” lub „mały Wiedeń”. Odesę można porównać do różnych miast Europy, ale na pewno nie jest to miasto wschodnie. Język polski miał duży wpływ na dialekt odeski, w którym występują dosłownie przetłumaczone polskie zwroty, niecharakterystyczne dla języka ukraińskiego czy rosyjskiego. Na przykład „Где идем\Де йдемо?” – typowa kalka z polskiego „Gdzie idziemy”. Dodaliśmy też trochę od siebie do kuchni odeskiej.

Wspomniała Pani jeszcze o honorze...

Wnieśliśmy honor, ale pojęcie to jest często błędnie interpretowane. „Honor” oznacza dumę, zaszczyt. Mieszkaniec Odesy zawsze z dumą mówi, że jest odesyjczykiem. W Polsce „Bóg, honor i ojczyzna” to jedna z kluczowych zasad świadomości narodowej.

Ogólnie powiedziałabym, że kiedy spacerujesz ulicami Odesy, podziwiając jej wspaniałe architektoniczne arcydzieła stworzone przez Polaków, pamiętaj: to zostało zbudowane dla nas wszystkich, byśmy mogli żyć razem w zgodzie.

10
min
Halyna Halymonyk
Polska diaspora w Ukrainie
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Za nienawiść w Internecie może być więzienie

Yaryna Matwiiw: – Dlaczego zdecydowałeś się reagować na obraźliwe komentarze w mediach społecznościowych i bronić Ukraińców właśnie w ten sposób? Od czego to się zaczęło?

Paweł Żołądek: – Moimi pierwszymi znajomymi Ukraińcami byli koledzy, którzy przyjechali do Polski w 2018 roku, po wprowadzeniu ruchu bezwizowego z Ukrainą. Pracowaliśmy wtedy razem w polskiej firmie. Do dziś się z nimi przyjaźnię. Od tamtej pory poznałem jeszcze wielu Ukraińców i zawsze dobrze się dogadywaliśmy, nie było żadnych konfliktów.

A potem nadszedł rok 2022 i Rosja zaatakowała Ukrainę. Oczywiście, stanąłem po stronie Ukraińców, poszedłem za głosem serca. Ale nawet gdyby nie ta moja szczera przyjaźń z Ukraińcami, to i tak pomagałbym Ukrainie, bo prawda jest po jej stronie.

Teraz widzę, co się dzieje, i rozumiem, że mamy do czynienia z działaniem kilku mechanizmów. Przede wszystkim to polski nacjonalizm, który dotąd drzemał i był problemem marginalnym. Kilka procent Polaków, którzy mieli skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne poglądy, było zazwyczaj wyśmiewanych przez innych na Facebooku i zawsze stanowiło mniejszość. Ale teraz pod wpływem rosyjskiej propagandy i przy wsparciu Grzegorza Brauna skrajnie prawicowe myślenie staje się popularne. Nie wiem, czy Braun robi to świadomie, czy nie, ale zbyt często mówi jednym głosem z rosyjską propagandą. Jego zwolennicy na forach internetowych robią to samo. Prowadzą swoją działalność w mediach społecznościowych tak konsekwentnie i systematycznie, że inni Polacy jakby zarazili się od nich tą nienawiścią. Efekt kuli śnieżnej.

W większości przypadków ci komentatorzy łamią polskie prawo i widzę w tym szansę na przeciwdziałanie zjawisku powszechnej nienawiści. Dopóki jestem sam, to jest trudniejsze. Moja walka ma raczej charakter symboliczny.

Warto byłoby rozpocząć ogólnopolską kampanię przeciwko mowie nienawiści. Coś takiego miałoby realny efekt

Ale wielki ogień zawsze rozpalają małe iskry. Może to Ty jesteś tą iskrą?

Być może. Znam już osoby, które podążają za moim przykładem i angażują się w tę pracę. Doradzam im i wyjaśniam, jak prawidłowo złożyć zawiadomienie na policji. Ukraińcy też mogą składać zawiadomienia, o czym również im mówię.

Paweł wierzy, że jeśli liczba zgłoszeń na policję dotyczących nienawistnych komentarzy w mediach społecznościowych osiągnie poziom krytyczny, będzie to miało poważny wpływ na sytuację. Zdjęcie: Shutterstock

Ukraińcy, których znam, to ludzie, do których mam zaufanie, na których mogę liczyć w razie potrzeby, którzy zawsze chętnie mi pomagają. I to jest rzeczywistość. A potem wchodzę na Facebooka i czytam, jacy to Ukraińcy są niebezpieczni, że chcą znowu urządzić Polakom Wołyń, że zabierają zasiłki, miejsca u lekarzy rodzinnych, kradną itp. Ponad 90 procent takich komentarzy jest zmyślonych, napisanych bez jakiejkolwiek realnej podstawy.

Na przykład gdy na Polskę leciały drony, Ukraińców oskarżono o prowokację przeciwko Polsce, bo drony były rzekomo ukraińskie. Czytałem, że Ukraińcy celowo wypuszczają drony nad terytorium Polski, by oskarżyć Rosjan, albo że Ukraina specjalnie przechwyciła w powietrzu rosyjskie drony i skierowała je nad Polskę. To są absurdalne teorie spiskowe wymyślane tylko po to, żeby zrzucić winę na Ukraińców.

A jeśli zdarzy się jakiś wielki pożar w Polsce, to zanim zdążą go ugasić, zanim prokurator ustali przyczynę, komentatorzy już piszą, że to na pewno Ukraińcy. To szokujące

Jak można oskarżać ludzi bez żadnych podstaw? Trudno przekonać takich komentatorów nawet argumentem, że w ten sposób po prostu podsycają falę nienawiści wywołaną przez rosyjskie służby specjalne. Bo ci ludzie nie słyszą argumentów. Dlatego trzeba podejmować bardziej radykalne kroki.

Jak dokładnie działasz? Jak mowa nienawiści w mediach społecznościowych może być karana w Polsce?

W polskim prawie mamy artykuł 256 Kodeksu karnego, który przewiduje między innymi kary za propagowanie nienawiści na tle narodowościowym. Oznacza to, że jeśli widzimy komentarz, który na przykład porównuje Ukraińców do szarańczy lub nawołuje do agresji, zawiera wulgarne słowa pod adresem Ukraińców, to wystarczy zgłosić to na policję.

Można to zrobić w tradycyjny sposób, czyli udać się na komisariat. W takim przypadku należy mieć ze sobą zrzut ekranu, na którym widoczny jest komentarz, link do posta, pod którym został napisany taki komentarz, oraz link do profilu autora komentarza.

Można też trochę ułatwić sobie pracę i napisać e-mail do dyżurnego Komendy Wojewódzkiej (w województwie, w którym zarejestrowano komentarz). W e-mailu podaj godzinę, w której wszystko się wydarzyło, i krótko opisz sytuację, na przykład: „Czytałem komentarze do takiej a takiej publikacji i zauważyłem wpis pana X, który uważam za naruszenie prawa RP”. Należy zacytować ten komentarz i dodać ważne zdanie: „Wnoszę o pociągnięcie autora tego komentarza do odpowiedzialności za naruszenie artykułu 256 Kodeksu karnego RP”. Do tego należy dodać dwa linki: jeden do wpisu, drugi do profilu autora, a także zrzut ekranu. Następnie należy się podpisać, podać swój numer PESEL i adres do kontaktu zwrotnego. Policja prześle ci odpowiedź z datą wezwania do najbliższego posterunku policji (komisariatu), gdzie będziesz musiał osobiście potwierdzić swoją tożsamość i fakt, że to rzeczywiście ty wysłałeś tę wiadomość e-mail, a także podpisać zeznanie w wersji papierowej. Następnie prokuratura rozpocznie ustalanie szczegółów, by pociągnąć wskazaną osobę do odpowiedzialności. Komentującemu grozi do 5 lat pozbawienia wolności.

W polskim prawie istnieją następujące artykuły Kodeksu karnego, na podstawie których można pociągnąć do odpowiedzialności za komentarz:

— Artykuł 256 (propagowanie nienawiści na tle narodowościowym);

— Artykuł 255 powiązany z 256 (nawoływanie do przestępstw na tle narodowościowym);

— Artykuł 136 (znieważenie głowy obcego państwa);

— Artykuł 117 (pochwalanie i nawoływanie do wojny napastniczej);

— Artykuł 126 (pochwalanie i nawoływanie do zbrodni wojennych).

Wierzę, że w ten sposób można zneutralizować autorów komentarzy, którzy sieją nienawiść do Ukraińców.

Ile takich skarg złożyłeś już na policji?

Co najmniej 218. Zacząłem w połowie lata, kiedy zauważyłem pierwszą falę agresywnych, pełnych nienawiści komentarzy. Potem była nieszczęsna sprawa na warszawskim stadionie i incydent z pomnikiem ofiar tragedii wołyńskiej we wsi Domostawa. Wydarzenia te wywołały wielką falę nienawiści w skrajnie prawicowej części polskiego społeczeństwa, co doprowadziło z jednej strony do radykalizacji tych środowisk, a z drugiej do ich mobilizacji w mediach społecznościowych. Od tego momentu każda okazja jest dla nich odpowiednia, by oskarżać Ukraińców i szerzyć nienawiść wobec nich. Cokolwiek dzieje się w Polsce, winni są teraz Ukraińcy.

Antyukraińska pikieta w Krakowie, 2025 r. Zdjęcie: Beata Zawrzel/REPORTER

Jak policja reaguje na te skargi? Czy są już pierwsze decyzje dotyczące kar za ksenofobię w mediach społecznościowych?

Z mojego doświadczenia wynika, że dochodzenie potrwa jeszcze około miesiąca lub dwóch. Mam nadzieję, że kiedy zapadną wyroki i w Polsce rozniesie się wieść, że za komentarze szerzące mowę nienawiści można zostać ukaranym, to takie osoby przynajmniej trochę ostygną.

Policja reaguje ze zrozumieniem i traktuje moje zgłoszenia z szacunkiem. Zarazem struktura naszej policji sprawia, że do pociągnięcia takich osób do odpowiedzialności może przystąpić tylko jeden wydział w województwie, co oznacza, że możliwości policji są ograniczone z powodu braków kadrowych. Dlatego policjanci czasami dają mi do zrozumienia, że nie są w stanie wszystkiego ogarnąć. Staram się więc znaleźć złoty środek między skuteczną walką a nie przeciążaniem policji.

Na jakich stronach w polskiej przestrzeni internetowej obraźliwe komentarze pod adresem Ukraińców znajdujesz najczęściej? Czy są jakieś zasoby, które szczególnie obficie sieją mowę nienawiści?

Szczerze mówiąc, nie szukam ich specjalnie, tylko poddaję się algorytmom Facebooka. Najwięcej antyukraińskich komentarzy znajduję zawsze pod postami polskich polityków, zwłaszcza drugorzędnych, związanych z Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna i Konfederacją Sławomira Mentzena.

Pierwsza z tych partii jest ewidentnie prorosyjskia, druga w dużej mierze również podąża kursem Rosji. Dlatego trochę obawiam się wyników nadchodzących wyborów w Polsce, tym bardziej że minister sprawiedliwości jest bardziej zajęty walką z PiS niż walką z rosyjską propagandą i dezinformacją w Polsce.

Tymczasem wprowadzenie dodatkowego artykułu dotyczącego rozpowszechniania dezinformacji i zniesławienia znacznie ułatwiłoby nam walkę z antyukraińskimi komentarzami. Bo takiego artykułu u nas nie ma

Dlatego kiedy piszą, że „Ukraina zaatakowała Polskę dronami”, nie można pociągnąć rozpowszechniającego te informacje do odpowiedzialności. Potrzebujemy również zmian strukturalnych, ponieważ obecnie śledczy zajmujący się np. kradzieżami samochodów lub zaginięciami ludzi prowadzą też sprawy dotyczące podżegania do nienawiści na tle narodowościowym. Moim zdaniem należy utworzyć oddzielny wydział odpowiedzialny za dezinformację i inne podobne przestępstwa w Internecie.

Poza tym potrzebna jest reklama społeczna, która będzie informować społeczeństwo, że może paść ofiarą rosyjskiej dezinformacji i propagandy – by Polacy nawet przypadkowo nie działali na korzyść Rosji. Wydaje mi się, że dla osób o skrajnie prawicowych poglądach nasz premier i minister spraw zagranicznych nie są autorytetami, więc ich słowa będą niestety wyśmiewane przez radykalnie nastawionych ludzi, którzy twierdzą, że wszyscy oni kłamią, bo są marionetkami na usługach Zachodu i działają wbrew interesom Polski. Dlatego skuteczniejsza byłaby sucha komunikacja, powtarzana w mediach jako reklama społeczna, bez odniesienia do konkretnego polityka. Powinny się tym zajmować niezależne służby i profesjonaliści.

Czy Polska przegrywa wojnę informacyjną z Rosją?

Absolutnie, a rząd nie jest jeszcze gotowy do tej wojny. Dopiero zaczyna zastanawiać się, jak rozwiązać problem. Wiemy, że Ukraina przeprowadziła i nadal prowadzi naprawdę skuteczną cyberakcję przeciwko rosyjskim zasobom i kontom. Być może armia rosyjskich botów przeniosła się z ukraińskich stron na polskie...

Jak odróżnić komentarze bota, by pociągnąć do odpowiedzialności konkretną osobę?

Piszę zgłoszenia, a policja ustala tożsamość autora i czy jest ona prawdziwa, czy można pociągnąć go do odpowiedzialności. Strona bota jest często na wpół pusta, z niewielką liczbą znajomych, zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję i często dziwny pseudonim. Muszę jednak przyznać, że wiele obrzydliwych komentarzy piszą prawdziwi ludzie.

Za jakie obraźliwe komentarze można złożyć zawiadomienie na policję?

Obecnie trwa kampania nienawiści przeciwko Kirze Suchobojczenko, która została nominowana do nagrody „Warszawianka Roku”. Komentarze, w których hejtuje się Kirę, podlegają kilku artykułom, np. artykułowi 256. Obrażają ją za to, że jest Ukrainką, piszą, że powinna „wracać do domu”, że „nie jest godna bycia warszawianką”.

Polacy często obrażają również ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Do tego odnosi się artykuł 136 Kodeksu karnego – za znieważenie głowy innego państwa na terytorium Polski, za co grożą trzy lata więzienia.

Jakie komentarze przewidują karę aż do pozbawienia wolności? Na przykład taki: „Ukraińcy to szkodliwy naród banderowski. Wypędzić ich”. To wystarczy, by złożyć doniesienie na policję. Po pierwsze, OUN–UPA już nie istnieje, a po drugie, nie możemy wszystkich Ukraińców nazywać banderowcami, porównywać ich do organizacji z lat czterdziestych ubiegłego wieku i przedstawiać współczesnych Ukraińców z widłami w rękach. To podsyca nienawiść do całego narodu. To przestępstwo.

Niestety, do tego dochodzi brak kompromisu między władzami Polski i Ukrainy w sprawie zbrodni popełnionych w tamtych czasach. Zawsze uważałem, że rosyjska inwazja to nie najlepszy moment, by tracić energię na wyjaśnianie historycznych krzywd. Ale teraz widzę, że atmosfera jest taka, że jednak trzeba zająć się tą kwestią i znaleźć porozumienie. Bo niestety wszelkie tarcia w tej sprawie będą prowokować nową nienawiść.

8
min
Jaryna Matwiiw
Пропагування ненависті
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

„Poczuć się, jak w domu”: ukraińskie wyspy ciepła w Krakowie

Księgarnia z kawą i centrum pomocy NIĆ

Księgarnio-kawiarnia NIĆ to ukraińskie centrum w Krakowie. Zostało założone w 2020 roku, podczas pandemii COVID-19, przez trzech Ukraińców i Polaka.

– Podczas pandemii wszyscy zaszyli się w domach – wspomina Nadia Moroz-Olszańska. – To zadziałało jak katalizator. Nasza znajoma w Krakowie zajmowała się wtedy malowaniem pewnego pomieszczenia. Odwiedziliśmy ją z mężem, a kiedy wracaliśmy, zaczęliśmy fantazjować, co byśmy zrobili, gdybyśmy mieli podobne pomieszczenie. Przypomnieliśmy sobie, że w budynku, w którym mieszkamy, jest puste miejsce. Zadzwoniliśmy do administratora – powiedział, że ktoś już się już nim zainteresował, ale my mamy pierwszeństwo, bo od dawna jesteśmy jego najemcami. Pomieszczenie nam się spodobało. Na temat otwarcia tam kawiarni zaczęliśmy rozmawiać z przyjaciółmi, którzy mieli duże doświadczenie w sprawach kulinarnych. I zarezerwowaliśmy to miejsce.

Mówi się, że sprawy lubią ciszę albo że jeśli chcesz, żeby coś się udało, nie mów o tym. My jednak zaczęliśmy opowiadać o naszym pomyśle wszystkim znajomym – a oni stwierdzili, że on doskonale wpisuje się w format „przedsiębiorczości społecznej”. Kilka tygodni przed końcem przyjmowania wniosków o finansowanie przedsiębiorstw społecznych napisaliśmy biznesplan na prawie 100 stron. Równolegle robiliśmy już remont lokalu, choć nie mieliśmy jeszcze zgody władz miasta. Pracowaliśmy od rana do nocy.

NIĆ została otwarta podczas pandemii jako „przedsiębiorstwo społeczne”

W końcu zatwierdzono nasz wniosek i dostaliśmy dofinansowanie na sprzęt – pod warunkiem zatrudnienia pięciu osób. W ten sposób nasza kawiarnia zyskała pierwszych pracowników. Od pomysłu do otwarcia minęło pięć miesięcy.

Dzień naszego otwarcia zbiegł się z pierwszym dniem lockdownu gastronomii – lokalom gastronomicznym zakazano sprzedaży czegokolwiek wewnątrz. Naszym atutem było jednak to, że jesteśmy też księgarnią, a księgarnie mogły działać. W dniu otwarcia zdarzyło się wiele rzeczy, na przykład przestały działać kasa fiskalna i terminale. Ale na otwarcie przyjechała Irena Karpa [ukraińska dziennikarka, pisarka i piosenkarka – red.], więc wszystko poszło dobrze.

Postawienie na książki opłaciło się. Podczas pandemii nikt nie mógł jeździć po nie do Ukrainy, więc ludzie byli szczęśliwi, że mogli kupić u nas i poczytać coś w ojczystym języku

W 2022 roku, po rozpoczęciu inwazji, do swej działalności dołączyliśmy wolontariat i pomoc ukraińskiej armii. Ten rok był trudny, ale wzmocnił i rozszerzył naszą działalność. Staliśmy się centrum, pośrednikiem między ludźmi, którzy potrzebowali pomocy, a organizacjami, które tę pomoc zapewniały.

Nasza kawiarnia była takim centrum pierwszego kontaktu. Ludzie przychodzili do nas z pytaniami, prośbami. Większość potrzebowała z kimś porozmawiać, znaleźliśmy więc kilku psychologów. Polacy przynosili rzeczy, a my przekazywaliśmy je do Ukrainy.

Z czasem usprawniliśmy wszystkie te procesy. Oczywiście nie wszystko się udawało, ale staraliśmy się, jak mogliśmy. Wspólnie z innymi organizacjami w Krakowie podzieliliśmy się obszarami działalności – w kawiarni odpowiadaliśmy za zbiórkę rzeczy dla wojska i lekarstw. Kiedy zaczęło się blokowanie granicy polsko-ukraińskiej, woziliśmy ukraińskim kierowcom jedzenie i wodę. Robiliśmy i nadal robimy wiele rzeczy.

„Jesteśmy nie tylko księgarnio-kawiarnią, ale także ukraińskim centrum w Krakowie”

Teraz zatrudniamy dwanaście osób, prawie wszystkie są Ukraińcami. Wspieramy ukraińskie firmy i producentów, na przykład piwo mamy z Charkowa, a herbatę z Zaporoża. Lubimy mieć ukraińską przestrzeń, w której ludzie mogą czuć się swobodnie, gdzie jest smacznie i bezpiecznie.

Zarazem staramy się utrzymywać kontakt z polską kulturą, dlatego często organizujemy wydarzenia w języku polskim.

W końcu dziękują nam nie tylko Ukraińcy, ale także Polacy. A my cieszymy się, że mamy przyjaciół z obu naszych krajów

Współpracujemy z ponad 40 ukraińskimi wydawnictwami, rozwijamy współpracę z władzami Krakowa i organizacjami społecznymi. Jesteśmy nie tylko księgarnio-kawiarnią, ale także ukraińskim centrum w Krakowie. Organizujemy tu wydarzenia w różnych formatach: warsztatów, spotkań, koncertów. Od początku planowaliśmy to jako integralną część naszej działalności. Bo to bardzo ważne – zachować, co swoje, dzielić się tym i poznawać inne. Tylko w ten sposób możemy budować świadome społeczeństwo i współpracę z krajem, w którym mieszkamy.

Ciepło: ukraiński smak z polskim akcentem

Restauracja Ciepło (Teplo), z kuchnią ukraińską, powstała na początku stycznia 2023 roku jako inicjatywa wolontariacka. Fundusz pomocy uchodźcom założyło dwóch Ukraińców i Polak, który działał jako wolontariusz po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji: zabierał Ukraińców z dworców, kwaterował ich w Krakowie, pomagał.

Maja, administratorka Ciepła, opowiada, że przez półtora roku w lokalu zajmowali się wolontariatem i pomagali w adaptacji Ukraińców: organizowano obozy dla dzieci, warsztaty integracyjne itp. Fundacja opiekowała się również dwoma hostelami, w których mieszkali Ukraińcy. Właśnie wśród tego wszystkiego powstała restauracja Ciepło.

Tutaj Ukraińcy mogli znaleźć pracę. Cały dochód restauracji był wykorzystywany na pomoc ukraińskim rodzinom, które znalazły się w trudnej sytuacji. Później hostele zostały zamknięte, ale restauracja pozostała.

– W ostatnim roku staramy się przenieść naszą restaurację do strefy biznesowej – mówi Maja. – Staramy się dostosować do wymagań polskiego rynku, dodając polskie dania do ukraińskiego menu. Ale troszkę dostosowujemy te dania do naszych upodobań smakowych.

Polacy, którzy do nas przychodzą, mówią: „Świetnie zachowujecie nasze receptury, choć dodajecie też coś od siebie”

Kuchnia, kultura, wnętrze, obsługa – to pozwala nam utrzymać dobry poziom i wysoką pozycję w Google. W naszym menu ludzie zawsze znajdą przynajmniej jedną potrawę ze swojego regionu. Przychodzą tu świętować ważne uroczystości: wesela, chrzciny, urodziny.

Za największy skarb uważam nasz zespół. Wszyscy są Ukraińcami. Kiedy zaczynaliśmy, postanowiliśmy zatrudniać wyłącznie Ukraińców. By ich wspierać. W naszych czatach służbowych często piszemy do siebie: „Droga rodzino”. Jest nas tylko dwanaścioro i wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Razem świętujemy urodziny i inne święta.

Pracuje u nas na przykład chłopak, który kiedyś przeniósł się z Doniecka do Zaporoża, a potem mama wysłała go do USA, gdzie studiował. Teraz ma 20 lat i jest studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Choruje” na historię i kulturę Ukrainy. Dla nas ważne jest, by mieć w zespole właśnie takich ludzi.

Wiktoria z Sum pracuje u nas jako kucharka. Nie jest profesjonalną kucharką. Przez 23 lata pracowała w Ministerstwie Sytuacji Nadzwyczajnych, czyli należy do kategorii ludzi, których trudno czymś zaskoczyć. Jest spokojna, zrównoważona, ma wspaniałe poczucie humoru i często rozładowuje napięcia.

Z kolei nasza Oksana z Winnicy jest skarbnicą ludowej mądrości. Pieśni, śpiewy, tańce... Z wykształcenia jest nauczycielką języka ukraińskiego, dlatego tutaj, u nas, uczy języka naszych chłopców i dziewczęta, którzy wcześniej słabo mówili po ukraińsku.

Każdy gość może zostawić na ścianie swój napis

Natomiast Sołomia uciekła do Polski przed wojną, gdy miała 16 lat. Nie znała ani słowa po polsku, a teraz studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. No i pracuje z nami.

– Co macie najsmaczniejszego? – pytam Sołomię.

– Oczywiście, barszcz. Wiesz dlaczego? Bo mamy słoninę z Ukrainy.

Wszyscy chcą barszcz gotowany na żeberkach i podawany ze słoniną. To nasza wizytówka

60-70% naszych gości to Ukraińcy, reszta to Polacy i turyści. Każdy z gości może zostawić na naszej ścianie napis lub coś narysować. Ten ciepły gest pozwala poczuć więź.

– Przez pierwszy rok obcokrajowcy patrzyli na nas z żalem w oczach. Teraz jesteśmy już pełnoprawnymi graczami – dodaje Maja

Przez te lata zdarzało się, że wypowiadano się o nas w nie do końca właściwy sposób. Na przykład: „No, jedźcie już do domu”. Celowo pisano też o nas negatywne recenzje. To nieprzyjemne, ale cóż, rozumiem, że Europejczycy są już trochę nami zmęczeni. Czy mają do tego prawo? Oczywiście, że mają. Czy możemy mimo tego po cichu robić swoje? Oczywiście, że możemy.

Uważam, że musimy budować mosty między oboma naszymi krajami. Musimy uczyć się polskiej historii i kultury, lecz także opowiadać o nas. Nie możesz zapominać, kim jesteś i skąd pochodzisz, ale integracja jest procesem obowiązkowym. Zapraszamy na barszcz i ciepło!

Dwa Kolory: ukraińska matcha na mleku bananowym

– Kiedy w 2023 roku rozejrzeliśmy się po Krakowie, zauważyliśmy ze zdziwieniem, że nie ma tu miejsca, w którym sprzedawano by się ręcznie robione produkty Ukraińców – mówi Jana Chmielnicka, współwłaścicielka sklepu z pamiątkami ukraińskich producentów i kawiarni Dwa Kolory. – Zarazem w samym mieście i w całym kraju jest wielu takich rzemieślników i rzemieślniczek. Zastanawialiśmy się, dlaczego nikt do tej pory nie zebrał ich produktów w jednym miejscu, dla wygody klientów. Postanowiliśmy to zrobić.

Jana i Ołeksandr

Chcieliśmy wesprzeć tych, którzy stracili pracę z powodu wojny. I pokazać Europie, że jesteśmy utalentowani, kreatywni, potrafimy robić fajne, nowoczesne i wysokiej jakości rzeczy – a nie tylko szarowary i plastikowe wianki.

Jednak otwarcie własnej firmy w obcym kraju, gdy nie zna się języka, okazało się niełatwe.

Zaczęliśmy od stworzenia formularza Google z ogłoszeniem, że otwieramy przestrzeń (chociaż w tamtym momencie nie mieliśmy jeszcze żadnej przestrzeni). Rozpowszechniliśmy link w czatach i kanałach w Ukrainie, by zorientować się, na ile ten temat interesuje ukraińskich rzemieślników. W ciągu doby otrzymaliśmy ponad 30 odpowiedzi. Były wśród nich nawet całe historie, które poruszały do głębi. Pewna dziewczyna napisała, że kiedy zobaczyła nasze ogłoszenie, poczuła chęć powrotu do swojego hobby – robienia świec, czym zajmowała się przed wojną. Kiedy zaczęła się inwazja, wpadła w depresję i straciła chęć do tworzenia.

Zrozumieliśmy, że nasz pomysł jest dobry. Nie chodzi przecież o zwykły sklep. Dla Ukraińców przebywających za granicą to kawałek domu, a dla obcokrajowców sposób, by dowiedzieć się więcej o Ukrainie.

– Od pomysłu do otwarcia minął miesiąc – włącza się do rozmowy Ołeksandr Hłuszczenko, drugi współwłaściciel. – Sprzedajemy unikalną odzież, akcesoria, ceramikę, pamiątki i inne rzeczy.

„Dom jest tam, gdzie ty” - głosi napis na kubkach

Przychodzą do nas obcokrajowcy i pytają na przykład: „Czy to prawda, że macie wojnę i spadają rosyjskie bomby?” – a my wyjaśniamy. Pytają też, co oznacza nasz herb, czy malarstwo petrykiwskie [tradycyjny ukraiński styl dekoracyjny, wywodzący się z wiejskiej osady Petrykiwka w obwodzie dniepropietrowskim, gdzie tradycyjnie zdobiono nim ściany domów i przedmioty codziennego użytku – red.] nie jest czasem elementem kultury rosyjskiej. Wyjaśniamy wszystko.

Pewien Japończyk wracał do nas cztery razy. Przylatywał do Krakowa, żeby kupować u nas pamiątki

Naszymi stałymi klientami są też Amerykanie. Pewnego razu przyszło do nas pięciu: „Przyjechaliśmy specjalnie do was z Czech”. „Moglibyśmy zorganizować wam dostawę” – odpowiedziałam. A oni: „Ale my chcieliśmy porozmawiać, obejrzeć wszystko osobiście. Mówiono nam, że tu u was jest fajnie”.

– Jednak były też historie nie do końca przyjemne – zaznacza Jana. – Nigdy nie chcieliśmy nikogo urazić. Musimy bardzo ostrożnie i z namysłem wybierać towary, jeśli zawierają określone symbole. Obecnie nie wystawiamy nawet tych czarno-czerwonych.

W naszej pracy jesteśmy pełni pasji. Myśleliśmy, że najpierw sami popracujemy, a potem zatrudnimy pracowników na zmianę. Ale tak się nie stało. To trwa już ponad dwa lata – i wciąż nie mamy dość, wciąż z kimś tu rozmawiamy. To dodaje energii. Klienci bardzo rzadko wychodzą od nas od razu po zrobieniu zakupów. Zwykle zostają, żeby jeszcze pogadać.

Zaczęliśmy szukać pracowników dopiero wtedy, gdy zdecydowaliśmy się otworzyć również kawiarnię. A kawiarnia, jak się okazało, to nie tylko ekspres do kawy. To wentylacja, dwie toalety, trzy umywalki za barem, odpowiednio względem siebie rozmieszczone. A do tego cała masa pozwoleń, remont.

Ołeksandr: – Nie spodziewaliśmy się, że kawiarnia może tyle kosztować. Zanim się nią zajęliśmy, przeszliśmy szkolenie u Wołodymyra Jarosławskiego. Powiedział, że otwarcie kawiarni o powierzchni 50 metrów kwadratowych w Europie kosztuje 100 tysięcy dolarów. Nasze doświadczenie pokazuje, że tak właśnie jest. Teraz jesteśmy w trakcie spłacania długów.

Jana: – Kawa to osobna historia. Zależało nam, żeby była bardzo smaczna.

Mam koleżankę, która ocenia kawiarnie na dwa sposoby: „Mmm, jakie to smaczne” i „Coś tu nie gra”. Chcieliśmy, żeby nasi goście mówili o naszej kawie tylko w ten pierwszy sposób

Cel naszej kawiarni jest taki sam, jak sklepu: wspieranie ukraińskich producentów. Kawa pochodzi od ukraińskiego dostawcy, pracują u nas Ukraińcy, meble do kawiarni zamówiliśmy z Ukrainy, a desery pieką dla nas ukraińscy cukiernicy.

Oleksandr: Podczas otwarcia naszej kawiarni przez cały dzień na ulicy stała kolejka. To było miłe zaskoczenie. Niektórzy stali w kolejce dwie godziny, a ja przez sześć godzin z rzędu zmywałem naczynia.

Kolejka w dniu otwarcia kawiarni

Jana: – Przed otwarciem dołączyłam do Threads [amerykański serwis społecznościowy umożliwiający mikroblogowanie – red.]. Zapytałam, z jakim mlekiem ludzie lubią matchę. Większość komentarzy dotyczyła tego, że z mlekiem bananowym. Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby taką robić, ale w krakowskich sklepach nie znaleźliśmy tego mleka. Okazało się, że w Polsce nie jest sprzedawane, bo się nie przyjęło.

A potem, gdy byłam w sprawach służbowych w Ukrainie, weszłam do Silpo [ukraińska sieć sklepów spożywczych – red.] i zobaczyłam tam mleko bananowe. Nagrałam filmik: „prosiliście o mleko bananowe, więc pojechaliśmy po nie do Ukrainy”. To był żart, ale zadziałał fenomenalnie! Ludzie zaczęli komentować mój post. Większość osób stojących w kolejce podczas otwarcia kawiarni chciała właśnie mleko bananowe! Matcha na tym mleku rozeszła się wtedy w ciągu pół godziny. Teraz to nasza wizytówka. Ogłaszamy na przykład: „jutro będzie to mleko, przyjdźcie, bo jest go mało”.

I ludzie przychodzą.

10
min
Ksenia Minczuk
Місця для своїх
Краків
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

W Polsce czynię dobro, więc dlaczego to miałby być problem?

Co roku w Warszawie wyróżnia się kobiety, które wniosły znaczący wkład w życie tego miasta. Wśród dziewięciu finalistek konkursu „Warszawianka Roku 2025” znalazła się 19-letnia Ukrainka Kira Sukhoboichenko. Polski „Forbes Woman”dwukrotnie z rzędu umieścił ją na liście “Mistrzynie LinkedIn”, które warto obserwować. Tym razem Kira została nominowana jako warszawianka, która przyczynia się do rozwoju stolicy, wspierając młodzież. Zwyciężczyni konkursu „Warszawianka Roku 2025”zostanie ogłoszona 18 listopada.

Od ciężkiego plecaka do „latającego” funduszu

– W 2014 roku, tydzień przed aneksją Krymu, wyjechałam z rodzicami do Warszawy– wspomina Kira. – Miałam wtedy 8 lat. W polskiej szkole przyjęto mnie bardzo dobrze, od początku miałam duże wsparcie mojej nauczycielki, pani Marioli, która pomagała mi w nauce polskiego i zawsze mnie wspierała. Poświęcała mi czas podczas okienek i nigdy nie oceniała surowo. Była jedną z pierwszych osób, które pokazały mi, jak wspaniali ludzie mieszkają w Polsce. Spotkała mnie tylko jedna nieprzyjemna sytuacja: kiedy jeden z nauczycieli zmuszał mnie do pisania dyktanda, chociaż nie byłam jeszcze w stanie tego zrobić.

Ale cała klasa stanęła wtedy w mojej obronie. To było dla mnie ogromne wsparcie.

Dzisiaj jestem na drugim roku psychologii na jednym z warszawskich uniwersytetów, rozwijam się, poznaję nowych ludzi i tworzę wspólne inicjatywy ukraińsko-polskie. W swojej działalności łączę obie kultury i pomagam ludziom się integrować.

Kira Sukhoboichenko (z prawej) z przyjaciółmi z organizacji Flying Bag

Kiedy miałam 10 lat, wzięłam udział w konkursie dla dziecięcych start-upów. To właśnie wtedy narodził się pomysł mojego „latającego plecaka”. To był przypadek. Jechałam metrem do koleżanki; miała mi pomóc nagrać filmik na konkurs. Na ramionach miałam ciężki plecak szkolny i nagle zobaczyłam dziewczynkę z balonem wypełnionym helem. Pomyślałam, że jeśli wypełnię helem ten mój szkolny plecak, to on stanie się lżejszy. To był pomysł dziecka, które już wtedy chciało coś zmienić na świecie, a napotkało problem ciężkich plecaków. Wtedy w konkursie start-upów zdobyłam nagrodę publiczności: roczny abonament na wizyty w warszawskim Centrum Nauki „Kopernik”.

Dzięki temu abonamentowi zaczęłam organizować wycieczki do Centrum dla znajomych, a potem dla znajomych znajomych. W końcu zdecydowaliśmy się założyć grupę na Facebooku i trzeba było szybko wymyślić nazwę – tak powstał Latający Plecak. Ta nazwa towarzyszy nam do dziś. W ciągu roku udało się zorganizować bezpłatne wycieczki dla ponad 150 osób.

Dzięki wsparciu osób, którym umożliwiłam wstęp do „Kopernika”, zaczęłam organizować konkursy, a później konferencje. Mając 11 lat występowałam, pomagałam w przygotowaniach i brałam udział we wszystkich etapach organizacji konferencji

Z każdym rokiem zdobywałam coraz więcej doświadczenia i kontaktów, aż w końcu zaczęłam organizować takie wydarzenia samodzielnie. W sumie odbyło się już 11 konferencji w takich miejscach jak Warsaw Spire w biurze Samsunga, Google kampus i Meta Przestrzen, biuro Parlamentu Europejskiego w Polsce, Sejm RP i inne. Omawialiśmy tematy związane z edukacją, problemami młodzieży i motywacją.

Po pierwszej konferencji stworzyliśmy Fundację Flying Bag – coraz więcej osób chciało nas wspierać finansowo, a do tego potrzebny był jakiś podmiot prawny. Wtedy myślałam, że „fundacja” to po prostu ładna nazwa, lecz szybko się okazało, że coś to wiąże się z mnóstwem dokumentów i formalności (śmiech). Jednak poradziliśmy sobie ze wszystkim i teraz Flying Bag jest prawdziwym międzynarodowym ruchem.

Na jednej z konferencji zorganizowanych przez Kirę, 2023

Natalia Żukowska: – Jaki jest cel tego ruchu?

Kira Sukhobojchenko: – Pomagać ludziom, wspierać ich. Zawsze byłam otwarta, szczera i chciałam robić coś dla innych, być blisko, dzielić się ciepłem. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy, że coś takiego nazywa się „działalnością społeczną”.

Od dzieciństwa widziałam przykłady takiego zachowania w mojej rodzinie. Moi rodzice są empatycznymi ludźmi, zawsze są blisko – z radą i dobrym słowem. Teraz tata pomaga mi z dokumentacją fundacji, bo, szczerze mówiąc, dla mnie to czarna magia. Potrafię wymyślać różne rzeczy, koordynować projekty, robić prezentacje, ale papierki, umowy i sprawy urzędowe to nie moja bajka.

Nad jakimi projektami pracuje teraz Flying Bag?

Naszą główną misją jest wspieranie młodzieży w każdy możliwy sposób. Realizujemy ją w dwóch głównych filarach. Pierwszy to pomoc polskiej młodzieży, w szczególności poprzez inicjatywy edukacyjne. Jednym z najważniejszych dla mnie projektów jest konkurs „Co dodaje mi skrzydeł? Moje pasje”, który organizujemy wspólnie z BIC Polska. Idea konkursu jest prosta: każda uczestnicząca w nim szkoła samodzielnie organizuje u siebie konkurs, podczas którego uczniowie mogą pokazać swoje pasje w dowolny sposób: rysując, pisząc, opowiadając, za pomocą prezentacji – najważniejsze, żeby było to prosto z serca. Szkoły same wybierają zwycięzców, ale nagrodę otrzymuje każdy uczestnik. Wysyłamy prezenty – przybory szkolne, ołówki, flamastry, a często także unikalne rzeczy, których nie ma w sprzedaży w Polsce.

Ten konkurs ma szczególne znaczenie, ponieważ często zgłaszają się do nas szkoły, do których uczęszczają dzieci z niepełnosprawnosciami. Dla ich uczniów to coś wyjątkowego, bo rzadko zdarza się, że mogą zostać zwycięzcami, ze względu na swoje ograniczenia fizyczne lub intelektualne. A tutaj wszyscy są równi, wszyscy otrzymują takie same prezenty.

Rozsyłaliśmy nagrody nie tylko po całej Polsce, ale nawet po Ukrainie i Afryce – za pośrednictwem wolontariuszy, którzy pomagali w przekazywaniu paczek. To był prawdziwy cud. Nawet jeśli konkurs formalnie jest ogólnopolski, nigdy nie odmawiamy tym, którzy chcą się przyłączyć. Na tym polega sens naszej działalności.

Kolejny projekt, „Międzynarodowy Dzień Plecaka” 15 października, to wydarzenie mające przypominać szkolom, jak ważne jest wspieranie uczniów, interesowanie się ich pasjami, bycie blisko. Jestem przekonana, że wsparcie szkoły jest podstawą. Gdybym kiedyś, po przeprowadzce do Polski, nie poczułabym pomocy ze strony nauczycieli, nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj.

Bo dom to dom, ale jeśli dziecko nie czuje się akceptowane w szkole, może to pozostawić w nim głęboką ranę na całe życie.

 A drugi kierunek?

Pomoc dla Ukrainy. Zawsze wspieraliśmy Ukraińców, ale oficjalnie i na dużą skalę zaczęliśmy to robić wraz z początkiem wojny na pelna skalę. W zaledwie dwa tygodnie założyłam centrum integracyjno-adaptacyjne dla Ukraińców w Warszawie. Udało nam się skoordynować pracę, zebrać zespół i znaleźć 200 młodych polskich wolontariuszy, którzy chcieli pomagać.

Jednym z ważnych projektów stał się konkurs „Co dodaje mi skrzydeł? Moje pasje””, której wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody za swoje talenty

Osobną historią było poszukiwanie lokalu. Napisałam post na LinkedIn i już po kilku godzinach zgłosiło się 15 osób, które zaoferowały swoje powierzchnie za darmo: od małych pokoi po lokale o powierzchni 420 metrów kwadratowych. Od trzech lat siedziba organizacji znajduje się w lokalu jednej z największych polskich firm telekomunikacyjnych. W tym czasie udało się wysłać do Ukrainy ponad 100 ton pomocy humanitarnej, na przykład dwa potężne generatory o mocy 100 kW dla szpitala onkologicznego i miejskiego szpitala w Kropywnyckim. Przekazujemy też odzież, a także pomoc dla kotów i psów w Polsce (na przykład schronisku „Na Paluchu” w Warszawie). Przeprowadziliśmy ponadto tysiące bezpłatnych zajęć i warsztatów – z angielskiego i polskiego, a także zajęcia dla osób z wadami słuchu. Organizujemy wycieczki, rozdajemy bilety na imprezy sportowe.

Jednak najbardziej dumna jestem z pomocy kierowanej do konkretnych osób. Na przykład przychodzi student i mówi, że musi odbyć praktykę, ale nie wie gdzie – i my mu pomagamy. Ktoś przychodzi i mówi, że zepsuł mu się telefon – znajdujemy nowy.

Komuś brakuje ubrań – przekazujemy rzeczy z pomocy humanitarnej. Niedawno zdarzyła się nawet taka sytuacja: trafiła do nas delegacja młodzieży, która wracała do Ukrainy ze Stanów Zjednoczonych. Nie mieli gdzie poczekać na pociąg, więc po prostu zostali u nas, spali na kanapach. Taka jest nasza filozofia: zawsze pomagać wszystkim, którzy tego potrzebują.

Jaką pomoc zapewniacie ukraińskim przesiedleńcom?

W naszym centrum oferowaliśmy już wiele różnych usług: pomoc w uzyskaniu wizy do Kanady, zajęcia z jogi, angielskiego, polskiego, muzyczne. Przez około pół roku gościliśmy organizację skautowską PŁAST. Realizowaliśmy projekty z profesjonalnymi artystami, podczas których można było na różne sposoby malować obrazy – ktoś malował obrazy za pomocą liczb, ktoś inny układał je z kryształków. Teraz organizujemy m.in. zajęcia teatralne, podczas których ludzie mogą wspólnie wystawiać przedstawienia.

Studia teatralne w centrum Flying Bag

Zapraszamy wszystkich, którzy chcą coś robić we współpracy z nami – to mogą być warsztaty albo inne zajęcia. Przede wszystkim nasze centrum to miejsce, do którego można przyjść, by odpocząć, pograć w piłkarzyki lub ping-ponga, zorganizować spotkanie online lub po prostu porozmawiać. Pracujemy zarówno z młodzieżą, jak osobami starszymi.

Taka praca na pewno inspiruje...

Pewnego razu przyszła do nas dziewczyna, która świetnie rysuje ołówkiem – tak dobrze, że jej prace wyglądały, jakby ktoś je wydrukował. Pomogliśmy jej zorganizować wystawę w kawiarni i znaleźliśmy osoby, które mogłyby z nią współpracować na zasadach komercyjnych. 

Kolejny przykład: ukraińscy wolontariusze, pasjonaci historii, prowadzili lekcje historii Polski w języku ukraińskim dla dzieci i młodzieży. A jeden chłopak, który bardzo lubił dyskutować i słuchać innych, otrzymał w ramach zartu propozycję założenia klubu filozoficznego. Od tego czasu odbyły się dziesiątki spotkań tego klubu, w których ja rowniez z przyjemnością brałam udział.

Duży macie zespół?

Chociaż nie mamy stałego zespołu, mamy dużą społeczność ludzi, którzy angażują się, gdy potrzebna jest pomoc – setki osób. Na przykład mamy nauczycielkę angielskiego, której pracę wcześniej opłacała organizacja partnerska. To finansowanie się skończyło, ale ona nadal przychodzi, pomaga, z całego serca nas wspiera. Mamy też kilku mężczyzn, którzy pomagają w transportowaniu pomocy humanitarnej do Ukrainy. Są kobiety, które sprawdzają stan tych rzeczy, wybierają to, co można przekazać. I są osoby, które wspierają podczas różnych wydarzeń. Tworzymy duży zespół podobnie myślących osób.

A kto was wspiera finansowo?
Współpracujemy głównie z biznesem, chociaż obecnie przechodzimy trochę trudny okres i szukamy nowych źródeł finansowania. Potrzebujemy pieniędzy na pokrycie podstawowych kosztów: księgowości, obsługi prawnej i codziennej pracy centrum. Czasami musimy płacić z własnej kieszeni, ale się nie poddajemy. Nadal szukamy możliwości, partnerów i rozwiązań.

Kira opowiada na TEDx o tym, jak wygląda działalność społeczna, kiedy się jest w młodym wieku

Nie czytam negatywnych komentarzy

Jak Flying Bag wpływa na integrację Ukraińców w polskim społeczeństwie?

Dla nas zawsze ważne było nie tylko pomaganie Ukraińcom, ale także integracja polskiej i ukraińskiej młodzieży. Tworzymy atmosferę, w której ludzie chcą się kontaktować i zaprzyjaźniać. Chcemy, by integracja przebiegała w naturalny sposób. Najlepiej o naszym wpływie opowiedzieliby sami uczestnicy, ale doświadczenie pokazuje, że ludzie wiedzą, że mogą zwrócić się do nas z każdym pytaniem, a my zawsze coś wymyślimy. Nie dzielimy ludzi według narodowości, ale patrzymy na chęć pomocy innym, na poglądy. Mieliśmy wolontariuszy z przeróżnych krajów.

Czy skłonność Polaków do pomagania jest teraz taka sama, jak rok czy dwa lata temu?

Oczywiście, ta pomoc zmalała. Chcielibyśmy, żeby wszyscy nadal pomagali, ale rozumiem, dlaczego tak się nie dzieje: w tym czasie było wiele wydarzeń – wybory, inne wojny, katastrofy. Ludzie są zmęczeni. Poza tym teraz bardzo nasiliła się rosyjska propaganda. Bolesne jest czytanie historii, w których złe działania jednej osoby z Ukrainy traktuje się jak typowe zachowanie wszystkich Ukraińców w Polsce. Nie można oceniać wszystkich ludzi na podstawie czynów jednej, dwóch, a nawet kilkudziesięciu osób.

Jak polska społeczność reaguje na wasze projekty?

Wiele osób nas wspiera. Pewien mężczyzna, który ma własną firmę w której produkują ubrania, zaproponował, że bezpłatnie zrobią dla nas 200 koszulek na konferencję. Już trzykrotnie sprawił nam taką radość. Kiedy musieliśmy ocieplić zimną podłogę w naszej fundacji, również nam pomógł – szukał, kupował i wszystko organizował. Wsparcie finansowe polskich partnerów świadczy o zaufaniu do nas. W rzeczywistości nigdy nie spotkaliśmy się z jawną nienawiścią. Właściwie dopiero teraz, po raz pierwszy w ciągu ośmiu lat mojej działalności społecznej w Polsce, spotkałam się z hejtem – pod postem miasta Warszawy, gdzie opublikowano wiadomość o mojej nominacji do tytułu Warszawianki Roku [niektórzy piszą na przykład, że „cudzoziemka nie może być Warszawianką Roku”, ujmując to w grubiański sposób – red.]

Jak reagujesz?

Nie czytam negatywnych komentarzy. Wiem, że się pojawiają, ale staram się nie zwracać na nie uwagi. Jest wiele dobrych słów i ludzi, którzy mnie wspierają. Jedni piszą prywatne wiadomości, inni reagują w komentarzach — i wszystkim jestem za to szczerze wdzięczna.

Hejt na świecie był i, niestety, zawsze będzie. Ale nigdy nie byłam osobą, która szerzy nienawiść. Od dzieciństwa uczono mnie empatii. I chyba dlatego nie rozumiem, po co ludzie to robią. Nie będę odpowiadać złością na złość. Tak, hejt jest nieprzyjemny, ale skupię się na ważniejszych sprawach — również z wdzięczności dla Polski, bo to właśnie ona dała mi możliwość rozwoju.

Moje stanowisko jest takie: robię coś dobrego dla Polski — dlaczego miałoby to być problemem? Wielu sądzi, że sama zgłosiłam się do nominacji. To tak nie działa: najpierw każdy mógł zgłosić kogo tylko chciał, więc ktoś zgłosił mnie. Potem decyzję podjęła kapituła nagrody, a teraz trwa etap głosowania. Bardzo miło było zobaczyć, że pod postem z nominacją pojawiły się komentarze wsparcia także od Polaków. Kilka z komentujących, stając w mojej obronie, piszą, że wielu wybitnych Polaków również urodziło się poza granicami współczesnej Polski — na przykład pisarz Adam Mickiewicz, który pochodził z terenów dzisiejszej Białorusi.

Kira jest już laureatką Nagrody im. Tadeusza Mazowieckiego. Na zdjęciu: zdjęcia nominowanych na jednym z warszawskich autobusów

Czy po tych incydentach zmieniłaś zdanie o Polsce?

Mieszkam tu od ósmego roku życia, tutaj spędziłam dzieciństwo, etap edukacji, dorosłą część życia i najzwyczajniej na świecie dojrzewałam. I chociaż całym sercem kocham Ukrainę, to właśnie tutaj stworzyłam swój świat. Dlatego dziwnie mi słyszeć, kiedy ktoś mówi, że nie jestem warszawianką. Warszawiakiem jest nie tylko ten, kto się tu urodził, ale także ten, kto tu mieszka, pracuje i rozwija to miasto.

I nawet jeśli pojawiają się obraźliwe komentarze, nie zmienią one mojego nastawienia. 

Kocham Warszawę, kocham Polskę i chcę dalej pomagać jej się rozwijać, wspierać dzieci i młodzież w całym kraju

Zawsze są tacy, którzy pomagają

Jak odebrałaś wiadomość o nominacji? Spodziewałaś się tego?

Nie, ale to bardzo miłe. Dla mnie szczęściem jest już samo znalezienie się wśród nominowanych. Szczególnie miło jest widzieć, ile wspaniałych kobiet jest wokół i ile dobra czynią. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosują. Moja obecność wśród nominowanych świadczy o tym, że moja praca jest dostrzegana. Nagroda to bardzo miły bonus, ale najbardziej cieszą mnie szczere komentarze osób, którym naprawdę pomogliśmy. Na przykład jadę kiedyś metrem i nagle podchodzi do mnie kobieta: „Jestem mamą chłopca (imie), bardzo mu pomogłaś, dziękuję ci”. To niesamowite – nie spodziewałam się, że ktoś tak po prostu podejdzie do mnie na ulicy. Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko znanym influencerom.

Jakie swoje osiągnięcia uważasz za najważniejsze? I za co dokładnie zostałaś nominowana?

Nie chodzi o jedno konkretne osiągnięcie, ale o całą moją działalność. Od ośmiu lat zajmuję się pomocą. W tym czasie w moim życiu zaszło wiele zmian, dorosłam, a wraz ze mną dorosła fundacja. Myślę więc, że nominacja jest uznaniem za całą tę pracę: wsparcie Ukraińców i pomoc Polakom, którzy tego potrzebują. A także za to, że w młodym wieku mam siłę i chęć, by to robić.

Jak udaje Ci się pogodzić wolontariat, zarządzanie, naukę i życie prywatne?

Pracuję też jako specjalistka personal brandingu w agencji marketingowej. Mam prawie 20 tysięcy obserwujących na LinkedIn i pomagam w glównej mierze CEO budować ich profile na LinkedIn. To pozwala mi opłacić naukę i życie w Warszawie. Jak to pogodzić? Staram się znaleźć czas na odpoczynek i przestrzegam zasady work-life balance. Na przykład jeśli wiem, że poniedziałek będzie ciężki, mogę popracować trochę w niedzielę.

 Co doradziłabyś młodym Ukraińcom, którzy chcą rozwijać inicjatywy społeczne za granicą?

Przede wszystkim – spróbować. Większość ludzi powstrzymuje strach przednieznanym i ja to rozumiem: przeprowadzka do innego kraju, zwłaszcza w czasie wojny, jest przerażająca. Ale jeśli czujesz, że masz siłę – warto spróbować. Zawsze jestem gotowa pomóc: podpowiem, gdzie się zwrócić, polecę organizacje lub znajomych. Zawsze są ludzie, którzy pomogą. Nie zwracaj uwagi na tych, którzy bezpodstawnie mówią o tobie nieprzyjemne rzeczy. Pamiętaj, że nie jesteś sama. To jest najważniejsze.

‍ Zdjęcia z prywatnego archiwum

12
min
Natalia Żukowska
Юні і талановиті
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Podcast
Video
Foto
Podcast

Do tych, którzy przepadli bez wieści, czasem piszę SMS-y

Aldona Hartwińska: – Niezależnie od tego, czy to jest Biebrzański Park Narodowy, czy obwód doniecki, wszędzie chodzisz boso. Do naszego warszawskiego studia też tak przyszłaś. Jak długo jesteś bosą wiedźmą? 

Agnieszka Zach: – Jak u każdej wiedźmy, czas jest u mnie rzeczą absolutnie relatywną. Nie pamiętam, może, 10-15 lat. A zaczęło się od wygody. Jestem przewodniczką po Biebrzańskim Parku Narodowym i po prostu prowadzę ludzi po błocie. Nie da się chodzić w gumowcach pełnych błota. No to stwierdziłam, że lepiej będzie boso. Jak zaczęłam chodzić boso po błotach, to zobaczyłam, że lepiej się czuję. I to tak poszło. Zakładałam buty – było mi gorzej. Gdy je zdejmowałam, było mi lepiej. I tak zostało.

AH: – No tak, tyle że błoto jest przyjemne dla stópek, a obwód doniecki jest usłany odłamkami, szkłem, gruzem i nie wiadomo czym jeszcze.

– Nawet gdy się paliło, to też chodziłam boso. I jak był mróz, chodziłam boso. Żyję – niepoparzona, niepokaleczona.

Joanna Mosiej-Sitek: – Opowiedz coś więcej na temat swojego wiedźmowego wnętrza. Jak zostać wiedźmą? 

– Wszystko zaczęło się od tego, że byłam przewodnikiem. Ktoś mnie tak nazwał przez numer z łosiem, który wylazł z gęstych krzaków przed kamerę dokładnie tak, jak trzeba było. Taka tajemnica mowy łosiowej. Na początku się buntowałam, że ktoś się ze mnie śmieje, ale potem pomyślałam, że trzeba z tego zrobić dobrą kartę i swoją siłę. Ja bardzo lubię zamieniać wrogów w przyjaciół. Ale później zaczęły się różne takie dziwne rzeczy dziać. Przyjeżdżali do mnie ludzie na warsztaty z robienia motanek. Zrobić motankę to jedno. Ale jedną niechcący wzięłam do ręki i zaczęłam opowiadać o osobie, która tę motankę dała. I ona do mnie: „skąd ty to wszystko wiesz?”. A ja: „jak to, przecież to widać”. Tak się zaczęło.

Agnieszka Zach w Biebrzańskim Parku Narodowym. Zdjęcie: Ewa Woroniecka

AH: – Czyli Ty widzisz i wiesz pewne rzeczy. Bo powiedziałeś, że nie podobało Ci się na początku to, że nazywali Cię wiedźmą, że wzięłaś to jako dobrą kartę. Ale przecież jest rozróżnienie pomiędzy wiedźmą a czarownicą. Bo wiedźma wie, wiedźma ma wiedzę.

– Jeżdżę w niebezpieczne miejsca, ale żyję. Kiedy czuję, że robi mi się za dużo powietrza nad głową, to wiem, że trzeba się zawijać.

AH: – Takie masz wrażenie? 

– To było rok temu. Tak bardzo intensywnie to się pokazało i dało się sprawdzić. Staliśmy za Orichowem, na przystanku, bo nie było kontaktu z żołnierzami. Mówili mi przez telefon, dokąd jadą, ale kiedy [mój rozmówca] miał powiedzieć, co będą tam robić – zerwało się połączenie. Powiedział, że „jedziemy na Robotyne” – i urwało. Nie zdążył powiedzieć, że jadą tam walczyć, a my z humanitarką już gotowi byliśmy jechać na Robotyne. I staliśmy tam chwilę. Ja mówię: „robi się za dużo miejsca, zwijamy się”.

AH: – Co to znaczy: „za dużo miejsca”? Co to za odczucie? 

– To jest takie odczucie, jakby nie było chmur, nie było atmosfery. Ja to tak czuję, jakby było za dużo miejsca nad głową. I odjechaliśmy, a potem był ostrzał dokładnie w tym miejscu. Zaczęłam temu ufać. 

AH: – Zawsze to miałaś, czy to pojawiło się wtedy, kiedy zaczęłaś się narażać? No bo jednak jest różnica pomiędzy Biebrzańskim Parkiem Narodowym a Donbasem.

– Kiedyś zdarzało mi się, że coś po prostu rzuciłam. Na przykład kiedy byłam w ciąży, pod ławą leżała nasza suczka, też ciężarna. Padło pytanie: „no, ciekawe, ile będzie suczek, a ile piesków?”. Zerknęłam pod tę ławę, między swoje kolana, gdzie leżał pies, i mówię: „same suczki”. Nikt nie wierzył, ale urodziły się same suczki. To taki drobiazg. A na wojnie dostałam możliwość, by to sprawdzić. Czasami bywało tak, że mówiłam żołnierzom, by dzisiaj uważali – i gdyby nie ta ostrożność, mogło być różnie. Po prostu odczuwam, że jest zagrożenie.

JMS: – Co robiłaś do czasu inwazji. Czym się zajmowałaś, a co robisz teraz? 

– Do pełnowymiarowej wojny ja miałam życie – bajkę. Byłam przewodnikiem, dobrze zarabiałam. Robiłam duże wydarzenia, Noc Kupały, koncerty z bardzo fajnymi muzykami.

Dawałam ludziom radość, sprawiało mi to wielką frajdę, że mogę się podzielić muzyką, którą uwielbiam, z ludźmi, których też uwielbiam

Życie – bajka, przewodnictwo, warsztaty zielarskie, warsztaty motankowe, nurkowanie, czwórka fenomenalnych dzieci. No i się zaczęła się wojna w Ukrainie… Znajomy, który jeździł jako wolontariusz od 2014 roku, wywiózł z Ukrainy uchodźców. Ja im oddałam cały swój dom. Mam dwa domy, w drugim zaczynałam remont. Przeniosłam się do tego remontowanego, żeby im było lepiej. Tak się zaczęło. Łącznie przewinęło się przez mój dom jakieś dwadzieścia pięć osób. Było różnie. Był Mariupol, była Odessa, był Charków, Kijów. Wszystko było. Miałam babcię z demencją. 

JMS: – Dlaczego zaczęłaś tam jeździć? 

– Bo ten chłopak [kierowca] przyjechał któregoś dnia tak wycieńczony, że ledwo się trzymał na nogach. Mówię: dobra, to ja pojadę jako kierowca. Miałam być tylko kierowcą na zmianę, bo akurat miałam chwilę czasu. To było jakoś po Covidzie, miałam mniej klientów, bo ludzie wciąż byli wystraszani. No i tak się zaczęło. Z początku jeździliśmy do Lwowa, ale w pewnym momencie nie było komu jechać na front, a tam żołnierze czekali. I wysłali nas pod Pokrowsk, który był w tym czasie ostrzeliwany. Dostaliśmy instrukcję, gdzie zajechać, gdzie nie zajeżdżać, na co uważać, na co nie pozwolić i tak dalej. I kiedy dojechaliśmy, zobaczyliśmy bitwę powietrzną nad naszymi głowami. Myśliwce przeleciały tak nisko, że aż nam autem rzuciło. Ja mam bardzo dziwny typ psychiki: mnie nic nie dziwi, jestem w stanie zrozumieć wszystko. Czasami pytam: czy to jest normalne, czy to można zaakceptować? Ja po prostu wszystko rozumiem i jestem w stanie przejść nad czymś do porządku dziennego bardzo łatwo. Nawet rzeczy traumatyczne też przechodzę dość łatwo. 

AH: – A co ze strachem? 

– Był z początku, ale ja od początku też jeździłam z Pawłem, a Paweł znał Donieczcyznę od 2014 roku. I on te pierwsze skrzypce grał. Później zaczęłam jeździć sama. Dlaczego sama? Dlatego, że ja wiem, co robię, mogę odpowiadać za swoje rzeczy, ale też za bezpieczeństwo chłopaków – żeby nic niekontrolowanego się nie wydarzyło, żeby nie pokazać miejsca, nie zdradzić lokalizacji. Ja to wszystko umiem zrobić. Ale nie mogę odpowiadać za drugiego człowieka. Nie wiem, kto ze mną jedzie. Nawet jak [to jest] fajna osoba, ja nie wiem, dla kogo ta osoba może pracować. Ja odpowiadam za siebie, za innych nie.

Nawet gdy wszystko się pali, gdy pod stopami jest lód albo szkło, Agnieszka zawsze chodzi boso. Zdjęcie: archiwum prywatne

AH: – No tak, bo taka jest różnica pomiędzy wieloma wolontariuszami a Tobą, że Ty faktycznie wjeżdżasz w miejsca, które są niedostępne nawet dla ukraińskich wolontariuszy. Docierasz do oka cyklonu, do miejsc, gdzie żołnierze zjeżdżają prosto z okopów i odpoczywają. Zdarza Ci się, może teraz już rzadziej, bo takie są niestety okoliczności, że wjeżdżasz na pozycje bojowe. Zaskarbiłaś sobie ogromne zaufanie wśród żołnierzy. To jest element trudny dla nas, bo ci żołnierze czasem… znikają.

– Od razu przypomniałam sobie jedną sytuację. Jechałam do chłopaków, którzy zostali potraktowani bronią chemiczną.

Krzyczeli mi przez telefon, że potrzebują masek przeciwgazowych, bo ich tam duszą. Ale kiedy dojechałam na miejsce, nie było już komu ich przekazać. To jest ciężkie

AH: – I to nie jest jedna sytuacja. Przecież Ty tam praktycznie żyjesz z tymi ludźmi. 

– Ja do tych, którzy na przykład przepadli bez wieści, czasem piszę SMS-y. Raz na miesiąc, dwa, czasem pół roku. Robię przegląd telefonu i piszę: „co tam u ciebie, co u chłopaków?”. No i nie wszyscy odpisują… 

AH: – Dlaczego to robisz? 

– Bo może wróci. Bo może nie zginął, a jest w niewoli. A jeśli wróg przeczyta, to niech wie, że o nich się ktoś martwi. Że to nie jest tak, że to są bezimienni ludzie. Że za nimi ktoś stoi, że ktoś się przyjmuje i czeka.

AH: – Wiele masz takich osób, o których pamiętasz i do których piszesz? 

– No, kilkanaście. Takich, do których zdarza mi się napisać, a o których pamiętam. Ja to przekładam też na moje dzieci, na naszych chłopaków w Polsce, że oni też będą poddani temu samemu gwałtowi, tej samej agresji, która jest coraz bardziej inteligentna, wyuczona, coraz bardziej technologiczna. I dlatego ja jestem tam, żeby tego nie było tu. Oczywiście, mój wpływ może nie jest wielki, ale mnie motywuje, kiedy czytam wiadomość, że „dzięki twojej pomocy mój pododdział żyje”. To są takie momenty, kiedy zdobywasz doświadczenie, ale też szacunek. Śmieję się, że jestem takim ambasadorem Polski.

Robię coś, o co mnie nie prosili, ale też pokazuję Ukraińcom, że Polacy są okej. Że to nie są ci straszni ludzie, którzy z pogardą się do nich odzywają, bo oni przecież słyszą te hasła

Ja pokazuję, że Polska się o nich martwi, że to są nasi sąsiedzi, że to są ludzie, którzy nam dali czas, że to są ludzie, którzy dają nam doświadczenie. 

JSM: – Mówisz o byciu ambasadorką Polski teraz w Ukrainie. Jakiś czas temu napisałaś piękny, poruszający post na Facebooku w kontekście tego, co się dzieje z nami, z Polską. Jak szybko nasze sympatie zmieniły się w antypatie. Chociaż ja mówię, że to nie są ci sami ludzie, bo nie wierzę, że to ci sami, którzy otwierali swoje serca i domy w 2022 roku. Czy masz też jakieś rozmowy ze znajomymi? Czy kiedy mówisz o Polsce, musisz tłumaczyć? Dlaczego to, co się dzisiaj dzieje w Polsce, jest dla Polski bardzo złe? 

– Kiedy ktoś mówi mi, że Ukraińcy są niewdzięczni, to ja po prostu prycham ze śmiechu. Zapraszam każdego: „pojedź ze mną i zobacz tę niewdzięczność, zobacz, jak robią ci prysznic z wody pitnej, którą na plecach przynieśli”. Zajeżdżasz do wioski, mówisz, że z Polski, to od razu masz drzwi otwarte, dom otwarty. Nakarmią cię. Nawet jeśli mają niewiele, to znajdą puszkę konserw albo makaron i zrobią ci go z sałem. Kawę, herbatę. Nie ma opcji, żeby cię ktoś wypuścił w Ukrainie bez nakarmienia. Ja niewdzięczności nie widzę. I o kim to mówią? O tych, którzy pracują, czy o tych, którzy robią burdy? Jeśli o tych drugich, to ja mówię: „sprawdź go, czy na pewno jest Ukraińcem. A jeśli nawet robi te burdy, to co? Ty się przejmujesz tym, co zrobił dezerter? To wyznacznik całego kraju, narodu?” Dla mnie Ukraińcy są na froncie. Dla mnie Ukrainki plotą siatki, karmią chłopaków, robią wszystko, co można. To są ci, którzy tych chłopców chronią i pomagają. 

AH: – Niejeden wolontariusz przekonał się, że jeśli samochód się zepsuje, nagle znajduje się dziesięć osób, które przyjdą pomagać. Warto podkreślić, że Ukraińcy, którzy są na froncie i walczą, tak samo mówią o tych Ukraińcach, którzy są za granicą, robią burdy. Oni mówią: „my was rozliczymy”. 

– I warto dodać, że tam absolutnie nie ma nastrojów antypolskich.

Generalnie nastroje na froncie są bardzo propolskie. Często słyszę, że gdyby nie Polacy, to na froncie byłoby ciężko

My też mamy swój front. Gdy dostajemy jakieś rzeczy do przekazania żołnierzom z fundacji, to wiadomo, że trzeba zrobić potem zdjęcie. Ale sytuacje są różne. Nie wszyscy pozwolą zrobić zdjęcie, bo tu chodzi o ich życie. A darczyńca, na przykład, chce filmik. Wiecie: kciuk w górę, wdzięczność. A chłopaki przyjeżdżają po dwóch tygodniach siedzenia na pozycjach, ubłoceni, niewyspani, bo ciągły ostrzał. Oni po prostu się czołgają ze zmęczenia. Gdzieś tam jeszcze są ranni. A ja mam mówić takiemu chłopcu: „robimy wideo i podziękujcie za zupki chińskie”. Czasami po prostu przykro prosić o coś takiego. Ja dla świętego spokoju robię zdjęcia, na których nie widać twarzy, czasem widać naszywkę. I jest dowód, że to dojechało do wojska. Bo wolontariusz to jest jak medyk: przede wszystkim ma nie szkodzić.

„Jestem tam, żeby tu nie było”. Zdjęcie: archiwum prywatne

AH: – I trochę jak psycholog, bo oni przecież nie czekają tylko na te zupki chińskie. Oni czekają na Ciebie.

– Wszyscy mnie pytają: „po co tam jeździsz, po co tyle czasu zostajesz? Nie lepiej zrzucić to, co zawiozłaś, i od razu wyjechać?” Mało kto wie, że ci ludzie potrzebują porozmawiać. Ze swoimi pobratymcami taki nie pogada, bo z nimi żyje. Kiedy ja tam przyjeżdżam, to często w milczeniu scrollujemy telefony. Kątem oka widzę, że on ogląda zdjęcia swoich dzieci. Więc siadam obok i też zaczynam scrollować galerię ze swoimi dziećmi. Nie musimy rozmawiać. Ale po chwili widzę, że zerka mi w telefon. Więc pytam go: „twoje?” Odpowiada: „moje”. „A dawno ich nie widziałeś?”. „No, rok” – i facet często zaczyna płakać. Tęskni za domem. Oni nie są cyborgami, maszynami. Oni są ludźmi.

Ukraińcy są generalnie dużo cieplejsi niż Polacy w takich relacjach międzyludzkich. A może też front tak szybko im zabiera te niepotrzebne konwenanse. I oni po prostu mówią: „ja nie chcę walczyć, ja chcę do domu”

AH: – Tutaj taki przedział czasowy można dorzucić: jeżeli komuś urodziło się dziecko na początku pełnowymiarowej wojny, to w tej chwili ono już chodzi…

– Tak, i zdarza się, że ten ktoś po prostu nie widział tego dziecka. Mówi: „trzymałem w rękach czteromiesięczne dziecko, a teraz to dziecko chodzi, gada i mnie nie zna. Nie poznaje tatusia”.

JMS: – Nie mają przepustek, urlopów? 

– Mają, ale niektóre jednostki bardzo rzadko. A teraz coraz rzadziej, bo nie ma rotacji, nie ma komu zmienić ludzi w okopach i ciągle jest walka. Ja sama czasami ubieram ich do tego boju, nawet w rzeczy, które przywożę. Ja to wszystko widzę. Widzę ich stany psychiczne po powrocie, takie dziwne spojrzenie, to nakręcenie, tę adrenalinę. Bo sam wyjazd z pozycji jest czasem bardziej niebezpieczny niż siedzenie na pozycji. Ale to też nie tak, że w okopie jest relaks. Tam są momenty, że jest taka rąbanka po całej linii, że nie ma przerwy. A ci, którzy są najbardziej doświadczeni w bojach, chodzą na ciągłej czujce. I polegając na doświadczeniu wiedzą, kiedy nie wychodzić, kiedy czegoś nie robić. Oczywiście, teraz wszystko jest mocno skomputeryzowane, zelektronizowane.  Każdy wie, gdzie kto siedzi, ilu ludzi gdzie się chowa, w jakim blindażu. Chłopak, który idzie w szturm, wie, że w pierwszym blindażu są cztery osoby, w drugim sześć, w trzecim dwadzieścia. 

AH: – Mówisz, że wszystko jest zelektronizowane i cała wojna jest teraz w komputerze. To nie jest tak, że sobie wskoczysz w krzaczki i nikt nie wie, że tam jesteś. Ale jest jedna rzecz, która nie jest komputerem. To ludzki mózg. Jesteś tak blisko chłopaków, którzy schodzą z pozycji, obserwujesz ich już dłuższy czas i widzisz, co się z nimi dzieje, że oni często znikają, mają puste oczy. Albo pojawiają się zachowania agresywne. 

– Pojawiają się... Destrukcyjne, autodestrukcyjne. Ja sama odebrałam jednemu chłopakowi broń z ręki. Byłam przy tym, jak się dowiedział, że zostawiła go żona. Długo go nie było w domu, ona zadzwoniła i powiedziała, że to koniec. Zaczął krzyczeć, że „ja za ciebie, suko, walczyłem”. Zaczął strzelać w ścianę, więc podniosłam tylko broń w górę i go objęłam. I on wywalił cały magazynek w sufit.

Front jest w każdym miejscu. Front jest też w domu

On w tym momencie stracił wszystko. Nauczyłam się, że czasem w takim momencie ratuje prosta rzecz: kod 4.5.0. Czyli: „wszystko OK, jest spokojnie”. Bo oni ten kod słyszą w radiu. Ten kod się przewija w rozmowach i on jest informacją. Wszystko OK, spokojnie, nic się nie dzieje. I w jakiś sposób ich układ nerwowy reaguje, jak się mówi: 4.5.0. Myślę, że i my to powinniśmy już powolutku u nas wprowadzać, takie kody.

AH: – To nie tak, że my w ogóle nie mamy doświadczenia z PTSD, bo z Afganistanu wracali żołnierze, którzy mieli takie doświadczenia. Ale skala tego problemu w Ukrainie już w tej chwili jest niewyobrażalna. Ci ludzie wrócą po wojnie do domu i nie będzie tak, że to oni będą dostosowywać się do społeczeństwa i jakoś w nim żyć. To społeczeństwo będzie musiało dostosować się do weteranów. Czy ukraińskie społeczeństwo to rozumie? 

– To jest i tak, i tak. Są ludzie, którzy rozumieją i wychodzą naprzeciw, a są ludzie, którzy zupełnie nie próbują zrozumieć... Wiesz, co jest najgorsze, co najgorszego można zrobić żołnierzowi, który wraca do domu? Pytać: „no, to kiedy się ta wojna skończy? Ile to będzie jeszcze trwało?” Bo to rodzi gniew. Często odpowiadają, że będzie trwała do ostatniego ukraińskiego żołnierza. Oni wracają do domu, jak obcy ludzie. Zmienieni. A w domu złość, „no bo ile to można”. Latają te rakiety, strzelają, tu sąsiadkę zabiło. „A kiedy wrócisz? Tu trzeba kran naprawić”.

AH: – Teraz sobie przypomniałam historię opowiadaną przez jednego żołnierza. Siedzieli już po szkoleniu, rozpoczął się przydział do batalionów. Jeden z chłopaków został przypisany do „szturmowików”, a że to była brygada desantowo-szturmowa, to można się domyślić, że będzie ciężko, a on był w wielkim stresie. I napisał swojej dziewczynie, że „właśnie wysyłają mnie do szturmowików i prawdopodobnie za godzinę muszę już ruszać. Nie wiem, kiedy będę znowu z tobą na łączach”. A ona mu odpisała: „to zanim pojedziesz, wrzuć mi trochę kasy na konto”. I on po prostu się załamał. 

– „Ciebie nie ma, a ja muszę żyć”. Te kobiety też coś muszą ze sobą zrobić. Faceta nie ma od roku albo półtora w chacie. Nie widzimy sytuacji, nie oceniamy. Ja znam sytuację, gdzie chłopak z niewoli wyszedł po półtora roku, a żona przyjechała go poinformować, że to koniec. Tylko po to przyjechała do szpitala. A on jeszcze taki słaby... Wszędzie są ludzie i tacy, i tacy.

JMS: – Agnieszko, jako że jesteś wiedźmą, chciałabym Cię zapytać o… przyszłość. Jeździsz na front, widzisz to wszystko. Nie wiemy, jak Ukraina poradzi sobie z tym ogromem PTSD powracających żołnierzy, kiedy ta wojna się już skończy. Chyba jeszcze do tego daleko, ale dziś drony dolatują już do Polski. 

– Nieważne, co się wydarzy. Przygotujmy się na najgorsze. To, co przygotujemy i zorganizujemy, będzie można wykorzystać w każdy inny możliwy sposób. Wiedza, którą zdobędziemy w tym czasie, jest wiedzą bezcenną, na całe życie. Nie wiemy, kiedy nam się do czego przyda.

Uczmy się, edukujmy, przygotowujmy. Czerpmy z ich doświadczenia, póki żyją, póki chcą z nami rozmawiać. Uczmy się od nich

Wiedza to władza. Jeśli wiesz, to cię nie zaskoczą. Nie szukajmy wrogów, gdzie ich nie ma. W tej chwili przemysł zbrojeniowy Europy, Rosji i świata jest tak rozkręcony, że oni będą musieli coś z tym zrobić. Ja widziałam, jak to wygląda. I nie chciałabym, żeby to było w Polsce. 

AH: – Czy naprawdę wierzysz w to, że jeżeli Ukraina nie zatrzyma Rosjan, to oni pójdą dalej? 

– Zobaczcie, jak się rozpaliły wojny w różnych częściach świata. W tej chwili po prostu pół świata płonie, a my siedzimy z głową w piasku i nic nie robimy. Przepraszam, może to będzie slogan: „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Lepiej być za bardzo przygotowanym niż nieprzygotowanym wcale. Nawet jeśli my tego nie wykorzystamy, być może nasze przygotowania pokażą, że jesteśmy silni.

Komuś zależy na tym, byśmy zaczęli być wrogo nastawieni do Ukrainy. Komuś zależy, byśmy nie lubili Niemiec. Komuś zależy, byśmy zostali sami. I o to chodzi, kochani, byśmy byli sami, wewnętrznie podzieleni. Byśmy wszędzie widzieli wrogów, bo wtedy będzie łatwiej nas rozbierać. Nie dajmy się dezinformacji. Nie dajmy szczuć narodu na naród. Nie wierzmy w te różne fake newsy, które w tej chwili nas wręcz zalewają. Federacja Rosyjska pracuje genialnie w Internecie. Ma do tego ludzi, ma do tego pieniądze. Razem jesteśmy siłą. A największą potęgę, jeśli ją rozebrać na części, można łatwiej unieszkodliwić. Dziel i rządź. I Rosja w tej chwili to robi. A my, jak te owieczki, hasamy dokładnie w kierunku, jakim oni sobie życzą.

13
min
Aldona Hartwińska
Wojna w Ukrainie
Допомога армії
Wolontariusz
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Czat z wrogiem. Kto, po co i jak robi z nastolatków dywersantów i sabotażystów

Od graffiti do bomb: rekrutacja na Telegramie

W Ukrainie doniesienia o tym, że nastolatki zwerbowane przez Rosjan dopuściły się dywersji, chuligaństwa czy terroryzmu, to już codzienność. Początkowo wróg skupiał się na dzieciach z rodzin w trudnej sytuacji socjalnej, ale ostatnie głośne przypadki pokazują, że w pułapkę wpadają nawet nastolatki z zamożnych rodzin, w tym dzieci wojskowych, którzy bronią kraju.

Jednym z najbardziej szokujących przypadków była tragedia w Iwano-Frankiwsku w 2023 roku. Dwóch chłopców w wieku 15 i 17 lat przez kanał na Telegramie dostało zadanie od rosyjskiego kuratora: złożyć domowej roboty bombę i dostarczyć ją pod wskazany adres.

Kiedy wyszli na ulicę, by wykonać zadanie, bomba została zdalnie odpalona. Starszy chłopak zginął na miejscu, młodszemu amputowano nogi

Szerokim echem odbiło się też zabójstwo Iryny Farion, ukraińskiej działaczki społecznej, aktywistki działającej na rzecz języka ukraińskiego i posłanki ze Lwowa. Podejrzewa się o nie Wiaczesława Zinczenkę z Dniepru, syna żołnierza Sił Zbrojnych Ukrainy. Ukraińskie służby specjalne ustalają, czy zatrzymany ma powiązania z ruchem neonazistowskim w Rosji.

Z kolei 14-letnia uczennica z Tarnopola szukała pracy w jednej z grup telegramowych. Hakerzy podstępem uzyskali dostęp do jej danych osobowych, włamali się do jej telefonu i ściągnęli intymne zdjęcia dziewczyny. Szantażem zmusili ją do przeniesienia w plecaku materiału wybuchowego i podłożenia go pod samochodem, który stał w pobliżu posterunku policji. Funkcjonariusze cudem zdołali zapobiec eksplozji.

W 2024 roku, w okresie masowych ataków na obiekty energetyczne Ukrainy, przez kraj przetoczyła się fala incydentów, w których werbowano nastolatków do wysadzania elektrowni. Potem była kolejna fala – podkładania ładunków wybuchowych w wojskowych samochodach

Jak rosyjscy rekruterzy znajdują swoje ofiary? Najczęściej poprzez grupy telegramowe poświęcone poszukiwaniu pracy. Kuszą je pieniędzmi, na przykład prosząc, by na początek zrobić coś łatwego i błahego, na przykład namalować graffiti na jakimś budynku. Płacą hojnie (w lokalnej walucie lub kryptowalucie), a potem idą dalej: namawiają do popełnienia przestępstwa. Obiecują za to większe kwoty, ale tym razem nikt nie zamierza już płacić. Albo szantażują i zastraszają.

Taki schemat pomaga upiec kilka pieczeni na jednym ogniu: zadać cios Ukraińcom rękami innych Ukraińców, wrobić w przestępstwo lub zniszczyć nieletnich, którzy swoimi działaniami rujnują sobie życie, a tym samym wypadną z potencjalnego kręgu oporu przeciw Rosjanom.

Jak rosyjscy rekruterzy znajdują swoje ofiary? Najczęściej poprzez grupy telegramowe poświęcone poszukiwaniu pracy

„Rzućcie ją na kolana i poniżcie”

W Ukrainie wszystko zaczęło się od anonimowych kanałów na Telegramie, z obraźliwymi komentarzami na temat wspólnych znajomych. Najpierw w ośrodkach regionalnych, a potem nawet w małych miasteczkach, jedna po drugiej pojawiały się grupy o nazwie „Istota (i nazwa miasta)”. Informacje o nich rozchodziły się pocztą pantoflową. Proponowano wysyłanie zdjęć i filmów osób, o których nastolatki chciałyby wyrazić swoją opinię anonimowo. Oczywiście znaleźli się tacy, którzy byli na kogoś obrażeni, zazdrośni, mieli jakieś konflikty. Często celem ataków stawali się „kujoni”, atrakcyjne dziewczyny i ci, którzy nie pasowali do ogólnych norm.

Rozpowszechniano zdjęcia z poniżającymi, cynicznymi opisami, wulgarnymi słowami, które często zawierały bezpośrednie wezwania do przemocy: „gdy ją zobaczycie, oplujcie ją”, „ona ma AIDS”, „w nienaturalny sposób zgwałciłem jego matkę”, „ona ma wszy”, „rzućcie ją na kolana i poniżcie”

Jeśli rodzice lub krewni wstawiali się za dzieckiem, administratorzy kanału mogli stworzyć na nich „teczkę”, organizując nagonkę na całą rodzinę

Ukraińskie ośrodki śledcze, w szczególności serwis NGL.Media, udowodniły, że to część hybrydowej wojny przeciwko Ukrainie, a administratorzy tych kanałów znajdowali się w Rosji. Wszystkie informacje na tych kanałach były podawane w języku rosyjskim, a profile – powiązane z rosyjskimi numerami.

– Znaleźli mój profil na Facebooku i zaczęli pobierać stamtąd zdjęcia, umieszczając je potem w bardzo obraźliwych kontekstach. Udostępniali moje dane kontaktowe: numer telefonu, miejsce pracy – opowiada Iryna z Odesy. – Chciałam chronić moją siostrzenicę. Ją, sportsmenkę i prymuskę, pięknę dziewczynę, przedstawiono jako sprzedająca się do intymnych zabaw. Wpadła w depresję, nie chciała chodzić do szkoły. Administrator kanału zaproponował usunięcie tego posta za pieniądze, ale kiedy się zgodziłam, po prostu zniknął.

Nie chodziło więc o pieniądze, ale o celowe nękanie, wywieranie dodatkowej presji psychicznej na ukraińskich nastolatkach – i tak już doświadczonych przez wojnę, rozłąkę z rodzicami, utratę domu i normalnego, bezpiecznego życia.

Według Nastii Melnyczenko, badaczki zjawiska znęcania się, w destrukcyjnym schemacie nękania w Internecie ostatecznie cierpią wszystkie strony. Największej krzywdy doświadczają dzieci, które znalazły się w roli ofiary. Jednak poziom niepokoju wzrasta również u tych, którzy po prostu scrollowali strony i byli świadkami nękania. Znęcanie się ma silny wpływ na rozwój zespołu stresu pourazowego (PTSD). Badania pokazują, że 27,6% chłopców i 40,5% dziewcząt, którzy doświadczyli znęcania się, miało wyniki mieszczące się w klinicznym zakresie PTSD.

Trauma nastolatków spowodowana znęcaniem się może być większa niż nawet u dorosłych uczestników wojny, pracowników, którzy zostali zwolnieni, czy par po rozwodzie

Podobne do wspomnianych kanały na Telegramie mogły być też wykorzystywane do budowania baz danych nastolatków potencjalnie podatnych na manipulację i próby rekrutowania do nielegalnych zadań.

Największej krzywdy doświadczają dzieci, które znalazły się w roli ofiary

Tellonym i Szon Patrol, czyli nękanie w Polsce

Chociaż w Polsce kontrole dotyczące wykorzystywania cudzych zdjęć i filmów są surowsze, charakter kontaktów, w które ostatnio angażują się nastolatki, jest bardzo podobny.

Zamiast Telegramu używa się tu Tellonym, aplikacji mobilnej i serwisu internetowego do wymiany anonimowych wiadomości. Początkowo aplikacja ta była niewinnym narzędziem integrującym społeczność liceów i podstawówek. Publikowano tam ogłoszenia o sprzedaży książek, dyskutowano o nauczycielach – którzy są surowi, a którzy nie. Jednak z czasem w wielu szkołach Tellonym stał się narzędziem do celowego nękania.

– Nie wiedziałam o tej aplikacji, dopóki nie usłyszałam szeptów za moimi plecami, bo w Tellonym napisano: „Karina P. z 2b to dziwka” – powiedziała mi córka mojej przyjaciółki.

Niedawno polscy nastolatkowie znaleźli sobie nową rozrywkę: organizują „patrole” sprawdzające, czy dziewczyny są odpowiednio ubrane, i publikują w mediach społecznościowych krytyczne filmy. Wskazane w ten sposób dziewczyny zmagają się z wieloma negatywnymi komentarzami na swój temat. Liczba kont w mediach społecznościowych, które używają nazwy „Szon Patrol (+ nazwa miasta)”, gwałtownie rośnie.

Słowo „szon” w młodzieżowym slangu oznacza prostytutkę.

To nie przypadek, ale celowe naśladowanie modelu destabilizacji psychologicznej: to, co wypróbowano w Ukrainie, teraz wprowadza się w Polsce – z uwzględnieniem mentalności narodowej i realiów prawnych dotyczących publikowania zdjęć i filmów. Jedynym celem jest sianie chaosu i dzielenie społeczeństwa

Test podatności: jak rekruterzy badają grunt

Tylko w moim małym miasteczku, w obwodzie odeskim, w ciągu ostatniego miesiąca sporządzono protokoły administracyjne wobec rodziców trójki dzieci. To bezpośrednia konsekwencja nowej fali: w anonimowych grupach telegramowych w zamian za niewielką zapłatę 100 czy 200 hrywien (10-20 zł) zachęca się dzieci i nastolatków do naruszania porządku publicznego lub działań niezgodnych z prawem. Proponuje się im na przykład wykonywanie niebezpiecznych akrobacji na rowerach lub motorowerach, wspinanie się na pomniki, kąpanie w miejskiej fontannie, odpalanie petard (podczas wojny to zabronione, bo wywołuje lęk) – a potem fotografowanie i filmowanie tego wszystkiego. I publikowanie.

„Ceniony” jest content z bezdomnymi, osobami pijanymi i rówieśnikami w upokarzających sytuacjach

Jak podkreśla polski reporter Paweł Jędral, Rosja systematycznie stosuje te same narzędzia – dezinformację, cyberataki i angażowanie wrażliwych grup w fizyczny wandalizm – również w Mołdawii. Ta na pierwszy rzut oka dziwna taktyka jest skutecznym narzędziem wojny hybrydowej.

Co jednak najważniejsze, dzięki takim pozornie niegroźnym działaniom następuje selekcja potencjalnych kandydatów do dalszej, już poważniejszej, współpracy.

Słowo „szon” w młodzieżowym slangu oznacza prostytutkę

„Łatwy szmal” i „ważna misja”, czyli haczyki

Podatne i posłuszne dzieci rekrutuje się do popełniania poważniejszych przestępstw. Ostatecznym celem jest wykorzystanie ich do przeprowadzania aktów dywersji, podpaleń, zamachów bombowych itp. Za granicą takie przypadki mają wywoływać negatywne nastawienie do Ukraińców, zmniejszyć poparcie dla Ukrainy i solidarność z nią.

Analiza przeprowadzona przez ukraińską fundację charytatywną „Głosy dzieci” pokazuje, że Rosjanie celowo poszukują nastolatków z tak zwanej strefy ryzyka, proponując im pieniądze w zamian za destrukcyjne treści lub wykonywanie niezgodnych z prawem zleceń. Do tej kategorii należą dzieci, które odczuwają izolację społeczną, mają niską samoocenę lub problemy finansowe.

Ta wrażliwość jest szczególnie silna w środowisku dzieci będących uchodźcami. Liczba potencjalnych celów może być tutaj wyższa z powodu szeregu czynników systemowych: izolacji społecznej w środowisku zagranicznych rówieśników, rozdzielenia rodzin, problemów finansowych.

Także lokalni nastolatkowie, którzy słyszeli ksenofobiczne wypowiedzi rodziców, często łatwo ulegają zewnętrznym wpływom. Rekruterzy wiedzą, na jakie czułe punkty naciskać.

Kiedy czujesz bezsilność i niepokój, nagle pojawia się ktoś, kto potrafi przekonać cię o ważności określonych działań – ostrzega fundacja „Głosy dzieci”

Niedawna historia z Wrocławia pokazuje, jak działają te mechanizmy. Podejrzani – grupa ukraińskich nastolatków – zwabili innego Ukraińca, 23-letniego, na rzekomą randkę z 16-letnią dziewczyną. Kiedy mężczyzna przyszedł, brutalnie go pobili, ogolili mu głowę i namalowali na twarzy nazistowskie symbole. Wszystko sfilmowali.

Z kolei polska policja zatrzymała dwóch 17-letnich obywateli Ukrainy, którzy według śledczych na zlecenie zagranicznych służb specjalnych pozostawiali „banderowskie hasła” oraz czerwono-czarne symbole na budynkach i pomnikach ofiar tragedii wołyńskiej. Polskie służby specjalne podkreślają, że działania te miały charakter prowokacji i służyły podsycaniu wrogości między Ukraińcami i Polakami.

Takie sytuacje powtarzają się w różnych krajach UE, gdzie mieszkają ukraińscy uchodźcy. Niedawno w Holandii policja aresztowała dwóch 17-latków pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Według ojca jednego z nich, syn został zwerbowany przez prorosyjskiego hakera za pośrednictwem Telegramu. W sierpniu nastolatek z Wi-Fi snifferem [urządzenie do przechwytywania danych – red.] kręcił się w pobliżu biur Europolu, Eurojustu i ambasady Kanady w Hadze, szpiegując pracę tych instytucji.

Rosjanie celowo poszukują nastolatków z tak zwanej strefy ryzyka, proponując im pieniądze w zamian za destrukcyjne treści lub wykonywanie niezgodnych z prawem zleceń

Zaufanie kontra manipulacje: jak przeciwdziałać

Ministerstwo Edukacji Ukrainy wyjaśnia: podstawowym zabezpieczeniem jest zaufanie między rodzicami a dzieckiem. Jest ono w stanie zniweczyć wszystkie schematy rekrutacyjne.

Ten mechanizm ochronny, budowany od najmłodszych lat, dowiódł już swojej skuteczności. Dowodzi tego przypadek w Tarnopolu. Ósmoklasista jednej z tamtejszych szkół nie zgodził się na propozycję „zarobku”, którą otrzymał w komunikatorze: przeprowadzenie zamachu terrorystycznego na urzędników państwowych. Rozpoczął tę komunikację dla żartu, ale wkrótce zaczęto go szantażować i grozić mu. Opowiedział o wszystkim rodzicom, cyberprzemoc udało się powstrzymać.

Okres dojrzewania to czas burzliwych zmian w organizmie i psychice, co sprawia, że młodzież jest szczególnie podatna na radykalne idee. Układ limbiczny (emocje) jest już dobrze rozwinięty, a kora przedczołowa (samokontrola, ocena ryzyka) jeszcze nie. Dlatego emocje często biorą górę nad rozsądkiem. Manipulatorzy wykorzystują to, podsuwając proste odpowiedzi na złożone pytania. To, że młodzi chłopcy i dziewczęta ulegają takim wpływom, nie świadczy o ich złym charakterze, lecz o umiejętnościach wroga.

Co mogą zrobić rodzice

1. Porozmawiać z dzieckiem o ryzyku, które może się pojawić, ostrzec przed możliwością szantażu i zastraszania. Podać przykłady różnych adekwatnych sytuacji, w szczególności takich, w których wszystko zaczęło się od propozycji „łatwych pieniędzy” lub wykonania „specjalnej misji”. Wyjaśnić, jak przebiega rekrutacja i jak postępować w przypadku popadnięcia w tarapaty.

2. Nie pouczać nastolatka na temat jego przekonań czy zainteresowań. Być wsparciem, a nie nadzorcą. Nie potępiać, tylko słuchać i zadawać wiele pytań. Poszukiwanie odpowiedzi uczy krytycznego myślenia.

3. Zaproponować alternatywę dla tego, czego szukają manipulatorzy. Skierować energię dziecka w konstruktywną stronę. Jeśli niepokoi je jakaś niesprawiedliwość, wspólnie z nim zaangażować się w działalność charytatywną. A jeśli brakuje mu pieniędzy – wspólnie poszukać sposobu na ich zarobienie.

Trzeba zdać sobie sprawę z tego, jakie bolączki wykorzystuje wróg. W Polsce to podsycanie wrogości narodowej: próby skłócenia Ukraińców z Polakami, sianie niezgody między uchodźcami a lokalną społecznością

Wrodzy manipulatorzy zawsze grają na podziałach. Naszym obowiązkiem jest nie potępiać ofiar, ale stworzyć system, w którym każde dziecko będzie wiedziało, gdzie zwrócić się o pomoc, nie obawiając się kary.

‍ Zdjęcia: Shutterstock

9
min
Halyna Halymonyk
Тривожна тенденція
Ukraina
Polska
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

„Stworzyliśmy własną przestrzeń”: Ukrainki o związkach i małżeństwach z Polakami

Maria i Bartosz: „Na początku wstydził się na mnie patrzeć”

Maria Stanisławska przyjechała z Winnicy do Polski 11 lat temu, by studiować nanotechnologię na Politechnice Łódzkiej. Dziś jest mieszkanką Łodzi, żoną i matką, a także autorką popularnego bloga na Instagramie „Teściowa i Synowa”, który ma prawie 40 tysięcy obserwujących.

Jak to wszystko się zaczęło?

– Ze względu na intensywność nauki i brak czasu na randki na drugim roku studiów zainstalowałam sobie aplikację Tinder. Moje imię jest międzynarodowe, wtedy znałam już polski, więc Bartosz nawet się nie domyślał, że koresponduje z Ukrainką – mówi Maria. – Później sama mu o tym powiedziałam.

Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłam go i zrozumiałam, że to mężczyzna moich marzeń

On jednak przyznaje, że na początku nic takiego nie poczuł, a podczas pierwszych spotkań nawet wstydził się na mnie patrzeć. Ale mówi, że czuł się bardzo komfortowo i dobrze się bawił, bo umiem podtrzymać rozmowę.

Rodzina Bartosza przyjęła Marię bardzo dobrze, chociaż przed spotkaniem w żartach straszył ją swą surową babcią, która „na pewno nie wyjdzie ze swojego pokoju”.

– To był drugi dzień Bożego Narodzenia. Jedliśmy razem śniadanie, rozmawialiśmy prawie cały dzień, poczułam się częścią rodziny. Pamiętam, że podczas rozmowy tak gestykulowałam, że wylałam czerwone wino prosto na świeżo pomalowaną białą ścianę. Nikt mnie nie skarcił, wszyscy się śmiali. To wiele mówi.

Ślub Marii i Bartosza

Maria przyznaje, że w polskich tradycjach najbardziej uderzyło ją ciepło i serdeczność Bożego Narodzenia. Ale w swoim domu zachowała również ukraiński Nowy Rok: huczny, z fajerwerkami i prezentami.

– Teraz mamy Boże Narodzenie po polsku, a Nowy Rok po ukraińsku – uśmiecha się

W polskich mężczyznach Maria ceni partnerskie podejście do kobiet: traktują ją jak równe sobie – zarówno w życiu codziennym, jak w podejmowaniu decyzji. Ale ukraińscy mężczyźni są bardziej romantyczni.

– Potrafią zabiegać o względy: kwiaty bez okazji, dbałość o szczegóły, romantyczne gesty. W świecie polskiej prostolinijności czasami tego trochę brakuje.

Jeśli chodzi o wychowywanie dzieci, to na razie nie ma o czym mówić, bo ich córka nie ma jeszcze roku. Ale Maria zdaje sobie sprawę, że kłopoty się pojawią, i to raczej z powodu rodzinnych przyzwyczajeń niż narodowości.

– Przyzwyczaiłam się już, że czasami czuję się tutaj jak pomost między dwiema kulturami, a nawet jak nauczycielka: wyjaśniam rodzicom albo teściom, dlaczego w tym kraju coś robi się właśnie w ten, a nie inny sposób. Ale kiedy jest miłość i szacunek, łatwo znaleźć równowagę.

Zarazem życie w dwóch kulturach przynosi nie tylko przyjemne odkrycia, ale także zderzenie ze stereotypami.

– Prowadzimy z teściową wspólnego bloga. Regularnie spotykam się tam z negatywnymi, obraźliwymi komentarzami, szczególnie ostatnio. Niektórym po prostu nie podoba się, że jestem Ukrainką, inni wyładowują swoje zmęczenie lub złość. Niestety, to stało się częścią mojego codziennego doświadczenia jako Ukrainki – osoby publicznej.

Mimo to blog „Teściowa i Synowa” zyskuje popularność i dla wielu kobiet stał się miejscem, w którym znajdują zrozumienie, humor i wsparcie. Maria jest przekonana, że to zainteresowanie wynika z przełamania stereotypu „teściowa i synowa – wrogowie”.

– Pokazujemy inną rzeczywistość: możemy się ze sobą śmiać, kłócić – ale z miłością. I nie odgrywamy ról, jesteśmy prawdziwe. Na ludzi to działa – niektórzy rozpoznają siebie, innym brakuje takiego ciepła, a jeszcze inni widzą nadzieję na inne podejście.

Maria i jej teściowa prowadzą wspólnego bloga na Instagramie

Wojna nie zmieniła relacji Marii z mężem, ale znacząco wpłynęła na relacje z rodziną w Ukrainie.

– Mąż od początku mnie wspierał i pomógł wywieźć bliskich w bezpieczne miejsce. Przez pierwsze pół roku mieszkaliśmy razem z mamą i siostrą. Było ciężko, ale to bardzo nas zbliżyło.

Teraz często rozmawia z mężem o tym, co się stanie, jeśli wojna dotrze do Polski.

– Dla niego to odległa, niemal abstrakcyjna perspektywa, a dla mnie całkiem realne zagrożenie. Ta różnica w odczuciach stała się częścią naszego międzykulturowego doświadczenia. Uczy nas uważniej słuchać siebie nawzajem i doceniać to, co mamy dzisiaj.

Maria często słyszy historie kobiet, które przyjechały do Polski nie z własnej woli, ale z powodu wojny.

– To zupełnie inne doświadczenie. Ja świadomie planowałam swoją emigrację, miałam czas na adaptację, budowanie relacji. One zostały wyrwane z domu nagle i z bólem. Dlatego rady typu: „otaczajcie się Polakami, integrujcie się, żyjcie tak jak oni” wydają mi się nie na miejscu. Im nie dano tego wyboru. Szczerze życzę każdej Ukraince, by znalazła poczucie domu – gdziekolwiek by była. Najważniejsze, żeby było bezpiecznie, bo właśnie od bezpieczeństwa zaczyna się zdolność do dalszego życia.

Ałła i Przemysław: „Pobraliśmy się, gdy to jeszcze nie było modne”

Ałła Brożyna, założycielka i dyrektorka fundacji „Nieobcy” w Żorach, przeprowadziła się do Polski dziesięć lat temu. Historia jej miłości do Przemysława rozpoczęła się na portalu randkowym, który, jak się później okazało, połączył wiele ukraińsko-polskich par. Już po pół roku zdecydowali się wziąć ślub. W 2016 roku zarejestrowali małżeństwo w Łucku.

– Na ceremonii była tylko moja mama – wspomina Ałła.

Przemysław wspiera Ałłę we wszystkim i pomaga jej opiekować się uchodźcami

Dla jej rodziny wybór Polaka nie był zaskoczeniem. Ałła pochodzi z Wołynia, regionu ściśle związanego z Polską.

– Jak to się mówi, najważniejsze, żeby człowiek był dobry – uśmiecha się Ałła.

Ale rodzina Przemka na początku nie była tak otwarta.

– Dziesięć lat temu w Polsce panowały dość negatywne stereotypy dotyczące Ukrainek. Uważano, że przyjeżdżają z biedniejszego kraju, by „wydać się za mąż za zamożnych Polaków”. Owszem, były takie przypadki, niektóre Ukrainki nawet tego nie ukrywały. Dzisiaj Polacy dziwią się, jak drogimi samochodami jeżdżą ukraińskie uchodźczynie, jak się ubierają i spędzają wolny czas. Ale wtedy Ukraina kojarzyła się z biedą, zniszczonymi drogami i złodziejami, którzy kradną samochody z polskimi tablicami.

Pewne różnice kulturowe między Polakami a Ukraińcami, przyznaje Ałła, na początku ją zaskakiwały. Przede wszystkim silny wpływ religii na życie społeczne w Polsce. A także zwyczaj polskich mężczyzn, by jako pierwsi podawać kobietom rękę podczas poznawania się i na powitanie. No i specyficzne formy zwracania się do siebie per „pan” i „pani”.

– Aż chciało się powiedzieć, że w Ukrainie czasy pańszczyzny już dawno minęły. Teraz podchodzę już do tego spokojnie

Jednocześnie Ałła nie odczuwała uprzedzeń ze względu na swoje pochodzenie. Być może dlatego, że mówi po polsku praktycznie bez akcentu i uczestniczy w różnych wydarzeniach dla Polaków. Jej 15-letni syn, Myron, który trafił do Polski jeszcze jako przedszkolak, doskonale włada polskim i uważa go za swój pierwszy język.

– W naszej fundacji „Nieobcy”, którą założyłam i kieruję od 2022 roku, też integrujemy migrantów. Organizujemy wydarzenia dla wszystkich chętnych, uczymy się pracować z różnymi grupami językowymi i wiekowymi społeczeństwa. Ale na pytanie, skąd pochodzę, odpowiadam ostrożnie, bo temat Wołynia, tragedii wołyńskiej, jest teraz bardzo gorący w polskim środowisku.

W rodzinie Ałły i Przemysława przeplatają się tradycje ukraińskie i polskie: w kuchni pokojowo współistnieją barszcz i bigos, a święta obchodzone są według dwóch kalendarzy. I nie ma ścisłego podziału obowiązków.

– Pomagamy sobie we wszystkim – mówi Ałła.

Podczas wojny udzielała się jako wolontariuszka, w czym wspierał ją mąż. Przyjęli pod swój dach siostrę Ałły z małym dzieckiem, opiekowali się uchodźcami, z których niektórzy zostali później stałymi wolontariuszami fundacji.

Dla Ałły dom jest tam, gdzie jest jej rodzina. Teraz jej życie toczy się tutaj, w Polsce, ale część jej serca na zawsze pozostanie w rodzinnym ukraińskim miasteczku Rożyszcze.

– Człowiek powinien pamiętać o swoich korzeniach, gdziekolwiek się znajduje. Powinien znać i szanować swój język ojczysty. Dla mnie to ukraiński, ważny element mojej tożsamości narodowej

Ałła uważa, że polskie społeczeństwo odnosi się małżeństw międzynarodowych normalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby z krajów słowiańskich.

– Pewnego razu podczas miejskiego święta znajomy Przemka powiedział mu: „Ożeniłeś się z Ukrainką, kiedy to nie było jeszcze modne”. A więc teraz to jest modne.

Iryna i Patryk: „To najlepszy mężczyzna w moim życiu”

Do lutego 2022 roku Iryna Bondar z Krzywego Rogu uważała się za osobę szczęśliwą: miała pracę, którą lubiła, przyjaciół, podróże – i wolność po rozwodzie. Wojna zniweczyła ten spokój. Iryna trafiła do Starachowic, gdzie dostała pracę w fabryce. Było ciężko, ale ceniła sobie stabilność takiego rozwiązania.

Wkrótce w gronie wspólnych znajomych poznała Patryka. Jeszcze tydzień, a minęliby się: on miał wyjechać do pracy w Norwegii, ona – odwiedzić przyjaciółkę w Szczecinie. Ale los zdecydował inaczej.

– Ujęło mnie to, że zachowywał się jak dżentelmen, umiał rozśmieszać ludzi i chwalił moją koślawą polszczyznę. Z nim było ciekawie i bezpiecznie – mówi Iryna.

Potem on wyjechał do pracy do Norwegii, a ona została w Polsce. Ale wkrótce Petryk wróci i będą już razem.

Iryna i Patryk unikają kłótni. Boją się zranić siebie nawzajem

Rodzina męża ciepło przyjęła Irynę. Szczególnie bliskie relacje nawiązała z jego mamą, która zawsze marzyła o córce.

– Polacy, których spotkałam, bardzo mnie wspierają. Jesteśmy podobni mentalnie, ale moim zdaniem oni są milsi i lepiej wychowani, zwłaszcza mężczyźni (nawet pod wpływem alkoholu).

Iryna i Patryk niemal się nie kłócą – boją się zranić siebie nawzajem. Gdy już zdarzają się jakieś emocjonalne momenty, on zawsze znajduje sposób, by wygładzić kanty.

– Najcenniejsze w nim jest to, że zawsze dotrzymuje obietnic. Jest panem swojego słowa – i właśnie dlatego się w nim zakochałam. Dla mnie jest idealny. To najlepszy mężczyzna w moim życiu.

Nie mają dzieci i nie planują ich mieć. Tradycje rodzinne podtrzymuje głównie mama Petryka, zapraszając ich co roku na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Iryna od dzieciństwa przyzwyczaiła się świętować tylko Nowy Rok i urodziny.

Po stracie obojga rodziców w Ukrainie rodzina Iryny jest teraz tutaj, w Polsce.

– Rozumiem, że nigdy nie będę tu „swoja”, ale to mnie nie martwi. Jestem autentyczna, z moim akcentem i doświadczeniem. I właśnie za to kocha mnie mój Patryk

Iryna przyznaje, że ani razu nie słyszała od Polaków zarzutów w rodzaju: „zabieracie nam mężczyzn” albo: „zabieracie nam miejsca pracy”.

– Mężczyźni to nie lodówki, żeby je komuś „zabierać” – żartuje. – Nie konkurowałam z nikim i nie zamierzałam tego robić. Polki są równie piękne i pracowite, jak nasze kobiety. Przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem, narodowość jest sprawą drugorzędną. Wydaje mi się, że wszystkie te rozmowy o jakiejś „konkurencji” wymyślają ludzie o ograniczonych horyzontach, którzy po prostu chcą podsycać wrogość między narodami.

Jej marzenia są proste: żeby wojna się skończyła, żeby powróciło spokojne życie, żeby ona i Petryk mieli własny dom, pracowali i podróżowali. I właśnie w tej prostocie tkwi prawdziwy sens: możliwość życia razem i planowania jutra bez strachu.

Oksana i Przemek: „Zdecydowało to, jak potraktował moje dziecko”

Kiedy Oksana Iwasiuk przeprowadziła się do Polski, miała 36 lat. W Dnieprze pracowała jako księgowa, rozwiodła się, wychowywała córkę i nawet nie myślała o drugim małżeństwie. Wojna pokrzyżowała wszystkie plany i zmusiła ją do zaczynania od nowa.

Minęło jakieś 9 miesięcy, zanim zdała sobie sprawę, że powrót do domu musi odłożyć na czas nieokreślony. Wypełniła ankietę na portalu randkowym. Korespondencja z Przemysłem nie trwała długo – szybko zdecydowali się na spotkanie.

Ich małżeństwo nie było próbą znalezienia „stabilności w trudnych czasach”. Stało się naturalną kontynuacją relacji ludzi, którzy znaleźli w sobie partnerów, których potrzebowali. Przemysław od razu podszedł do sytuacji Oksany z wyrozumiałością: pomagał jej w sprawach domowych, tłumaczeniach, dokumentach. A co najważniejsze – znalazł wspólny język z jej córką: spacerował z nią, robił jej prezenty, organizował rozrywki.

Z czasem w rodzinie ukształtowała się własna mieszanka tradycji. Na Boże Narodzenie Przemek zamawia polskie potrawy, a Oksana zamiast sałatki jajecznej przygotowuje klasyczną sałatkę Olivier. Obowiązki w rodzinie też są dzielone bez wyraźnych granic.

– Zazwyczaj to ja gotuję, ale jeśli nie mam nastroju lub siły, mąż robi kanapki albo zamawiamy coś gotowego. Sprzątanie też robimy razem – mówi Oksana.

Tym, co zrobiło na Oksanie największe wrażenie, jest większe zaangażowanie polskich mężczyzn w wychowywanie dzieci i prowadzenie gospodarstwa domowego

– Dla nich czymś normalnym jest pomaganie kobiecie, spędzanie czasu z dziećmi, podejmowanie się zadań, które w Ukrainie nadal często uważa się za wyłącznie „kobiece”. Chociaż u nas to już się stopniowo zmienia, co bardzo cieszy.

Przemysław szanuje pragnienie żony, by rozwijać się zawodowo.

– Nie wymaga ode mnie, bym pracowała, ale w pełni popiera moją decyzję o podjęciu pracy i nauki. Doceniam to.

Przyjaciele męża zawsze cieszą się na widok Oksany, nie odczuwa z ich strony cienia niechęci.

– Nigdy nie spotkałam się z negatywnymi reakcjami. Staram się być kulturalna, szanować kraj, który nas przyjął, ale też nie zapominam o własnej godności. Przestrzegam prawa, płacę podatki i staram się żyć tak, by nie szkodzić innym.

Oksana Wozniuk uważa, że międzynarodowe małżeństwa udają się wtedy, gdy chęć budowania wspólnej przyszłości przeważa nad pragnieniem udowodnienia lepszości własnych tradycji

Psychoterapeutka Oksana Wozniuk:

– Międzynarodowe związki to zawsze spotkanie dwóch światów. To nie tylko inny język czy kuchnia, ale też codzienne przeplatanie się wyobrażeń o tym, co „normalne”: od tego, jak świętować Boże Narodzenie, po to, jak rozwiązywać konflikty. Wiele zależy od modelu rodziny, w której dana osoba dorastała: ról, tradycji, stosunku do religii, pieniędzy i świąt. Na początku, w okresie zakochania, możemy nie dostrzegać różnic. Stają się one szczególnie widoczne dopiero wtedy, gdy w związku pojawia się codzienność albo dzieci. Właśnie wtedy potrzebna jest psychologiczna plastyczność – umiejętność słuchania innych i niebanie się zmian.

Jak rozpoznać tę psychologiczną plastyczność? Istnieje kilka oznak:

Ciekawość świata u partnera, bez osądzania;

Szacunek dla innej kultury, bez ironii i wyższości;

Gotowość do próbowania nowych rzeczy – od potraw po tradycje;

Szczerość w przyznaniu, że potrzebujesz czasu, by coś zaakceptować;

Chęć budowania wspólnej przyszłości, a nie udowadnianie „słuszności” swojego punktu widzenia.

Częstą pułapką jest idealizowanie partnera. Ukrainki często widzą w Polakach stabilność, „europejskie wartości”, a Polacy w nich –„wygodne kobiety” z tradycyjnym podejściem do rodziny. Tyle że za tymi wyobrażeniami łatwo nie dostrzec żywej osoby, z jej nawykami i problemami. Dlatego kluczem jest szczery dialog na temat codzienności: życia, pieniądzy, dzieci, wiary, starości.

Najtrwalsze pary tworzą „trzecią przestrzeń”: nie polską i nie ukraińską, ale własną. Taką, w której jest miejsce na pierogi, bigos i różne święta, gdzie humor i szacunek są ważniejsze niż „tak się przyzwyczaiłem”

Właśnie w takiej wspólnej kulturze rodzi się prawdziwa bliskość i rodzina, która wytrzymuje wszystko.

Zdjęcia: archiwa prywatne

11
min
Diana Balynska
Miłość
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Ukraińska diaspora: kosmopolityczni z konieczności, narodowi z wyboru

Nie ma powrotu do „peryferii imperiów”

Codzienność Ukraińców poza ojczyzną stała się lekcją kosmopolityzmu. W dużych miastach Europy i Ameryki Północnej funkcjonują w wielojęzycznych i wielokulturowych środowiskach. Dla nich to nie tylko konieczność, ale także zasób, który uczy elastyczności, otwiera nowe kody kulturowe, daje zdolność budowania sieci kontaktów wykraczających poza granice państw.

Jak napisał Colin Flint w „Introduction to Geopolitics”, globalizacja i przepływy ludzi niosą ze sobą także ryzyko „rozmycia znaczenia miejsca i narodu”. Kosmopolityzm jako styl życia może być wyzwalający, ale jeśli staje się pozbawioną korzeni tożsamością, łatwo prowadzi nas do zaniku wspólnotowego „my”.

Ukraińska diaspora stoi przed dylematem: jak korzystać z globalnych możliwości, a zarazem chronić narodowe zakorzenienie?

Tutaj pojawia się jednak istotna różnica w stosunku do innych diaspor. Po 1991 roku Ukraina miała już granice, hymn, flagę, ale wciąż nie miała własnej tożsamości. Przez trzy dekady język ukraiński funkcjonował głównie w regionach zachodnich, a reszta kraju dryfowała w „półkolonialnym” stanie zawieszenia, jak cielę karmione przez dwie matki. Tożsamość była rozchwiana, a państwo rozdarte między wpływami Wschodu i Zachodu.

Dopiero rok 2022 stał się punktem zwrotnym na drodze do prawdziwej niepodległości. Inwazja zmusiła Ukraińców do walki nie tylko o terytorium, ale przede wszystkim o swoją tożsamość. Krew przelana na froncie przyniosła coś, czego nie dały trzy dekady formalnego istnienia – świadomość unikalności. Dzisiaj Ukraina już wie, kim jest.

Nie wystarczy machać flagą, żeby być patriotą. Trzeba zrozumieć wewnętrzną naturę Ukrainy, czyli jej ludzi. To oni są tożsamością. To oni wywalczyli wolność na Majdanach i na froncie, to oni budują codzienne życie w kraju i za granicą. I to właśnie oni są gwarantami, że Ukraina nie cofnie się już do roli „peryferii imperiów”.

„Trzeba zrozumieć wewnętrzną naturę Ukrainy, czyli jej ludzi. To oni są tożsamością”

Sprawczość codziennych ludzi

Wojna uświadomiła Ukraińcom, że tożsamość to nie tylko indywidualny wybór, ale także strategiczny zasób – tak samo jak gospodarka czy armia.

Naród przetrwa tylko wtedy, gdy jego członkowie poczują wspólną odpowiedzialność

Dlatego diaspora nie jest biernym tłumem przesiedleńców. Jest aktywnym graczem w dziedzinie bezpieczeństwa. Organizuje zbiórki na drony, prowadzi kampanie informacyjne w mediach społecznościowych, wywiera presję na rządy krajów przyjmujących uchodźców, by nie traciły zainteresowania wojną. Ta aktywność nie byłaby możliwa, gdyby nie trwałe poczucie przynależności. Za Ukrainę odpowiedzialni są nie tylko prezydent czy rząd. Odpowiadamy za nią są wszyscy – ci, którzy walczą na froncie, ci, którzy dbają o codzienne życie w kraju, i ci, którzy żyją w diasporze. Poczucie współuczestnictwa w jej losie jest jednym z najważniejszych elementów bezpieczeństwa narodowego.

Majdany Niezależności, które stały się symbolami obywatelskiej mobilizacji, ukształtowały w Ukraińcach przekonanie, że naród sam musi walczyć o swoją przyszłość. Ta pamięć nie znika na emigracji. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej mobilizuje. Jak zauważa wspomniany Colin Flint, geopolityka to także „działania codziennych ludzi”, którzy decydują o przetrwaniu wspólnoty. Ukraińcy, mając za sobą dramatyczne doświadczenia represji, aneksji i okupacji, nie mogą pozwolić sobie na rozpad ani na utratę spójności, nawet będąc daleko od swojej ojczyzny.

Kosmopolityzm jako kompetencja, nie tożsamość

Kosmopolityzm Ukraińców w diasporze należy rozumieć jako zestaw umiejętności. To zdolność do adaptacji, budowania relacji, poruszania się w obcych systemach prawnych i społecznych. To także możliwość angażowania się w globalne debaty z pozycji insidera, a nie tylko gościa. Globalne przepływy mogą wzmacniać albo osłabiać narody w zależności od tego, jak są wykorzystywane. Jeśli kosmopolityzm jest narzędziem, może wzmacniać wspólnotę. Jeśli staje się pustą tożsamością, osłabia zakorzenienie.

Ukraińcy wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na luksus utraty zakorzenienia. Ich historia – głód, represje, walka o język, powstania i rewolucje – nie pozwala im rozpłynąć się w świecie

Demokratyczny porządek, o który walczyli na Majdanie, zobowiązuje ich do bycia sobą, gdziekolwiek są. Kosmopolityzm jest więc dla nich kompetencją, ale nigdy nie powinien stać się tożsamością.

„Organizacje społeczne, fundacje i grupy wolontariackie działają jak alternatywne ministerstwa spraw zagranicznych i obrony, pozyskując pomoc, nagłaśniając sprawy Ukrainy, przeciwdziałając rosyjskim narracjom”

Diaspora jako nowa infrastruktura bezpieczeństwa

Tradycyjnie myślimy o bezpieczeństwie w kategoriach granic i instytucji państwowych. Jednak współczesność zmienia tę perspektywę. Ukraińska diaspora tworzy rozproszoną infrastrukturę bezpieczeństwa bez czołgów i administracji, ale z sieciami wsparcia, finansami i wpływami politycznymi.

W Kanadzie, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, a także w Polsce Ukraińcy tworzą lobby polityczne, które wpływa na decyzje rządów. Organizacje społeczne, fundacje i grupy wolontariackie działają jak alternatywne ministerstwa spraw zagranicznych i obrony, pozyskując pomoc, nagłaśniając sprawy Ukrainy, przeciwdziałając rosyjskim narracjom. To właśnie to, co Flint nazywa „nowymi arenami geopolityki”, czyli miejscami, w których znaczenie polityczne tworzą aktorzy inni niż państwo.

Diaspora staje się w ten sposób czymś więcej niż społecznością na e/migracji. Jest żywą częścią ukraińskiego systemu bezpieczeństwa i siecią, która w sytuacjach kryzysowych może wspierać państwo z zewnątrz.

Ukraina pokazuje całemu światu, że naród to nie tylko aparat władzy. To wielomilionowa wspólnota, która potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje państwo. Emigranci, wolontariusze, aktywiści, przedsiębiorcy i intelektualiści współtworzą obronę tak samo realnie, jak żołnierze.

Przyszłość buduje solidarność

Społeczna odporność to zdolność wspólnoty do przetrwania pomimo kryzysów. Ukraińcy rozsiani po całym świecie budują taką odporność, trwając przy swojej tożsamości.

Nie chodzi tylko o flagi i symbole, ale o praktykę codziennego posługiwania się językiem, podtrzymywanie więzi, aktywności obywatelskiej. To dzięki niej diaspora nie jest „rozproszoną masą”, lecz transnarodowym organizmem

Flint wskazuje, że globalizacja nie wymazała narodu z mapy świata, ale raczej zmusiła go do redefinicji. Ukraina w diasporze jest przykładem narodu, który może istnieć równocześnie w wielu miejscach i nadal zachowywać jedność.

Jednocześnie tożsamość ukraińska ma wyjątkowy fundament: przeszłość, która nie pozwala być nikim. Ukraina przetrwała głód, represje, okupacje, zdrady, Majdany i wciąż się trzyma w walce z inwazją. Ta droga umocniła naród w przekonaniu, że jego istnienie to codzienna decyzja, nawet w odległym kraju. Dlatego kosmopolityzm Ukraińców nie jest zagrożeniem, a narzędziem.

Bezpieczeństwo zaczyna się w tożsamości

Brytyjska geografka społeczna Doreen Massey, autorka książek „Space, Place and Gender” oraz „For Space”, pisała, że miejsca to nie tylko punkty na mapie, ale także sieci relacji i znaczeń. Krytykowała tradycyjne podejście, które traktowało miejsce jak coś stabilnego i odseparowanego. Jej zdaniem to właśnie przepływy ludzi, idei i symboli budują przestrzeń. W tym znaczeniu Ukraina istnieje wszędzie tam, gdzie są Ukraińcy – w języku, tradycjach, gestach, działaniach – i w berlińskiej klasie, gdzie ktoś mówi po ukraińsku, i w warszawskim biurze, gdzie projekt ma pieczęć „fundacja ukraińska”, i w londyńskiej debacie, podczas której głos Ukraińca brzmi stanowczo.

Znaczenie narodu wynika nie tylko z jego armii i granic, ale także z tego, jak potrafi istnieć w świadomości świata. Diaspora jest więc jednocześnie wspólnotą symboliczną i narzędziem politycznym.

„Z Majdanów wyszliśmy z krwią na twarzy, z frontu wychodzimy z bliznami – i właśnie to daje nam siłę”

Nie ma nas w domu, ale dom jest w nas

Warto walczyć o swoją „mikrogeografię tożsamości” i pielęgnować swój język, kulturę i historię. Nie chodzi o wielkie gesty, ale o codzienną praktykę, taką jak rozmowa w języku ukraińskim, pamięć o literaturze i muzyce, podtrzymywanie świąt i symboli. O bycie aktywnym w imieniu wspólnoty. Wolontariat, działalność społeczna, wspieranie nowych uchodźców – to wszystko jest budowaniem narodowej obecności w krajach goszczących.

Można być kosmopolitycznym i jednocześnie narodowym. Mosty to nie integracja i asymilacja, lecz łączenie światów, w których diaspora staje się ambasadorką Ukrainy

Kosmopolityzm stał się codziennością Ukraińców, którzy znaleźli się poza ojczyzną. Nie oznacza to jednak, że są oni bezpaństwowymi nomadami. Diaspora wypracowała własny model tożsamości: kosmopolityczni z konieczności, narodowi z wyboru.

Geopolityka to nie tylko czołgi i traktaty, ale także to, jak narody są obecne w przestrzeni światowej. Ukraińska diaspora nie tylko szuka bezpieczeństwa. Ona je współtworzy, także w Polsce.

Ukraińcy mają przewagę: naród, który tyle razy stawał na krawędzi zniszczenia, nie potrafi już być nikim. Z Majdanów wyszliśmy z krwią na twarzy, z frontu wychodzimy z bliznami – i właśnie to daje nam siłę. Demokracja to wybór, którego Ukraińcy bronią na ulicach i w okopach. Dlatego nie rozpłyną się w żadnym kosmopolityzmie. Możemy być globalni, ale nigdy anonimowi.

Ukraina to nie tylko władze w Kijowie. Ukraina to ludzie – ci w kraju i ci poza nim. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jej trwanie i przyszłość. Bez tej zbiorowej odpowiedzialności nie ma państwa, nie ma wspólnoty, nie ma bezpieczeństwa.

6
min
Julia Boguslavska
Українська діаспора
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Od akcji „Wisła” do konwojów wolontariuszy. Jak diaspora Warmii i Mazur pomaga Ukraińcom

I tak byśmy pomagali

Swego czasu jechałam do Ukrainy z polskimi wolontariuszami, którzy przewozili autobusami pomoc humanitarną dla frontu. Kierowcy autobusów, słysząc, że mówię z ukraińskim akcentem, przeszli na ukraiński. Okazało się, że w 1947 roku w ramach akcji „Wisła” wraz z 56 tysiącami innych Ukraińców ich przodkowie zostali przymusowo przesiedleni przez władze radzieckie z ziem etnicznych do województwa warmińsko-mazurskiego. Wówczas Ukraińcom, którzy zgodnie z planem mieli się wtopić w lokalną społeczność, zabroniono nazywać się Ukraińcami. Jednak ci, którzy się nie zasymilowali, zdołali się zjednoczyć. Ziarna miłości do Ukrainy, które ci ludzie zasiali w sercach swoich dzieci i wnuków, kiełkują do dziś. Dlatego dziś tak dużo pomocy trafia na front właśnie z tego regionu Polski.

– Nawet gdybyśmy nie mieli ukraińskich korzeni, nadal pomagalibyśmy Ukrainie w walce ze złem. Bo terror nie ma granic – mówi z przekonaniem wolontariusz Paweł Gerczak. – Ta wojna stała się w Europie straszną codziennością, a tak nie powinno być. Dlatego przewozimy i będziemy przewozić pomoc na front aż do zwycięstwa.

Województwo warmińsko-mazurskie graniczy z obwodem królewieckim w Rosji, granica lądowa ma ponad 200 kilometrów.

W tym regionie mieszka największa w Polsce społeczność ukraińska: ponad 70 tysięcy etnicznych Ukraińców

– Współpracujemy z organizacjami społecznymi z Finlandii, Kanady, Włoch, Holandii i Niemiec, a także z prywatnymi darczyńcami ze Stanów Zjednoczonych – mówi Stepan Migus, honorowy przewodniczący Olsztyńskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce. Jest przekonany, że gdyby unijne sankcje były bardziej zdecydowane, a sprzęt wojskowy trafiał do ukraińskich żołnierzy szybciej i w większej ilości, wojna już dawno byłaby przeszłością, a przynajmniej część przestępców stanęłaby przed sądem.

Z Giżycka na wschód Ukrainy regularnie jeździ konwój humanitarny komendy Ruchu Wolontariackiego Polska – Ukraina „Ukrainian Bikers”.

– To jeden z nielicznych międzynarodowych konwojów, które jeżdżą na front. Wożę samochody, drony, produkty spożywcze, środki higieniczne, kuchenki gazowe, pościel, leki, fartuchy chirurgiczne, wózki inwalidzkie dla rannych żołnierzy, łóżka szpitalne – mówi wolontariusz Krzysztof Patra.

Zespół Ruchu Wolontariackiego Polska – Ukraina „Ukrainian Bikers”. Zdjęcie: FB Krzysztof Patra

Myron Sycz, wielki polski Ukrainiec

To właśnie z województwa warmińsko-mazurskiego nadeszła pierwsza pomoc z Polski dla Euromajdanu w Kijowie w 2013 roku. Podobnie było wtedy, gdy wybuchła wojna rosyjsko-ukraińska w 2014 roku, a także gdy rozpoczęła się inwazja 24 lutego 2022 roku. Stało się to dzięki działalności Myrona Sycza zmarłego w 2024 r. jedynego etnicznego Ukraińca, którego Polacy dwukrotnie wybrali na posła do Sejmu RP. Nazywano go liderem społeczności ukraińskiej, marszałkiem Ukraińców Warmii i Mazur.

Wielu etnicznych Ukraińców w Polsce ukrywa swoją tożsamość. Myron Sycz zawsze demonstrował, że ma ukraińskie pochodzenie. W latach 1998-2007 pracował jako nauczyciel i przewodniczący Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego – po dwóch kadencjach w Sejmie został wybrany na posła sejmiku i wicemarszałka. Był też założycielem i wieloletnim dyrektorem Zespołu Szkół z Ukraińskim Językiem Nauczania w Górowie Iławieckim. 14 czerwca 2025 roku został jego patronem.

Szkoła ukraińskojęzyczna założona przez Myrona Sycza. Zdjęcie: Zespół Szkół z Ukraińskim Językiem Nauczania w Górowie Iławieckim

Ważne, że nie jesteś sam

W Olsztynie punkt pomocy dla Ukrainy i uchodźców wojennych otwarto w jednej z salek katedry Najświętszej Maryi Panny już 24 lutego 2022 roku. Podobne punkty powstały również w Giżycku, Elblągu, Pasłęku, Pieniężnie i innych parafiach greckokatolickich.

– Nasi przodkowie otwierali tu szkoły i kościoły, by uczyć dzieci mówić, śpiewać i modlić się w ojczystym języku. Dzięki temu wychowano nowe pokolenia, dla których Ukraina jest duchową ojczyzną. Tacy ludzie uważają za swój obowiązek pomagać Ukraińcom w czasie wojny – wyjaśnia ojciec Iwan Laikisz.

Uchodźcy wojenni niechętnie przyjeżdżali do województwa warmińsko-mazurskiego, ponieważ region ten graniczy z obwodem królewieckim. Anna Faranczuk, koordynatorka Stowarzyszenia Sala Parafialna w Olsztynie, przyznaje, że od momentu otwarcia punktu pomocy codziennie przez cały rok o wsparcie zwracało się około 50 osób. Uchodźcy potrzebowali przede wszystkim jedzenia i odzieży. Wolontariusze pomagali im w znalezieniu mieszkania i pracy, umówieniu wizyty u lekarza, wypełnianiu dokumentów. Później zaczęły się konsultacje prawników i psychologów, kursy polskiego, warsztaty haftu, rysowania pisanek, spotkania muzyczne, wyplatanie siatek maskujących.

Andrzej Kędzierski, przewodniczący oddziału Polskiego Towarzystwa Psychologicznego w Olsztynie, podkreśla, że wsparcie, którego udzielają uchodźcom przedstawiciele diaspory, należy oceniać nie tylko pod kątem materialnym. W sytuacjach kryzysowych ważne jest bowiem poczucie, że ze swoimi problemami nie jesteś sam. Że są ludzie, którzy naprawdę cię rozumieją.

Stepan Migus, honorowy przewodniczący Olsztyńskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce. Zdjęcie: archiwum prywatne

Trzymamy się dzięki kulturze

– W latach 70., jako student ukrainistyki, fascynowałem się warszawskimi teatrami, jednocześnie zadając sobie pytanie: dlaczego w Polsce nic nie wiadomo o ukraińskiej sztuce teatralnej? – mówi Stepan Migus, inicjator i współorganizator Ogólnopolskich Dni Teatru Ukraińskiego w Olsztynie. Na początku lat 90. odwiedził we Lwowie Teatr im. Marii Zańkoweckiej i zaprosił jego artystów do Olsztyna. Ich przyjazd dał początek Ogólnopolskim Dniom Teatru Ukraińskiego – znalazło się wiele osób gotowych wesprzeć ten pomysł.

Od tego czasu co dwa lata odbywa się w Olsztynie festiwal teatralny. Dzięki niemu przez ostatnie 30 lat polska publiczność mogła obejrzeć spektakle oparte na dziełach Tarasa Szewczenki, Łesi Ukrainki, Iwana Franki, Iwana Kotlarewskiego, Wasyla Stefanyka, Olgi Kobylińskiej i innych. Do Olsztyna przyjeżdżały zespoły teatralne z różnych miast Ukrainy.

Według Stepana Migusa pielęgnowanie każdej dziedziny rodzimej kultury – teatralnej, religijnej, folklorystycznej, literackiej, edukacyjnej, twórczości dziecięcej – przyczynia się do zachowania ukraińskiej tożsamości. – Po przestępczej akcji „Wisła” przepowiadano, że Ukraińcy, którzy zostali przymusowo wysiedleni do Polski, przetrwają tu do 20 lat. Na szczęście, dzięki upartemu pielęgnowaniu wieloaspektowej rodzimej kultury i języka, trzymamy się tutaj już prawie 80 lat – mówi Migus.

Artyści Połtawskiego Teatru Muzyczno-Dramatycznego im. Gogola w Olsztynie, 2025 r. Zdjęcie: poda.gov.ua

Projekt jest współfinansowany przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności w ramach programu „Wspieraj Ukrainę” realizowanego przez Fundację Edukacja dla Demokracji

5
min
Tetiana Bakocka
Діаспора
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Prezydent RP podpisał ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy 

Poprzednimi wetami prezydent RP zmusił rząd, premiera Donalda Tuska, do pracy i do przedstawienia nie idealnych, ale zdecydowanie lepszych rozwiązań. W przypadku ustawy ukraińskiej zmusił do ograniczenia świadczeń dla obywateli Ukrainy, w szczególności tych, którzy nie pracują w Rzeczypospolitej - podkreślił Bogucki.

Ocenił, że rozwiązania zawarte w tej ustawie „to jest właściwie koniec turystyki z Ukrainy na koszt polskiego podatnika”.

- (W ustawie - PAP) zostały wymienione konkretne świadczenia, które nie będą przysługiwać obywatelom Ukrainy niepracującym w Polsce, chociażby, jeżeli chodzi o rehabilitację, programy lekowe, programy zdrowotne, kwestie wykupowania leków na receptę i wielu, wielu innych świadczeń, w tym np. zaćmy, świadczeń stomatologicznych - wymieniał Bogucki.

Zaznaczył, że „ustawa nie jest idealna”, a projekt prezydencki proponował lepsze, „jeszcze bardziej uszczelniające ten system” rozwiązania.

Szef prezydenckiej kancelarii zapowiedział, że w poniedziałek zostaną złożone do marszałka Sejmu dwie propozycje legislacyjne. Jedna dotycząca „wydłużenia okresu, po którym obcokrajowcy, w tym obywatele Ukrainy, będą mogli ubiegać się o polskie obywatelstwo, które jest czymś absolutnie wyjątkowym”.

Drugi projekt będzie dotyczył „zmiany Kodeksu karnego i ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, tak żeby ścigać wszystkich, którzy będą próbowali, czy będą chcieli szerzyć banderyzm na terytorium Rzeczypospolitej, albo będą chcieli uskuteczniać kłamstwo wołyńskie” - poinformował Bogucki.

Przekazał też, że prezydent wycofa swój projekt, który trafił do Sejmu po sierpniowym wecie. 

Prezydent RP Karol Nawrocki po raz ostatni podpisał w piątek ustawę dotyczącą szczególnej pomocy obywatelom Ukrainy; żadnej innej już nie podpisze - przekazał Bogucki. Podkreślił, że nie ma obecnie podstaw, żeby tego rodzaju działania kontynuować.

- To ostatnia ustawa, która została przez prezydenta w tej formule pomocowej, szczególnej pomocy (...) podpisana, bo dzisiaj nie ma podstaw i nie ma powodów, żeby tego rodzaju działania kontynuować - oświadczył podczas konferencji Bogucki. - Żadnej innej ustawy (w tej sprawie - PAP) pan prezydent już nie podpisze. Musimy przejść na normalne warunki, czyli traktowanie obywateli Ukrainy przebywających na terytorium Rzeczypospolitej w taki sam sposób, jak wszystkich innych obcokrajowców - zaznaczył.

Jak podkreślił, „prezydent Rzeczypospolitej nie pozwoli się szantażować i nie pozwoli szantażować Polaków”. 

Ustawa o pomocy obywatelom Ukrainy, która uszczelnia system otrzymywania świadczeń na rzecz rodziny przez cudzoziemców powiązała prawo do świadczeń z  aktywnością zawodową rodzica oraz nauką dzieci w polskiej szkole, z wyjątkami dotyczącymi np. osób z niepełnosprawnościami. Dodatkowo prawo do świadczeń będzie powiązane z uzyskiwaniem przez cudzoziemców co najmniej 50 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę, co oznacza, że w 2025 roku będzie to 2333 zł brutto.

2
min
Polska Agencja Prasowa
Політика щодо біженців
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Molestowanie w armii — jeszcze nie cywilizacja, już nie dzikusy

Na profilu medyczki bojowej Julii Kobrynovich pojawił się wpis, który wywołał burzę komentarzy. Warto przytoczyć go w całości.

Myślę o kobietach w wojsku, mobilizacji kobiet... No i oczywiście o sobie. I zdałam sobie sprawę, że są rzeczy, o których nigdy nikomu nie opowiedziałam. Bo to wstyd. Bo to krępujące… No i jeszcze - bo jak można źle mówić o zmarłych… Ale ja przecież żyję, prawda? Istnieją trzy istotne aspekty, które sprawiają, że kobietom trudno jest służyć w wojsku. 

1) ponieważ, jak w ustawieniach domyślnych, od razu tobą gardzą. Jedynym wyjątkiem jest jednostka, w której obecnie służę, we wszystkich innych zawsze byłam „drugiej kategorii”. I trzeba było udowadniać, udowadniać, udowadniać...

2) bo naprawdę trudno jest udowodnić swoją sprawność fizyczną. Daj spokój, ważę 55 kg i mam 1,55 cm wzrostu. Ciężko. Robisz to. Ogólnie masz mniej możliwości, niż mężczyźni (nie mówię tu o stanowiskach tyłowych, jak zapewne zrozumieliście).

Mam wiele przykładów pierwszego i drugiego, ale o tym później. Łatwo o tym mówić. Kto nie lubi narzekać?

3) ciągle cię molestują (R.A. w Twoim oddziale tak nie było, nie martw się). I to zmienia – może zmienić – Twoje życie w wojnę na dwóch frontach.

Co się wydarzyło i o czym ja nigdy nikomu nie opowiadałam?

- Musiałam oddać się jednemu żołnierzowi. Bałam się, że inaczej mnie zgwałci. Być może tak by się stało. W tamtym czasie byłam całkowicie jemu podporządkowana. A przynajmniej tak mi się wydawało. Potem mój ówczesny dowódca dowiedział się o tym – bo ten chłopak wszystkim o tym opowiadał – i próbował go zabić. Kiedy mu się nie udało, zrobił z niego wyrzutka. 

- Musiałam uspokajać przez telefon matkę jednego z żołnierzy, kiedy poinformowano ją, że jej syn zginął. Tydzień wcześniej on próbował mnie zgwałcić. Dowódca (już inny) przeniósł go (taka sobie kara).

- Najgorsze, bo trwało to najdłużej, było to, że mój dowódca (jeszcze kolejny) przez bardzo długi czas mnie molestował. Zabronił mi nosić broń. Zaczęłam nosić przy sobie gaz łzawiący, paralizator i nóż – i unikałam na wszelkie sposoby jego towarzystwa. On opowiadał o mnie bzdury, a potem groził, że zabije mnie na polu walki za to, że mu nie ulegam. Przez wiele miesięcy żyłam w stanie głębokiej odrazy: do armii w ogóle i do siebie. Ponieważ w tym przypadku nie było nikogo „wyższego”, komu mogłabym się poskarżyć. A kiedy go odsunięto, wykończył mnie emocjonalnie i psychicznie, celowo niszcząc moją reputację zawodową.

...to jest to, co przypominam sobie w pierwszej kolejności. Po prostu wspomnienia. Są nieprzyjemne i odrażające, ale nie są czymś, co zrujnowało mi życie. Myślę, że każda kobieta ma swoją “skrzynkę z brudami”. Ale te wspomnienia – moje doświadczenia, które za nimi stoją – są podstawą mojej postawy obywatelskiej:

a) mobilizacja kobiet jest konieczna. Mamy z mężczyznami równe prawa i obowiązki. A kontroler drona jest znacznie lżejszy niż karabin automatyczny.

b) powinny być tworzone oddzielne jednostki kobiece. Dopóki jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Jeszcze nie cywilizacja. Już nie dzikusy.‍

Trening w obwodzie kijowskim, 2024 r. Zdjęcie: Narciso Contreras / Anadolu/ AA/ABACA/Abaca/East News

Czy można milczeć?

Wielkim echem odbił się materiał redakcji Slidstvo.info, opublikowany w marcu 2025 roku. Historia Oksany, którą kolega wojskowy wywiózł nad jezioro, pojawiła się w wielu mediach. Nic dziwnego. Społeczeństwo wciąż jeszcze jest zszokowane, kiedy ktoś głośno mówi: po tym, jak już popływał, staliśmy na moście. Ja patrzyłam na wodę, a on mówi, że chce sobie zrobić ze mną zdjęcie. Stanął obok mnie i zaczął się ocierać. Zrozumiałam, że ma erekcję. Wokół nie było nikogo. Na szczęście na tym się wtedy zakończyło i wsiedli do samochodu.
Po sytuacji nad jeziorem kobieta włączyła nagrywanie wideo. Trochę ze strachu, a trochę dlatego, by mieć dowód. Już wtedy wiedziała, że z takich sytuacji najczęściej nie są wyciągane konsekwencje. Na nagraniu słychać ich rozmowę.

– W czym jestem winna? – pyta Oksana mężczyznę, który siedzi blisko niej i prowadzi samochód.
– W tym, że jesteś dziewczyną, jesteśmy sobie bardzo bliscy, a ty nie chcesz się ze mną kochać – odpowiada jej Siergiej. W samochodzie są sami.
– Szanuję cię jako przyjaciela.
– Nie potrzebuję żadnego szacunku, nie jestem twoim przyjacielem. Na takim etapie następuje już seks, niezależnie od tego, czy tego chcesz, czy nie. Mam rację?

Oksana jest medyczką jeszcze od czasów strefy ATO i wojny na Donbasie. Wraz z początkiem pełnowymiarowej wojny poszła jako ochotniczka i dalej ratowała życie żołnierzy w walkach pod Łymaniem, Wowczańskiem i Bachmutem. Za swoje poświęcenie na polu walki otrzymała w 2023 roku nagrodę - “Stalowy Krzyż”. 

Nie byłam gotowa na to, że na służbie ktoś może sobie na coś takiego pozwolić. Ja nigdy wcześniej nie doświadczyłam molestowania - opowiadała dziennikarzom Slidstvo Oksana - Nie byłam przygotowana na to, że ktoś może obmacywać, poniżać, tłumaczyć ci, że masz być czyjąś kobietą, bo po prostu tu jesteś.

Oksana poinformowała dowódcę swojej jednostki o molestowaniu. Kobieta nie chciała, aby sytuacja wyszła poza granice batalionu i nie chciała, aby przeniesiono ją do innej jednostki. Oksana rozumiała, że zazwyczaj właśnie taki schemat działa: pozbyć się problemu, czyli kobiety. Ona chciała przeprosin i gwarancji bezpieczeństwa. Jednak po dwóch miesiącach oczekiwań (po drodze również oskarżenia jej o to, że sama prowokowała) nie wytrzymała i zwróciła się do mediów. Dopiero po materiale Slidstvo.Info rozpoczęło się śledztwo. Które wciąż trwa. 

Kierunek Pokrowski, 2025 r. Zdjęcie: Jose Colon/Anadolu/AA/ABACA/Abaca/East News

Ochrona prawna

"O tym nie tylko trzeba mówić ale i należy przeciwdziałać" - mówi Hanna Demydenko z organizacji Veteranka.

Veteranka to organizacja, która chroni prawa kobiet w wojsku i pomaga weterankom powrócić do życia cywilnego. Założona w 2019 roku z inicjatywy aktywistek i weteranek miała na celu wprowadzenie ważnych zmian w społeczeństwie. Wraz z początkiem wojny w 2014 roku kobiety, które zgłosiły się do armii, napotykały wiele barier, zarówno na poziomie prawnym, jak i mentalnym. Miały wielkie trudności z zajęciem wyższych stanowisk, czy tak zwanych pozycji bojowych na pierwszej linii frontu. Veteranka, od początku swojego istnienia, próbowała wyrównywać szanse. Chciano, aby głos kobiet był usłyszany i rozumiany.

W 2022 roku, po wybuchu pełnowymiarowej wojny, najważniejszym zadaniem było, po prostu, przetrwać. Więc przez pewien czas organizacja skupiła się na wspieraniu armii, dostarczaniu na front pomocy, sprzętu i siatek maskujących. Ale po pewnym czasie pojawiło się zrozumienie sytuacji - to wszystko nie będzie trwać krótką chwilę, a należy szykować się na maraton. A problemy sprzed pełnowymiarowej wojny nigdzie przecież nie zniknęły. Na skrzynkę mailową Veteranki cały czas przychodziły wiadomości z prośbą o pomoc, z informacją o tym, że znowu ktoś doświadczył w armii molestowania.

"Niezwykle ważne jest, by zrozumieć, że jeśli osoba (bo problem przecież nie zawsze dotyczy tylko kobiet) idzie do wojska, jest narażona na ogromne ryzyko utraty życia i zdrowia. Taki człowiek musi mieć poczucie bezpieczeństwa po swojej stronie barykady. Kiedy idzie wykonywać bojowe zadanie, albo z niego wraca, nikt i nic jej nie powinno zagrażać. A na pewno nie pobratymcy"- mówi Demydenko.

Skarg i anonimowych listów przychodzi do Veteranki sporo, ale skala problemu może być znacznie większa, bo część pokrzywdzonych osób, ze strachu, może nie szukać wsparcia

Nie istnieje nawet instrukcja, co robić w takiej sytuacji. Zdaniem działaczki największym problemem jest brak prawnego mechanizmu, który by chronił ofiarę.
Tak, jak w przypadku historii Oksany, jeśli sprawa molestowania dotrze do dowódcy, ten może uznać, że lepiej przenieść kobietę do innej jednostki, niż utracić doświadczonego w bojach żołnierza. I tak - doświadczony żołnierz zostanie na miejscu, a sprawę zatuszuje się przeniesieniem żołnierki w inne miejsce. Szybkie i wygodne wyjście z sytuacji jest jednocześnie nakręcaniem spirali strachu i pogłębianiem się problemu. 

"Jeśli ofiara dzwoni na gorącą linię Ministerstwa Obrony to jej sprawa, zgodnie z ukraińskim prawem, będzie rozpatrywana do 30 dni. To bardzo długi czas, a ofiara może się bać, że w tym czasie jej zgłoszenie dotrze do dowódcy, który zechce zatuszować sprawę i uchronić doświadczonego żołnierza przed karą. A jeszcze gorzej, jeśli oprawcą jest sam dowódca. Osoba pokrzywdzona może mieć różne wizje tego, co się stanie. A może wyślą mnie w okopy, z których nie wrócę, żeby sprawa nigdzie dalej nie wyszła? - opowiada Demydenko.

Największym wyzwaniem jest myśl wewnątrz jednostek, że „u nas takiego problemu nie ma”. Przecież nie ma zgłoszeń, więc tego typu statystyki nawet nie powstają. Zatem bardzo łatwo ulec takiemu myśleniu.

Demydenko podejrzewa, że gdyby zjawiły się takie statystyki, to poszybowały natychmiast w górę. Skąd takie przekonanie? Bo molestowania zdarzają się w każdej armii na świecie, a najlepszym środkiem zapobiegawczym, przeciwko takim zachowaniom, jest kara

Pokazanie, że nawet wysoko postawiony żołnierz z pagonami zostanie wyrzucony za przestępstwa na tle seksualnym. Mechanizm ochronny powinien działać przede wszystkim szybciej, ale też chroniąc anonimowość poszkodowanej osoby przed ewentualną zemstą ze strony oprawcy. Ofiara w momencie, w którym zgłasza się po pomoc, musi być chroniona. Rozumiejąc te mechanizmy Veteranka zaczęła odświeżać i rozwijać projekt, prowadzony jeszcze do wybuchu pełnowymiarowej wojny. Niedawno członkinie przeprowadziły szereg konsultacji, spotkań z organizacjami partnerskimi, ale też z ministerstwem.

"Mechanizmu prawnego, chroniącego ofiarę, po prostu nie ma - wyjaśnia Hanna Demydenko. - Kiedy zobaczyliśmy, że w różnych miejscach odbijamy się od ściany i nikt nie reaguje na nasze prośby, napisaliśmy petycję do prezydenta Ukrainy i zebraliśmy 25 tysięcy podpisów. Bez przeprowadzonej wcześniej wielkiej kampanii informacyjnej to ogromna liczba. A to znaczy, że ludziom nie jest wszystko jedno. Petycja pomogła nam wrócić do ściślejszej współpracy z Ministerstwem Obrony".

30 grudnia 2024 roku prezydent Ukrainy podpisał dekret o mianowaniu Olgi Reszetylowej swoim pełnomocnikiem ds. ochrony praw żołnierzy oraz członków ich rodzin. To początek zmian, choć zdaniem członkiń Veteranki, do rozwiązania problemu droga jeszcze daleka. Choćby dlatego, że nie ma przepisów, które dałyby pełnomocniczce instytucjonalne uprawnienia do działania.

Ale powstało pole do dialogu, który jest rozwijany. Już przyjęto w pierwszym czytaniu ustawę, w której opracowaniu uczestniczyła ekspertka z Veteranki, dotyczącą zmian w statucie dyscyplinarnym. Zawiera on paragraf dotyczący przeciwdziałania przemocy seksualnej i nierówności płciowej. Następnie, po przyjęciu projektu w drugim czytaniu, będzie można dopracować instrukcję postępowania dla ofiary, która będzie oparta na tej ustawie, dzięki której ofiara będzie chroniona, a sprawcy będą mogli zostać ukarani i poniosą odpowiedzialność.

Zdjęcie: Ruch Kobiecy Weteranka

Molestowanie na światowym poziomie

Problem przemocy seksualnej jest realny i nie dotyczy tylko “postsowieckich armii”. W artykule “Molestowanie i przemoc seksualna w siłach zbrojnych” Matt Fossey i Lottie Herriott analizują raport grupy badawczej, powstałej w ramach Organizacji Naukowo-Technicznej NATO, która chciała odpowiedzieć na pytanie: czy w natowskich siłach zbrojnych istnieje wszechobecna kultura nadużyć seksualnych? W skład grupy weszli eksperci z siedmiu państw (Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwecji, Stanów Zjednoczonych, Chorwacji i Rumunii), którzy dokonali szerokiej analizy międzynarodowego prawodawstwa, polityk, procedur i metod raportowania, a także częstotliwości występowania molestowania i przemocy seksualnej.

Uznano, że napaść na tle seksualnym lub molestowanie, doświadczone podczas służby wojskowej, dotyka od 20% do 45% wojskowych

Szczególnie narażone na taką traumę są kobiety, bo badania szacują, że 33% amerykańskich (2021), 36,7% francuskich (2021) i 44,6% kanadyjskich (2022) żołnierek doświadczyło jakiejś formy molestowania w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badania. Skala problemu przytłacza i nie zachęca kobiet do wstąpienia do armii. A w niepewnych czasach, w jakich żyjemy, cywilna ludność chciałaby mieć nowoczesną i zdolną do obrony kraju armię, w której szeregach będą służyć wyszkolone droniarki, zwiadowczynie czy snajperki.

9
min
Aldona Hartwińska
Napaść na tle seksualnym
Kobiety w wojsku
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

„Podniósł się i uderzył mnie głową w nos”. W Warszawie pobito kobietę, która stanęła w obronie Ukrainki

Zenobia Żaczek jest członkinią Komitetu Obrony Praw Lokatorów. Znana ze swojej aktywnej postawy obywatelskiej, wielokrotnie broniła ofiar przemocy lub dyskryminacji. A ostatnio stanęła w obronie starszej Ukrainki, którą obrażał agresywny pasażer autobusu, ponieważ usłyszał, że mówi ona po ukraińsku. Dzięki odwadze Zenobii i jej przyjaciółki Ann Kij, które powstrzymały napastnika, incydent zwrócił uwagę ludzi, a policja rozpoczęła już dochodzenie.

— Kiedy wraz z przyjaciółką wsiadłyśmy do autobusu nr 190, usłyszałyśmy krzyk jednego z mężczyzn, który nim jechał — opowiada Zenobia. — Na początku nie wiedziałyśmy, o co chodzi. Ale kiedy podeszłyśmy bliżej, słowa stały się łatwe do zrozumienia. Nieustannie krzyczał to samo do starszej kobiety — o „banderowcach”, UPA, Wołyniu, o tym, że Ukraińcy powinni wynosić się z Polski i wiele innych haniebnych rzeczy.

Kobieta siedziała spokojnie, nic nie odpowiadała. Jej jedyną winą było, że rozmawiała po ukraińsku z jakąś dziewczyną i właśnie do tego przyczepił się napastnik.

- Coś we mnie nie wytrzymało. Wstałam, podeszłam do niego. Próbowałam powstrzymać go słowami. Powiedziałam mu, że nie reprezentuje wszystkich Polaków. Zapytałam, kim w ogóle jest, żeby decydować, kto może być w Polsce, a kto nie. Powiedziałam też, żeby się zamknął, bo takie słowa są niedopuszczalne. Dla mnie ważne było pokazanie, że nie wszyscy Polacy myślą i zachowują się tak jak ten mężczyzna. A on rzucił się na mnie.

Zaczął mnie obrażać, czepiać się mojego ubrania. Miałam na spodnie w kwiaty, a jemu się to nie podobało. Odsunęłam się, a moja koleżanka wyjęła telefon i zaczęła nagrywać. Kiedy to zobaczył, rzucił się na nas, próbując wyrwać jej telefon. Weszłam między nich, żeby nie mógł tego zrobić. Wtedy podszedł do mnie i uderzył mnie głową w nos. Natychmiast zaczęła płynąć krew. Potem był przystanek, otworzyły się drzwi i moja koleżanka po prostu wypchnęła go z autobusu. Zachwiał się, a w tym momencie kierowca zamknął drzwi — pojechaliśmy dalej już bez niego.

Dlaczego zdecydowałaś się interweniować? Co skłoniło cię do stanąć w obronie Ukrainki?

Nie zgadzam się, aby nasz kraj tak wyglądał. Nie zgadzam się, aby ludzie byli poniżani, dzieleni na Polaków, Ukraińców lub według jakichkolwiek innych kryteriów. Jestem dumna z tego, że w okolicy, w której mieszkam, ludzie mówią różnymi językami. Chcę, żeby tak pozostało i nie akceptuję prześladowania kogoś tylko dlatego, że mówi innym językiem.

Nie było strasznie?

Oczywiście, ale nawet o tym nie myślałam. Wszystko działo się szybko i automatycznie. Po prostu działałam.

Jak zareagowali inni pasażerowie? Czy ktoś pani pomógł?

Nikt mi nie pomógł, ani nie interweniował. Wszyscy patrzyli w telefony i udawali, że nic się nie dzieje. Chociaż autobus był pełny. Jakiś mężczyzna stał między nami a napastnikiem. Widać to na filmie — trzymał się poręczy. Gdyby po prostu się przesunął i zablokował mu drogę, atak na mnie mógłby nie mieć miejsca.

Scena z filmu nagranego przez Annę Kijj

Dlaczego, Twoim zdaniem, ludzie milczeli i nie interweniowali?

Bo się boją. To paraliżujący strach. Po drugie — nie mogę wiedzieć na pewno, co im chodzi po głowie. Wiele osób jest obojętnych na problemy innych, nie interesują ich one. A powinny się nimi interesować, ponieważ to nasza wspólna sprawa i odpowiedzialność. Musimy robić wszystko, aby nasz kraj był otwarty i przyjazny dla ludzi.

Kierowca autobusu też nie interweniował w konflikt?

Nie, ale szybko zamknął drzwi na przystanku — i to właściwie pomogło. Jednak nic więcej nie zrobił.

Czy po tym zdarzeniu zwróciła się Pani o pomoc medyczną? Jakie obrażenia Pani odniosła?

Miałam rozcięty nos, z którego płynęła krew. Były to powierzchowne obrażenia. Przeszłam badania, ale na szczęście nie stwierdzono nic poważnego — tylko niewielkie stłuczenia. Dzisiaj nadal trochę boli mnie głowa, pozostały niewielkie ślady urazu.

Nie żałuje Pani, że się Pani wtrąciła?

Nie, w żadnym wypadku. Wręcz przeciwnie — po tym incydencie otrzymuję bardzo wiele komentarzy wsparcia, setki pozytywnych słów. To mnie dodaje otuchy.

Czy udało się przekazać nagranie policji i czy funkcjonariusze zatrzymali agresora?

Złożyłam zeznania, przekazaliśmy nagranie. Policja otrzymała również nagrania z kamer monitoringu zainstalowanych bezpośrednio w autobusie. Mają wszystkie dowody jego winy. (38-letni Polak został już zatrzymany przez policję z dzielnicy Praga-Północ - Red).

Piszą do mnie ludzie, że tego mężczyznę widziano również w innych miejscach Warszawy, gdzie również zachowywał się agresywnie. I że to nie pierwszy taki przypadek z jego udziałem.

Czy można powiedzieć, że agresja wobec Ukraińców staje się już trendem?

Wydaje mi się, że z każdym dniem coraz częściej słyszę o takich przypadkach. Nawet w przychodni, gdzie byłam na badaniach po napaści, od pacjentów można było usłyszeć: „trzeba odebrać pomoc Ukraińcom, bo „oni nie pracują”, „jeżdżą drogimi samochodami”…”. Chociaż to kompletna bzdura. Osobiście znam Ukrainki, które przychodzą do nas, do Komitetu Ochrony Praw Lokatorów Są to kobiety, które mają problemy z mieszkaniem, które są eksmitowane, które doświadczyły przymusowych eksmisji. A przecież one pracują. Widzę, że takie wypowiedzi nasiliły się szczególnie w ostatnich miesiącach. Dlatego uważam, że naszym obowiązkiem jest coś z tym zrobić. Nie milczeć.

Dlaczego właśnie ostatnio nasila się negatywny nurt wobec Ukraińców?

Z jednej strony, oczywiście, Rosja wzmacnia to w mediach społecznościowych — mają swoje techniki psychomanipulacji i zdecydowanie je wykorzystują. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Są też polscy politycy, którzy robią na tym karierę — zwłaszcza podczas kampanii wyborczych.

Na szczęście nie wszyscy tak myślą — to raczej mniejszość, która manipuluje i próbuje wmówić ludziom, że ktoś jest lepszy, a Ukraińcy gorsi. I zamiast walczyć o to, aby wszystkim żyło się lepiej, proponują pogorszyć sytuację innych.

To źle, bo ostatecznie na takim zachowaniu tracą wszyscy.

Niedawno w Stanach Zjednoczonych chory mężczyzna zabił Ukrainkę, a nikt w wagonie nie stanął w jej obronie. Jak można zmienić reakcję społeczeństwa, aby w podobnych przypadkach ludzie nie pozostawali obojętni? Co mogą zrobić zwykli ludzie i politycy?

Jeśli porównać z USA, to tutaj sytuacja i poziom przemocy są inne, mamy do czynienia z pobiciem, ale to nie zmienia istoty problemu. Musimy reagować!

Gdyby wszyscy pasażerowie powiedzieli choćby jedno słowo napastnikowi, ten mężczyzna wycofałby się

Reakcja zbiorowa działa: gdy wiele osób interweniuje, ryzyko dla osoby indywidualnej maleje. Dlatego trzeba być aktywnym: jeśli widzisz niesprawiedliwość lub zło — zrób coś. W przeciwnym razie wszyscy przegramy. Ta kwestia dotyczy nie tylko Ukraińców. To ogólne zagrożenie. Jeśli nie przeciwdziałać prześladowaniu najemców, nauczycieli, społeczności LGBT itp., będzie się to powtarzać w kółko.

Musimy być solidarni i wspierać tych, którzy są słabsi lub padają ofiarą przemocy lub represji. Nasze społeczeństwo będzie lepsze, jeśli będziemy działać razem. I nie ma znaczenia, czy są to Polacy, Ukraińcy, Białorusini czy ktokolwiek inny — wszyscy jesteśmy częścią jednego społeczeństwa. Powinno ono być ludzkie i sprawiedliwe. Tylko w ten sposób można przeciwstawić się złu.

6
min
Natalia Żukowska
Тривожна тенденція
false
false
Poprzednie
1
Następne
3 / 28
Jarosław Hrycak
Olga Piasecka-Nieć
Agnieszka Deja
DEMAGOG
Edwin Bendyk
Adam Wajrak
Diana Balynska
Anastasija Bereza
Julia Boguslavska
Oksana Zabużko
Timothy Snyder
Sofia Czeliak
New Eastern Europe
Darka Gorowa
Ілонна Немцева
Олександр Гресь
Tereza Sajczuk
Iryna Desiatnikowa
Wachtang Kebuładze
Iwona Reichardt
Melania Krych
Tetiana Stakhiwska
Emma Poper
Aldona Hartwińska
Artem Czech
Hanna Hnatenko-Szabaldina
Maria Bruni
Natalia Buszkowska
Tim Mak
Lilia Kuzniecowa
Jędrzej Dudkiewicz
Jaryna Matwiiw
Wiktor Szlinczak
Dwutygodnik
Aleksandra Szyłło
Chrystyna Parubij
Natalia Karapata
Jędrzej Pawlicki
Roland Freudenstein
Project Syndicate
Marcin Terlik
Polska Agencja Prasowa
Zaborona
Sławomir Sierakowski
Oleg Katkow
Lesia Litwinowa
Iwan Kyryczewski
Irena Tymotiewycz
Odile Renaud-Basso
Kristalina Georgiewa
Nadia Calvino
Kaja Puto
Anna J. Dudek
Ołeksandr Hołubow
Jarosław Pidhora-Gwiazdowski
Hanna Malar
Paweł Bobolowicz
Nina Kuriata
Anna Ciomyk
Irena Grudzińska-Gross
Maria Cipciura
Tetiana Pastuszenko
Marina Daniluk-Jarmolajewa
Karolina Baca-Pogorzelska
Oksana Gonczaruk
Larysa Poprocka
Julia Szipunowa
Robert Siewiorek
Anastasija Nowicka
Śniżana Czerniuk
Maryna Stepanenko
Oleksandra Novosel
Tatusia Bo
Anastasija Żuk
Olena Bondarenko
Julia Malejewa
Tetiana Wygowska
Iryna Skosar
Larysa Krupina
Irena De Lusto
Anastazja Bobkowa
Paweł Klimkin
Iryna Kasjanowa
Anastazja Kanarska
Jewhen Magda
Kateryna Tryfonenko
Wira Biczuja
Joanna Mosiej
Natalia Delieva
Daria Gorska
Iryna Rybińska
Anna Lisko
Anna Stachowiak
Maria Burmaka
Jerzy Wójcik
Oksana Bieliakowa
Ivanna Klympush-Tsintsadze
Anna Łodygina
Sofia Vorobei
Kateryna Kopanieva

Wesprzyj Sestry

Zmiana nie zaczyna się kiedyś. Zaczyna się teraz – od Ciebie. Wspierając Sestry, jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.

Wpłać dotację
  • YouTube icon
Napisz do redakcji

redakcja@sestry.eu

Dołącz do newslettera

Otrzymuj najważniejsze informacje, czytaj inspirujące historie i bądź zawsze na bieżąco!

Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.
Ⓒ Media Liberation Fund 2022
Strona wykonana przez
Polityka prywatności• Polityka plików cookie • Preferencje dotyczące plików cookie