Społeczeństwo
Репортажі з акцій протестів та мітингів, найважливіші події у фокусі уваги наших журналістів, явища та феномени, які не повинні залишитись непоміченими

Ekonomista Jakub Karnowski: Ukraińcy realnie podtrzymują polską gospodarkę
Od marca 2025 roku Jakub Karnowski jest prezesem zarządu KredoBanku (Grupa PKO Banku Polskiego) z siedzibą we Lwowie; wcześniej, od sierpnia 2024, pełnił funkcję pierwszego wiceprezesa. KredoBank – jako ukraiński bank z polskim kapitałem – finansuje przedsiębiorstwa i projekty wspierające stabilność oraz odbudowę ukraińskiej gospodarki. W latach 2021–2024 był niezależnym członkiem rady nadzorczej Ukrzaliznyci, zasiada również w radzie nadzorczej Ukrposzty.
Joanna Mosiej: Jakiś czas temu wspólnie uczestniczyliśmy w wykładzie profesora Jarosława Hrycaka, który próbował odpowiedzieć na pytanie, jakiej Ukrainy potrzebuje Polska i jakiej Polski potrzebuje Ukraina. Jestem bardzo ciekawa, jak Pan sam odpowiedziałby dziś na to pytanie.
Jakub Karnowski: Jesteśmy pod koniec czwartego roku pełnoskalowej wojny. Dla Ukraińców wojna zaczęła się jednak w 2014 roku, a więc trwa już niemal dwanaście lat. Musimy mieć świadomość, że Ukraina jest krajem skrajnie wyczerpanym. Setki tysięcy ludzi zginęły lub zostały ranne w wyniku rosyjskiej agresji.
Polska również jest stroną tej wojny – choć nie w sposób otwarty. Rosja nie odważy się na bezpośredni atak na kraj należący do NATO, między innymi ze względu na niezwykłe bohaterstwo Ukraińców. Ale to, co obserwujemy: sabotaże na kolei, podpalenie hali przy ulicy Marywilskiej w Warszawie i wiele innych zdarzeń – to są realne zagrożenia. Jestem przekonany, że o części z nich nawet nie wiemy, bo zostały skutecznie udaremnione przez polskie służby. Musimy jasno powiedzieć: wróg jest wspólny. Historycznie często bywało tak, że Polska była w lepszej sytuacji niż Ukraina – głównie z powodów geograficznych.
Joanna Mosiej: Im bliżej Moskwy, tym gorzej.
Dokładnie tak. Nie trzeba nikogo przekonywać, dlaczego wzajemnie się potrzebujemy. Polska potrzebuje Ukrainy zdolnej do obrony przed rosyjską agresją. Z kolei Ukraina potrzebuje silnej Polski jako zaplecza logistycznego, politycznego i społecznego. Tu mieszkają rodziny ukraińskich żołnierzy. Jesteśmy sobie najbliżsi pod każdym względem: kulturowym, długości granicy, intensywności przepływu towarów.
Sukces polskiej gospodarki jest bezprecedensowy i Ukraińcy nam go szczerze zazdroszczą. Wydatki na obronność rzędu 4–5 procent PKB są możliwe właśnie dlatego, że wcześniej udało się przeprowadzić skuteczne reformy gospodarcze. Ukraina tego etapu nie przeszła. Dlatego potrzebujemy się nawzajem silni – różni, ale wspierający się.
Joanna Mosiej: Witalij Sych, redaktor naczelny NV.ua, powiedział w rozmowie z nami: „Warszawa to Kijów, któremu się udało”. Dla wielu Ukraińców Leszek Balcerowicz jest w pewnym sensie bohaterem. Dlaczego Ukrainie w latach 90. się nie powiodło i czy po wojnie jest jeszcze na to szansa?
Przyczyn jest wiele. W 1990 roku PKB na mieszkańca w Ukrainie, jeszcze w Ukraińskiej SRR, było wyższe niż w Polsce.
Pamiętam to bardzo dobrze. Mam osobistą historię: w dniu ogłoszenia niepodległości Ukrainy, 24 sierpnia 1991 roku, byłem w Chmielnickim. Miałem 17 lat i zajmowałem się handlem: kupowałem spodnie w Przemyślu i sprzedawałem je na bazarze w Ukrainie. Widziałem na własne oczy, jak wyglądały oba kraje. Ukraina była wówczas nieco bardziej rozwinięta niż Polska.
Stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze: nie miała swojego Balcerowicza jako realnego lidera przemian. On sam był później na Ukrainie bardzo wysoko ceniony: w 2016 roku zaproponowano mu nawet stanowisko premiera. Nie przyjął tej propozycji, ale przez pewien czas kierował zespołem doradców prezydenta Petra Poroszenki. Wspierała go grupa Polaków i osób z ukraińskimi korzeniami.
Ukrainie zabrakło jednak nie tylko jednej postaci, lecz całego środowiska - takiego, jakie w Polsce powstało wokół Unii Wolności: Jacka Kuronia, Bronisława Geremka, Adama Michnika, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Frasyniuka. Państwowców, inteligencji z realnym wpływem. Ukraina miała wybitne jednostki, ale nie miały one wystarczającej siły politycznej.
Do tego dochodzi czynnik historyczny. Poza zachodnią częścią kraju, która do 1939 roku należała do Polski, Ukraina była częścią Związku Sowieckiego. Profesor Hrycak mówił, że sanacja w schyłkowym okresie była dla Ukraińców trudna — ale po drugiej stronie granicy był Hołodomor, bolszewicy i terror. To była przepaść cywilizacyjna. Polska zachowała pamięć rynku, kodeksu handlowego z 1934 roku. Ukraina — nie.
I oczywiście kluczowa była odległość od Moskwy.
Joanna Mosiej: Profesor Hrycak nazwał polsko-ukraińskie pojednanie z 1991 roku „cudem”. Czy Pan też by użył tego słowa?
Staram się patrzeć na to możliwie chłodno. Nie mam korzeni na Wschodzie, pochodzę z Zagłębia Dąbrowskiego i z Warszawy więc moje spojrzenie jest bardziej analityczne. Rola prezydentów Kwaśniewskiego i Komorowskiego była ogromna. We Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim, stoją obok siebie pomniki Orląt Lwowskich i Strzelców Siczowych. Trudno wyobrazić sobie podobną sytuację w innym kraju.
Dla Polaków Orlęta to bohaterowie, ale faktem jest, że strzelali do Ukraińców. Strzelcy Siczowi ginęli za wolną Ukrainę, często walcząc z Polakami. A dziś ich pomniki stoją obok siebie. To niezwykle mocny symbol „rodzinnej Europy”.
Czy nasze relacje są szczególnie trudne? Nie powiedziałbym. Jeśli spojrzymy na historię Europy, choćby Francji i Niemiec, zobaczymy, że dramatyczne doświadczenia są normą. W II RP Ukraińcy stanowili 15 procent ludności, byli największą mniejszością narodową. Prawie nie ma sąsiadujących ze sobą państw w Europie, które nie miałyby tragicznej przeszłości w XX wieku.
Jerzy Wójcik: Dlaczego Putin tak nienawidzi Polski i Ukrainy?
Jeśli połączymy Polskę i Ukrainę, mówimy o 70 milionach ludzi. Polska ma silną gospodarkę, Ukraina wydaje 27 procent PKB na obronę i testuje w realnej wojnie nowoczesne technologie militarne. My mamy kapitał, oni doświadczenie bojowe. Razem jesteśmy dla Putina realnym zagrożeniem: Polska dzięki ogromnemu rozwojowi gospodarczemu, Ukraina dzięki determinacji i doświadczeniu wojennemu.
Pytanie brzmi, ilu Polaków — także wśród tych najgłośniej protestujących i nazywających się „patriotami” — rzeczywiście byłoby dziś gotowych stanąć w obronie ojczyzny. Mam wątpliwości, czy ta gotowość dorównywałaby odwadze Ukraińców. Wielu z tych najbardziej odważnych już nie żyje, a ich rodziny są dziś w Polsce i próbują na nowo ułożyć sobie życie.
Jerzy Wójcik: Wolałbym nie sprawdzać w praktyce gotowości do poświęceń tych tak zwanych „prawdziwych polskich patriotów”.
Też wolałbym nie sprawdzać tej gotowości.
Ale musimy powiedzieć to jasno: jeśli chcemy utrzymać tempo wzrostu gospodarczego i w przyszłości mieć wyższe emerytury, ktoś w Polsce musi pracować. Ukraińcy realnie przyczyniają się do wzrostu naszego PKB.
Kto jest nam kulturowo bliższy niż Ukraińcy? Przez wieki żyliśmy na tym samym obszarze, jesteśmy do siebie bardzo podobni.
Joanna Mosiej: Milion Ukraińców mieszkających dziś w Polsce to ogromny zastrzyk dla gospodarki, która cierpi na niedobór rąk do pracy. Dlaczego państwo nie prowadzi szerokiej kampanii tłumaczącej, że bez nich nasze szpitale czy system opieki nad seniorami po prostu by nie funkcjonowały?
To prawda. Ukraińcy w realny sposób podtrzymują polską gospodarkę. Płacą składki do ZUS i składki zdrowotne, a rzadko z nich korzystają, bo są młodzi i aktywni zawodowo. Bilans dla systemu jest jednoznacznie dodatni. Doświadczenia Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii pokazują, że migranci budują PKB. Jeśli Ukraińcy wyjadą z Polski, niektóre usługi po prostu przestaną istnieć.
Jerzy Wójcik: Co daje Panu dziś największy powód do optymizmu?
Spędziłem w Ukrainie dwa lata w czasie tej wojny i dla mnie jest oczywiste, że oni nie mogą jej przegrać. Nie potrafię sobie wyobrazić rosyjskiej okupacji Kijowa czy Lwowa. Stało się zbyt wiele skrajnego zła.
Ukraina nie przegra, dopóki ma wsparcie Zachodu a Europa zaczyna wreszcie rozumieć skalę zagrożenia. Produkcja uzbrojenia w Europie gwałtownie przyspieszyła. Widzimy też, że Rosja już tu jest — w naszych mediach społecznościowych i próbuje wpływać na opinię publiczną poprzez tak zwanych „użytecznych idiotów”. Mimo to siły rozsądku wygrywają. Musimy jedynie nauczyć się rozpoznawać, kto i w jakim celu próbuje nami manipulować, zwłaszcza w okresach wyborczych. Przykładem jest choćby wsparcie części polskiej prawicy dla ugrupowań w rodzaju AfD, odwołujących się do nazistowskich tradycji — co, biorąc pod uwagę historię, jest trudne do zrozumienia.
Jerzy Wójcik: Europa musi wziąć na siebie większą odpowiedzialność, choć widać opory choćby w sprawie zamrożonych rosyjskich aktywów.
Rozmawiałem o tym w banku centralnym w Kijowie. Przyjęte rozwiązanie, czyli pożyczanie Ukrainie środków pod zastaw zysków z zamrożonych aktywów rosyjskich, daje jej realny oddech. Te około 90 miliardów euro pozwala przetrwać zimę i podtrzymać funkcjonowanie gospodarki. To rozsądny, satysfakcjonujący kompromis.
Joanna Mosiej: A odbudowa Ukrainy i rola polskich firm? Nasze inwestycje to wciąż mniej niż jeden procent. Tymczasem Niemcy już budują fabryki amunicji przy granicy.
Jako PKO Bank Polski jesteśmy dziś największą polską inwestycją w Ukrainie. Obsługujemy około 50 tysięcy firm i pół miliona klientów. Ale w czasie wojny nikt rozsądny nie buduje fabryk, które mogą zostać zniszczone jednym uderzeniem rakietowym. Biznes czeka na koniec działań wojennych, bo dziś ryzyko jest po prostu zbyt duże.
Joanna Mosiej: Skąd się bierze słynna ukraińska wytrwałość?
W Ukrainie kluczowe jest podejście do wolności i demokracji — to zasadniczo odróżnia ich od Rosjan. Nawet osoby rosyjskojęzyczne nie chcą być częścią Rosji.
To kwestia instytucji, wychowania i doświadczenia, nie genów. Ukraina jest zmęczona. W grudniu w Kijowie są zaciemnienia, jest ciężko. A mimo to Ukraińcy wciąż stoją.
Putin przeszacował siłę swojej armii, a dramatycznie niedoszacował morale Ukraińców. Rosja prowadzi wojnę na wyniszczenie, nie licząc się z życiem własnych żołnierzy. Dla Stalina milion ofiar nie miał znaczenia — i dla Putina również. Dlatego musimy wspierać Ukrainę: tam życie ludzkie ma wartość, a ludzi jest po prostu mniej.
Jerzy Wójcik: Czyli to zderzenie dwóch światów: kultury życia i kultury śmierci.
Dokładnie tak. Rosyjski Kościół jest elementem aparatu władzy, a deklarowane wartości są jedynie fasadą. Trzeba też pamiętać o roli Chin, które wspierają Rosję gospodarczo, wykorzystując skalę swojego rynku. Rosja stopniowo staje się wasalem Chin. Nie uważam jednak, że jesteśmy skazani na dominację Pekinu.
Polska rozwija się dziś najszybciej w Europie, a Unia Europejska pozostaje jedną z największych potęg gospodarczych świata. Musimy tylko przestać być naiwni wobec rosyjskiej propagandy i działać wspólnie. Portugalczyk i Polak muszą zrozumieć, że mają wspólny interes.
Posłuchaj całej rozmowy w wideopodcaście


Nie odwracaj wzroku. Zdjęcia roku 2025 z Ukrainy
I nie chodzi o to, by śledzić wszystkie wiadomości i oglądać drastyczne zdjęcia, lecz by być zorientowanym, co się dzieje, wiedzieć jak odróżniać rzetelne wiadomości od fake newsów, viralowe zdjęcia od tych ze sprawdzonym podpisem agencji fotograficznej, czy udostępnionym w mediach przez fotografa czy fotografkę, który jest na miejscu.
W magazynie Sestry.eu opowiadamy o losach żołnierek i żołnierzy, którzy walczą na ukraińskim froncie oraz, nawet częściej, o życiu cywili, zwykłych-niezwykłych bohaterek i bohaterów życia codziennego.
I takie fotografie trafiły do naszej galerii zdjęć z 2025 roku z Ukrainy. Nie ma wśród nich ujęć polityków, czy istotnych wydarzeń ostatnich 12 miesięcy. Nie jest to też wybór najlepszych zdjęć roku.
Chcemy pokazać Ukrainki i Ukrainców czwarty rok żyjących w obliczu wojny, ukrywających się w schronach podczas ataków rakietowych i żegnających najbliższych, ale też uprawiających sport, chwytających chwilę w tańcu, odbudowujących domy czy witających ocalałych z frontu.
“Optymiści sądzą,że wszystko będzie dobrze bez względu na nasze zaangażowanie, pesymiści zajmują przeciwne stanowisko; obie strony jednak zwalniają się z obowiązku działania. Tymczasem nadzieja to przekonanie, że to co robimy, ma znaczenie, nawet jeśli nie sposób z góry przewidzieć, jakiego i kiedy znaczenia nabierze, na kogo i na co może wpłynąć” - pisała Rebecca Solnit w eseju “Nadzieja w mroku”.
Nie odwracajmy wzroku od tych zdjęć. I działajmy, bo tylko to daje nadzieję.












„Jest nas piętnaścioro i jesteśmy przeciwko tobie”. Dlaczego w warszawskim liceum wyrzuca się ofiarę bullyingu, a nie sprawców?
W Warszawie 15-letnia Ukrainka Daria, córka znanego siatkarza Jurija Hładyra — dwukrotnego mistrza Ukrainy i mistrza Polski w piłce siatkowej — zgłosiła przypadki bullyingu ze strony grupy rówieśników w liceum TE Vizja, do którego uczęszcza. Jak relacjonuje dziewczyna, była poniżana zarówno w internecie, jak i w szkole: otrzymywała obraźliwe wiadomości, była wyśmiewana i szykanowana podczas lekcji.
Rodzina zwróciła się o pomoc do dyrekcji liceum, jednak, jak twierdzi matka Darii, szkoła nie zapewniła jej córce należnej ochrony. Władze placówki utrzymują, że zdarzenia z udziałem Darii miały miejsce poza terenem szkoły i miały charakter konfliktu między nastolatkami. Dyrekcja podkreśla, że po otrzymaniu informacji podjęła wszelkie działania przewidziane prawem: zaproponowano wsparcie psychologiczne, przeprowadzono zajęcia profilaktyczne, a jednego z uczniów skreślono z listy. Z niewyjaśnionych powodów skreślono także Darię Hładyr.
Po nagłośnieniu sprawy w mediach zajmuje się nią policja. Na sytuację zareagowało również Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy — minister Andrij Sybiha.
.jpeg)
„Czego ode mnie chcesz?” Jak to się zaczęło
Konflikt rozpoczął się 1 października. Do tego momentu nic nie wskazywało na to, że wydarzy się coś złego. We wrześniu tego roku rozpoczęłam naukę w nowej szkole. Szybko znalazłam przyjaciół i dołączyłam do grupy dziewczyn, z którymi spędzałam dużo czasu. Jedna z nich stała się moją najbliższą przyjaciółką. Razem dojeżdżałyśmy do szkoły i wracałyśmy po lekcjach, pisałyśmy do siebie wieczorami — opowiada Sestrom 15-letnia Daria Hładyr.
Z chłopcami z klasy Daria nie miała konfliktu, ale też się z nimi nie zaprzyjaźniła.
Miała chłopaka z innej szkoły, dlatego konsekwentnie nie podawała nikomu swojego numeru telefonu. Wydawało się, że nikomu to nie przeszkadza. Jak sądzi dziś dziewczyna, właśnie to stało się punktem zwrotnym. — Wygląda na to, że niektórym dziewczynom nie spodobało się, że chłopcy zwracali na mnie uwagę.
Na dwa–trzy dni przed wybuchem otwartego konfliktu zadzwoniła do mnie jedna z dziewczyn z naszej paczki. Powiedziała, że zapytała chłopaków, czy podobam im się jako dziewczyna. Rzekomo odpowiedzieli, że nie, towarzyszył temu śmiech. Zapytałam: „Po co w ogóle ich o to pytasz?”. Odpowiedziała: „Po prostu byłam ciekawa”.
Daria mówi, że zareagowała spokojnie — powiedziała, że nie interesuje jej taka rozmowa. O jednym z chłopaków wspomniała, że wydaje jej się „dziwny” i nie budzi w niej żadnego zainteresowania. Na tym rozmowa się zakończyła.
O nieprzyjemnej sytuacji opowiedziała innym koleżankom. Już następnego dnia w szkole dwie dziewczyny, z którymi wcześniej się przyjaźniła, zaczęły się dziwnie zachowywać: nie witały się, szeptały z innymi uczniami, przekazywały sobie coś „na ucho”. Atmosfera była napięta i niezrozumiała. — W naszej szkole nauka odbywa się w dwóch równoległych klasach dwujęzycznych. Ja byłam w jednej, a moja bliska przyjaciółka w drugiej, więc kończyłyśmy lekcje o różnych godzinach. Tego dnia napisałam do niej: „Gdzie jesteś? Wracamy razem do domu czy nie?”. Odpisała ostro: „Czego ty ode mnie chcesz? Jestem w toalecie”. A ja w tym momencie sama byłam w toalecie. Napisałam: „Po co mnie okłamujesz?”.
I wtedy kontakt się urwał… aż do północy. Wtedy zaczęło się najgorsze.
Atak ze wszystkich stron
Na Instagramie Daria zaczęła otrzymywać głosowe wiadomości pełne obelg i kpin. — Pojawiały się teksty w stylu: „Nienawidzimy cię”, „Jest nas wielu”, „Jesteś zbyt pewna siebie”. Były wulgaryzmy: „Otwórz oczy, su*o”. To było demonstracyjne, zbiorowe upokarzanie. Jakby mówili: jesteśmy wszyscy razem — przeciwko tobie. Wszystkie te wiadomości przychodziły z konta jej byłej najlepszej przyjaciółki — opowiada mama dziewczyny, Marina.
Przeciwko Darii zjednoczyło się łącznie 15 uczniów z różnych klas. Następnego dnia Marina poszła porozmawiać z dyrektorem liceum. Zapewniono ją, że sytuacja jest omawiana przez grono pedagogiczne i że jej córka nie będzie już nękana. Jednak po południu Daria zadzwoniła do matki. — Powiedziała: „Mamo, oni znowu mnie gnębią — na lekcjach i na przerwach”. Jeden z uczniów zrobił jej zdjęcie w trakcie lekcji — mimo że zgodnie z regulaminem telefony powinny być oddane nauczycielowi — i wysłał je do grupy, w której ją wyśmiewano.
Później Daria dowiedziała się, że uczniowie założyli zapasową grupę do dalszego poniżania jej — na wypadek, gdyby dyrektor dowiedział się o pierwszej. Co istotne, w tej grupie był także jeden uczeń z Ukrainy. Do dziś tylko on, spośród wszystkich 15 osób biorących udział w nękaniu, przeprosił Darię.
Przemoc koncentrowała się przede wszystkim na wyglądzie dziewczyny. Daria ma drobną cechę — jedno oko jest minimalnie mniejsze od drugiego. To prawie niewidoczne, ale dla dzieci stało się pretekstem do kpin. Wyśmiewali też jej zęby — Daria przygotowuje się do leczenia ortodontycznego. Córka nigdy nie miała problemów z samooceną, była pewna siebie. W poprzednich szkołach nikt się z niej nie śmiał. A tutaj nagle zaczęto to demonstracyjnie zauważać. — Podchodzili do niej, przyglądali się oku czy uśmiechowi, naśladowali pirata z przymrużonym okiem, kpili. Szkoła próbuje dziś przedstawiać to jako konflikt poza placówką, ale w rzeczywistości przemoc miała miejsce zarówno w klasie, jak i na przerwach. Wielokrotnie prosiłam o spotkanie z rodzicami tych dzieci — odmawiano mi. Nikt ze mną nie próbował się skontaktować.

Ochroniarz, pozew i list na pół miliona złotych
Aby zapewnić córce bezpieczeństwo, rodzice zatrudnili ochroniarza. Towarzyszył jej w drodze do szkoły i na zajęcia, pilnował, by nikt nie mógł jej poniżać ani zaatakować fizycznie. Jak podkreśla matka dziewczyny, mimo tej dramatycznej sytuacji ze strony dyrekcji szkoły nie podjęto realnych działań, które mogłyby rozwiązać problem. Ostatecznie konflikt wszedł na drogę prawną.
— 6 października przyszliśmy do szkoły z adwokatem. Chcieliśmy sprawiedliwego ukarania sprawców. Wtedy liceum wykonało dziwny ruch: dostałam oficjalne pismo z żądaniem zapłaty 500 tysięcy złotych odszkodowania. Papier, pieczęć, 10 dni na zapłatę. Zrozumiałam, że to próba zastraszenia mnie, żebym przestała walczyć o córkę. Zarzucono mi „naruszenie reputacji szkoły” i to, że przyszłam z adwokatem.
Na tym jednak działania szkoły się nie zakończyły. Na początku listopada rodzina otrzymała kolejne pismo — tym razem informujące o skreśleniu Darii z listy uczniów.
Jako podstawę wskazano rzekome zaległości w opłatach za naukę przez dwa miesiące.
— Wstrzymałam płatności dopiero od 1 października — w związku z konfliktem i faktem, że sprawa znajduje się w postępowaniu policyjnym. Zgodnie z prawem, dopóki trwa dochodzenie, mam prawo nie regulować opłat. Po decyzji sądu, jeśli taka zapadnie, uiścimy należne kwoty. Obecnie trwają ferie, ale od 7 stycznia Daria wróci do szkoły — mimo że została z niej bezprawnie usunięta. Złożyliśmy już pozew i czekamy na rozstrzygnięcie.
Marina podkreśla, że wybór tego liceum był świadomą decyzją rodziny. Szkoła ma dobre rankingi, nauczanie odbywa się w języku angielskim, co uznali za najlepszą opcję dla córki. Miesięczny koszt nauki wynosi około pięciu tysięcy złotych.
Po nagłośnieniu naszej sprawy okazało się, że podobne sytuacje nie są w tej szkole odosobnione. Obecnie ponad dwanaście rodzin jest gotowych złożyć zeznania. Chodzi o przypadki nieprawidłowości, przemocy rówieśniczej i zaniedbań ze strony placówki.
Stan psychiczny Darii, jak mówi jej matka, jest obecnie bardzo trudny. Dziewczynka jest pod opieką psychoterapeuty. Z powodu silnego stresu zaczęła odczuwać codzienne, intensywne bóle brzucha.
— Lekarze mówią wprost: to objawy psychosomatyczne. Daria miała problemy ze snem, była wyczerpana, podczas gdy wcześniej była aktywnym, radosnym dzieckiem. Nie planujemy zmiany szkoły. Ma tam przyjaciół i wsparcie. Moje dziecko nie będzie zmieniać szkoły z powodu cudzej agresji. Niestety, w wielu placówkach problem bullingu wciąż pozostaje bez realnych konsekwencji.
Wsparcie i oczekiwanie na sprawiedliwość
Matka dziewczyny mówi, że codziennie otrzymuje setki wiadomości w mediach społecznościowych. Z jej obserwacji wynika, że jedynie niewielki odsetek internautów reaguje negatywnie.
Zdecydowana większość wyraża wsparcie i wdzięczność za nagłośnienie sprawy.
— Ludzie piszą, że takich historii są setki, ale zazwyczaj sprawy te rozmywają się po drodze i nigdy nie doczekują się sprawiedliwego finału. My chcemy, żeby nasza historia została doprowadzona do końca.
Jednego sprawcę wydalono, inny otrzymał naganę. Ale to jeszcze nie koniec. Administracja liceum twierdzi, że do nękania ukraińskiej uczennicy dochodziło poza terenem szkoły. Według władz placówki między nastolatkami doszło do „konfliktu interpersonalnego”, a rodzice Darii mieli rzekomo nadać sprawie „charakter konfliktu na tle narodowościowym”, angażując adwokata oraz media. Jednocześnie — jak podkreśla liceum — administracja podjęła działania mające na celu rozwiązanie sytuacji konfliktowej:
„Pomimo że incydent nie dotyczył bezpośrednio życia szkolnego, kierownictwo szkoły zareagowało, ponieważ wszelkie informacje dotyczące bezpieczeństwa uczniów są przez szkołę traktowane z najwyższą powagą, niezależnie od miejsca i okoliczności zdarzenia. Niezwłocznie po uzyskaniu informacji o incydencie władze liceum podjęły działania zgodne z obowiązującymi w placówce standardami ochrony małoletnich oraz powszechnie obowiązującymi przepisami prawa” — czytamy w oświadczeniu liceum.
W szczególności poszkodowanej uczennicy z Ukrainy zaproponowano spotkania ze szkolnym psychologiem oraz pedagogiem. W liceum wprowadzono także działania wychowawcze i profilaktyczne skierowane do uczniów, w tym w klasie, do której uczęszcza Daria Hładyr, aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości. Administracja szkoły poinformowała również, że jeden ze sprawców nękania został wydalony z placówki, a wobec innego ucznia zaangażowanego w prześladowania zastosowano karę nagany.
W ogólnokształcącym liceum TE Vizja przeprowadzono kontrolę przez przedstawicieli Mazowieckiego Kuratora Oświaty. W jej wyniku szkoła otrzymała protokół, do którego częściowo zgłoszono zastrzeżenia, natomiast w odniesieniu do pozostałych uwag wdrożono zalecenia pokontrolne.
Na konflikt zareagowało również Ministerstwo Edukacji Narodowej. Resort poinformował, że po kontroli liceum wydano 20 zaleceń, których realizacja będzie dodatkowo weryfikowana. W komunikacie ministerstwa czytamy: „Jednocześnie sprawdzana jest legalność decyzji o skreśleniu uczennicy z listy uczniów.
Ministerstwo Edukacji Narodowej przypomina, że każda szkoła — publiczna i niepubliczna — ponosi szczególną odpowiedzialność za dobrostan i bezpieczeństwo swoich uczniów, a każdy przypadek agresji powinien być rozpatrywany z należytą uwagą oraz z zapewnieniem wsparcia ofierze przemocy”.

Adwokat rodziny: Liceum nie miało prawa wyrzucić dziewczyny
Na dziś sprawą zajmuje się Komenda Stołeczna Policji oraz Komenda Rejonowa Policji Warszawa IV. Przeprowadzono już pierwsze czynności procesowe — przesłuchano nieletnią Darię oraz jej matkę. Kolejnym krokiem będzie ustalenie przez sąd, jaką odpowiedzialność poniosą sprawcy bullyingu. Adwokat rodziny, Mateusz Mickiewicz, tłumaczy:
— Obecnie prowadzone jest postępowanie na podstawie ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich, dotyczącej demoralizacji osób niepełnoletnich.
W polskim systemie prawnym ustawa ta odnosi się do odpowiedzialności osób, które nie mogą jeszcze ponosić odpowiedzialności karnej jak dorośli. Ustawodawca przewidział wobec nich nie kary karne, lecz środki wychowawcze.
Chodzi o to, by wychować te osoby w taki sposób, aby po ukończeniu 18. roku życia weszły w dorosłość jako ukształtowani obywatele, świadomi, że zachowania sprzeczne z prawem są niedopuszczalne. Jednocześnie naszym głównym priorytetem w tej sprawie jest zapewnienie bezpieczeństwa i dobrostanu samego dziecka.
Jakie są największe trudności w tej sprawie i jakie argumenty prawne mają strony?
— Rozwiązanie umowy z Darią oraz jej skreślenie z listy uczniów jest prawnie nieskuteczne. Stoimy na stanowisku, że liceum nie miało prawa usunąć jej ze szkoły. W związku z tym Daria powinna być nadal traktowana jako uczennica tej placówki. Natomiast osoby, które ją poniżały i prześladowały, powinny ponieść odpowiedzialność. Biorąc pod uwagę zaangażowanie organów państwowych, wierzymy, że sytuacja wkrótce się ustabilizuje.
Chciałbym też podkreślić jedną bardzo ważną kwestię — nasze działania nie mają absolutnie żadnego charakteru ksenofobicznego. Nie chodzi o narodowość — czy ktoś pochodzi z Ukrainy, Gruzji, Białorusi czy Polski. Naszym celem jest zwrócenie uwagi na problem bullyingu w szkołach i jego jednoznaczne potępienie.
Z nagrań audio wynika, że narodowość dziewczyny była jednym z elementów, na które zwracano uwagę, ale nie była jedyną przyczyną prześladowania. Pojawiały się również obelgi dotyczące wyglądu Darii. Bullying nie ma narodowości.
Szkoła twierdzi, że do incydentów dochodziło poza jej terenem. Jakie dowody posiada rodzina, że prześladowanie miało miejsce również w szkole i w trakcie zajęć?
Dowody zostały mi przekazane przez Darię i jej rodziców. Jednoznacznie wskazują, że opisywane zdarzenia miały miejsce w szkole i podczas lekcji. Co więcej, doszło także do słownego ataku na matkę Darii, panią Marinę, która była wulgarnie obrażana, gdy odbierała córkę ze szkoły i próbowała ją chronić. Z informacji, którymi dysponuję, wynika, że wszystkie te zdarzenia miały miejsce w czasie trwania zajęć szkolnych.
Dodatkowo, w trakcie wcześniejszych wewnętrznych rozmów szkoła sama podejmowała pewne działania — co prawda ograniczone jedynie do ustnych uwag wobec tych uczniów. Jeśli więc, zgodnie z wersją szkoły, wszystko miało dziać się poza jej terenem, pojawia się logiczne pytanie: dlaczego w ogóle stosowano jakiekolwiek środki dyscyplinarne i dlaczego ostatecznie jedną z osób usunięto z listy uczniów? Nie widzę tu spójności.
Dowody przekazane odpowiednim organom państwowym jednoznacznie potwierdzają, że do prześladowania dochodziło podczas lekcji. Co więcej, ci sami uczniowie zakłócali pracę całej klasy — podczas zajęć puszczali głośną muzykę, oglądali TikToka, łamali dyscyplinę. Daria jest pilną uczennicą, dobrze się uczy, nie sprawia problemów wychowawczych. Zależy jej na edukacji i planuje studia na dobrej uczelni. W takich warunkach nie była jednak w stanie skupić się na nauce. Nie był to więc wyłącznie atak na nią jako osobę, ale także poważne naruszenie procesu dydaktycznego.
Jak, pana zdaniem, szkoła powinna była zareagować w takiej sytuacji?
Przede wszystkim należało odizolować sprawców od Darii. Można to było zrobić na różne sposoby — poprzez usunięcie ich ze szkoły albo przeniesienie do innej klasy. Tymczasem uczniowie ci nadal siedzieli obok Darii podczas lekcji. W praktyce nie było żadnej realnej reakcji. Ustne upomnienia i tłumaczenia, że „tak nie wolno”, nie mają sensu, jeśli za nimi nie idą realne konsekwencje, a dziecko nadal musi przebywać wśród swoich oprawców.
Czy rozwiązanie umowy i skreślenie Darii z listy uczniów przed zakończeniem postępowania było zgodne z prawem?
Naszym zdaniem — nie. Szkoła w ogóle nie miała podstaw do rozwiązania umowy. Rodzicom Darii wyznaczono siedmiodniowy termin na uregulowanie opłat za naukę, jednak placówka nie zaczekała nawet na jego upływ — umowę rozwiązano jeszcze przed jego zakończeniem. Ponadto w polskim prawie funkcjonuje pojęcie zasad współżycia społecznego. W tej sytuacji mamy do czynienia z dzieckiem, które było ofiarą prześladowania ze strony rówieśników. Normalną i sprawiedliwą reakcją jest ukaranie sprawców, a nie karanie ofiary.
Dlaczego więc szkoła zdecydowała się nie chronić dziewczyny, lecz ją usunąć?
Mam pewne własne przypuszczenia co do powodów takiej decyzji, ale nie chciałbym się nimi dzielić publicznie, ponieważ nie dysponuję pełną wiedzą o faktach. W polskim prawie za słowa ponosi się odpowiedzialność. Faktem jest natomiast to, że ostatecznie w szkole pozostała grupa, a poszkodowana dziewczyna została usunięta. Być może z punktu widzenia administracji było to rozwiązanie prostsze, ale to jedynie hipoteza — nie chciałbym formułować kategorycznych ocen.
Jakie dalsze kroki prawne planuje rodzina Hładyr w celu ochrony praw i bezpieczeństwa córki?
Złożyliśmy pozew do sądu o stwierdzenie nieważności rozwiązania umowy. Postępowanie sądowe w tej sprawie jest w toku.
Uważamy, że skreślenie Darii z listy uczniów jest prawnie nieskuteczne, a więc nadal pozostaje ona uczennicą tej szkoły. Jednocześnie monitorujemy postępowanie prowadzone przez policję wobec nieletnich — złożyliśmy już odpowiednie wnioski do sądu. Dążymy do tego, aby sprawcy zostali ukarani, i będziemy domagać się odszkodowania od nich oraz ich rodziców za wyrządzoną Darii psychologiczną krzywdę.
Jeśli dyrekcja szkoły zgłosiła sprawę na policję, co to oznacza? Czy żądanie wysokiej rekompensaty finansowej wobec rodziców ofiary było zasadne?
Zgłoszenie sprawy na policję oznacza, że sama szkoła uznała istnienie problemu. Jeżeli mamy do czynienia z działaniami noszącymi znamiona demoralizacji nieletnich, szkoła — niezależnie od postępowania policyjnego — ma obowiązek podjąć wewnętrzne środki dyscyplinarne. W naszej ocenie, informując policję, szkoła de facto przyznała, że problem istnieje, a jednocześnie nie zapewniła Darii odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa i nie pociągnęła sprawców do adekwatnej odpowiedzialności.
Żądanie szkoły dotyczące wysokiej rekompensaty finansowej wobec rodziców poszkodowanej dziewczyny jest bezzasadne. To raczej rodzina Darii doznała poważnej szkody psychicznej w wyniku tych wydarzeń. Na obecnym etapie wstępnie oszacowaliśmy ją na 100 tysięcy złotych. Podkreślam — to kwota orientacyjna. Nadal analizujemy sytuację i niewykluczone, że będzie ona wyższa, ponieważ — moim zdaniem — skala szkody zwiększyła się w wyniku dalszych działań szkoły. U dziecka występują poważne objawy psychosomatyczne, znajduje się ono w stanie silnego stresu. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że sąd przyzna rodzinie odszkodowanie.
Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że nie wykluczamy polubownego rozwiązania tej sprawy. Szkoła mogłaby samodzielnie wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji i dążyć do jej zakończenia bez postępowań sądowych.
Spór sądowy to zawsze ostateczność, a nie cel sam w sobie. Najważniejsze jest osiągnięcie realnego efektu zgodnego z interesem rodziny, która bardzo boleśnie przeżywa tę sytuację.
Czyli nadal istnieje szansa na rozwiązanie sprawy w sposób ugodowy?
Zawsze istnieje taka szansa. Wszystko zależy od dobrej woli stron.
Jakie konsekwencje prawne, zgodnie z przepisami, mogą ponieść szkoła i osoby uczestniczące w prześladowaniu dziewczyny?
Osoby biorące udział w prześladowaniu mogą ponieść wewnętrzne konsekwencje dyscyplinarne w szkole, włącznie z usunięciem z listy uczniów. Ponadto, zgodnie z ustawą o postępowaniu w sprawach nieletnich, sąd może zastosować inne środki — na przykład ustanowić kuratora sprawującego nadzór nad takimi osobami. W skrajnych przypadkach możliwe jest nawet umieszczenie w specjalnej zamkniętej placówce dla nieletnich. Celem tych środków nie jest zemsta, lecz doprowadzenie do tego, by dziecko realnie odczuło konsekwencje swoich działań, zrozumiało, że postąpiło niewłaściwie, oraz by powstały mechanizmy zapobiegające powtórzeniu się takiego zachowania. Ostateczną decyzję podejmuje sąd rodzinny, który ocenia, czy doszło do demoralizacji i jakie środki są adekwatne.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że sąd wyda właśnie takie orzeczenie?
W polskim prawie nigdy nie można mówić o stuprocentowej pewności. Nawet „dwa plus dwa” potrafi czasem nie dać czterech. Jednak obiektywnie oceniając zgromadzone dowody, uważam, że mamy do czynienia z działaniami noszącymi znamiona demoralizacji. W związku z tym reakcja sądu powinna nastąpić. Pozostaje pytanie, jaki konkretnie środek uzna on za adekwatny.
Co szkoła powinna zrobić, aby możliwe było pokojowe zakończenie sprawy? Czego oczekuje rodzina dziewczyny?
Nie mogę publicznie ujawniać wszystkich szczegółów prowadzonych rozmów, ale ogólne oczekiwania są proste: po pierwsze — sprawcy powinni zostać odpowiednio ukarani; po drugie — Daria powinna móc kontynuować naukę w bezpiecznych i godnych warunkach. To jest nasz absolutny priorytet.
Data publikacji: 26.12.2025


Krzysztof Czyżewski: "Nikt się nie rodzi z nienawiścią"
Olga Pakosz: Jak w świetle tego, co się dziś dzieje, możemy mówić o budowaniu mostów?
Krzysztof Czyżewski: Tak naprawdę musimy sobie uświadomić, jak niewiele udało nam się ich zbudować.
Dlaczego?
Mieliśmy darowany czas, którego w dużej mierze nie wykorzystaliśmy. Dziś nadchodzi więc sprawdzian tego, co zrobiliśmy, i okazuje się, że mogło być tego znacznie więcej. Powstało za mało mostów – między Polakami i Ukraińcami, ale też wiele innych. Bo wszystkie one są ze sobą połączone. Strach przed innym bardzo łatwo zamienia się w szukanie kozła ofiarnego – obcego, kogoś innej narodowości, o innej kulturze czy kolorze skóry. I to pokazuje, że mogliśmy zrobić o wiele więcej, zwłaszcza oddolnie, na poziomie organicznym. Zabrakło inwestycji w samorządy, edukację – od szkoły podstawowej po kolejne szczeble – w działania kulturalne i kulturowe. Gdybyśmy w to włożyli więcej wysiłku, dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu.
Dlatego tak ważna jest praca nad zakorzenieniem – w miejscu, w sobie, w naszej tożsamości. Kiedy wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, dzieci uchodźców przyjechały do Krasnogrudy. Jeden z pierwszych projektów, które z nimi zrobiliśmy, to był film animowany. Dzieci nazwały go „Pokój”, bo odkryły, że w języku polskim to słowo ma dwa znaczenia: „niewojna” i „moje miejsce do życia”. One właśnie to miejsce straciły – swój pokój, swój dom – i za tym tęskniły. Rozumiały też, że wojnę rozpoczyna ten, kto nie ma własnego pokoju.
Ludzie pozbawieni zakorzenienia, poczucia wspólnoty, łatwiej ulegają ideologiom prowadzącym do nienawiści i przemocy. Dlatego potrzebujemy czasu na odbudowanie tego zakorzenienia, którego w naszej części Europy wciąż nam brakuje przez historię wojen i reżimów. Ten darowany czas po prostu zmarnowaliśmy.
Zainwestowaliśmy w drogi, bo to proste, bo każdy polityk chce się czymś takim chwalić. Ale inwestycje w szkoły, domy kultury, organizacje społeczne – w ludzi – nigdy nie były priorytetem. A to właśnie one mogłyby dać nam siłę, by przeciwstawić się nienawiści i wojnie
Wygodna rola ofiary
Czym jest nienawiść?
Nikt z nas nie rodzi się z nienawiścią. Ona zawsze ma swoje źródło, zazwyczaj we wczesnych etapach życia. Coś musiało wydarzyć się w naszym otoczeniu – w rodzinie, w szkole, we wspólnocie. Coś, co uczyniło nas podatnymi na tę chorobę, którą jest nienawiść.
By się z nią zmierzyć, musimy dotrzeć do jej początków. Do momentu, gdy dziecko czy młody człowiek znaleźli się w sytuacji, w której nikt ich nie obronił, nie zabezpieczył, nie nauczył radzenia sobie z krzywdą. To środowisko kształtuje człowieka i jeśli nie jest ono oparte na pokoju, rodzi przestrzeń dla nienawiści. Nienawiść często wyrasta z pustki, z resentymentu, z poczucia straty. Człowiek doświadczający bólu od innych, nie mając narzędzi, by to zrozumieć, buduje system obronny: zaczyna wierzyć, że nienawiść uczyni go silniejszym.
Wyobraźmy sobie młodego Czesława Miłosza. Marzy o Europie Zachodniej, o Paryżu – i podczas wyprawy z kolegami dociera do mostu na granicy Szwajcarii i Francji. Tam widzi napis: „Słowianom, Cyganom, Żydom – wstęp wzbroniony”. Taki cios może rodzić dwie reakcje. Jedna to odpowiedzieć tym samym: wrócić do kraju i postawić tabliczkę skierowaną przeciw Francuzom czy Niemcom. Ale można też zareagować inaczej: zrobić wszystko, by nie odpowiadać wrogością na wrogość. Tylko że aby wybrać tę drogę, człowiek potrzebuje oparcia – duchowego, moralnego, w autorytecie czy we wspólnocie.
Na takie „tabliczki” natykamy się i dziś – w metaforycznym sensie – żyjąc w społeczeństwach wielokulturowych. Często nieświadomie ranimy innych słowem czy gestem. To momenty, w których można pójść drogą Miłosza: poświęcić swoje życie i twórczość, by przeciwstawić się filozofii wykluczenia. Jednak wybór tej drogi oznacza samotność. Tak jak w przypadku Miłosza, któremu w międzywojennym Wilnie, rządzonym przez nacjonalistów, wmawiano, że to nie do niego należy historia.
„Filozofia tabliczki” zawsze buduje twierdzę. Zakłada, że trzeba się zamknąć, odgrodzić, obcych przedstawiać w złym świetle. To poczucie, że siła rodzi się z izolacji
Sam spotykałem w życiu ludzi budujących takie twierdze. Dziś dobrze to widać w Ukrainie. Moi ukraińscy przyjaciele pisali mi po 24 lutego: „Nienawidzę. To jest mój stan ducha”. Rozumiem to. W obliczu agresji człowiek buduje wały obronne, chroni rodzinę, wspólnotę. Być może żołnierz potrzebuje nienawiści jako oręża, bo daje mu ona determinację i siłę.
Ale kluczowe jest pytanie o granicę. Między człowiekiem, który potrafi traktować nienawiść jak tarczę, a po walce ją odkłada i wraca do normalnego życia – a tym, który staje się jej więźniem. Jeśli potrafi ją odłożyć, nienawiść staje się chwilowym orężem. Jeśli nie – choroba przejmuje nad nim władzę. Wtedy nienawiść nie kończy się wraz z wojną, tylko zaczyna niszczyć życie, relacje, cały świat człowieka.
Jak we współczesnym świecie możemy bronić się przed nienawiścią?
Człowiek czasem musi zbudować fortecę, ale forteca nie jest naturalnym środowiskiem do życia. Kiedy pojawi się nowe pokolenie, nasze dzieci, to ono i tak będzie miało ciekawość, potrzebę wyjścia w świat otwarty. Bo forteca, jeśli zostanie uznana za dom na zawsze, zmieni się w więzienie, a z więzienia każdy chce uciec. Forteca nie jest przestrzenią życia.
I teraz pytanie: czy budując most na drugą stronę, narażając swój brzeg na to, że wróg może go wykorzystać, robię coś wbrew życiu? Może lepiej byłoby zostać na swoim brzegu i żyć bezpieczniej, bardziej komfortowo? Tak właśnie myślą zwolennicy skrajnych, ksenofobicznych ideologii: że najlepiej być tylko wśród swoich. Tyle że w naturze ludzkiej taki scenariusz nigdy nie okazuje się życiodajny. Prędzej czy później prowadzi do chorób, jak ksenofobia czy nienawiść.
Dlatego tu zawsze potrzeba odwagi. Żeby nie poddać się nienawiści, trzeba w sobie wypracować siłę do przełamania własnych emocji. A my mamy tendencję do tego, by łatwo usprawiedliwiać swoją wrogość: rozdrapujemy resentymenty, powtarzamy, że ktoś nas skrzywdził. Dobrze nam w skórze ofiary, bo wtedy zawsze jesteśmy niby po dobrej stronie. Jednak trwanie w roli ofiary także prowadzi donikąd. Tworzy słabość, strach przed otwarciem się, przed spotkaniem z innym.
Co to znaczy w praktyce? Jeżeli ja jako Polak boję się przyznać, że w Jedwabnem podczas Zagłady doszło do zbrodni na żydowskich sąsiadach i wolę tę prawdę ukrywać – to gdzie jest mój patriotyzm? Gdzie jest moja odwaga?
W zakłamywaniu historii odwagi nie ma. Odwaga rodzi się wtedy, gdy potrafię spojrzeć w oczy tym, którzy byli ofiarami, gdy wykonam pracę nad sobą. To trudna, krytyczna praca pamięci
Jeśli więc chcemy budować mosty z innymi, zacznijmy od siebie. Zapytajmy: czy w naszej historii nie ma bolesnych miejsc, które powinniśmy przepracować – przyznać się, uderzyć się w piersi, oddać prawdę innym albo przynajmniej spróbować ich wysłuchać? To wbrew pozorom nie osłabia, ale czyni nas silniejszymi.

Pułapka popkultury
Jak wytłumaczyłby Pan tę zmianę od ogromnej otwartości wobec Ukraińców w lutym 2022 roku do stanu, który mamy dziś, gdy niektórzy mówią, że pomoc była niedoceniona albo że przybysze „nic nie dają w zamian”? Czy to zmęczenie, brak odwagi, czy coś głębszego w ludzkiej naturze?
Brakuje czegoś jeszcze innego. Bardzo niebezpieczne jest to, co politycy nam często wmawiają: że nasza postawa wobec Ukraińców musi być uzależniona od interesu. Moim zdaniem spontaniczna, wspaniała reakcja ludzi była po prostu ludzką reakcją. Nikt wtedy nie pytał, co z tego będziemy mieli. To było tak, jak mówił papież Franciszek w Lampedusie o Kościele: powinien być, jak szpital polowy.
Nieważne, jakiej jesteś wiary, narodowości czy koloru skóry – człowiekowi w potrzebie po prostu się służy. To jest absolutny ludzki obowiązek. Bez pytania o interes, korzyść, zysk. Jeśli zejdziemy z tego poziomu – a dziś wielu próbuje tłumaczyć pomoc Ukraińcom w kategoriach budżetu, zysku czy strat – sprowadzamy szpital polowy do roli targowiska. I to właśnie widać w świecie. Wcześniej nie do pomyślenia było, by państwa dawały broń tylko w zamian za surowce. Dziś takie podejście jest częścią mainstreamu politycznego. To moralny upadek.
Oczywiście potrzebna jest racjonalność, logika, zdrowy rozsądek – szczególnie w polityce, w decyzjach strategicznych.
Jednak równocześnie musimy działać na poziomie ludzkim. Bo jesteśmy chrześcijanami, Polakami, Ukraińcami, ludźmi. Nie ma tu żadnych zawężeń. Nie chodzi o narodowość czy religię, lecz o człowieka w potrzebie
Pierwsza fala uchodźców z Ukrainy pokazała to wyraźnie. Pamiętam Wiktorię Amelinę [ukraińska pisarka, która 1 lipca 2023 r. zmarła w szpitalu wskutek obrażeń odniesionych podczas rosyjskiego ataku na Kramatorsk – red.] w Krasnogrudzie, która mówiła mi, że na granicy czuła się traktowana lepiej niż uchodźcy z innych krajów. Była uprzywilejowana tylko dlatego, że była Ukrainką. To pokazuje granicę naszego wspaniałego polsko-ukraińskiego czasu solidarności – obok granicy białoruskiej, symbolu niesolidarności.
Gdy w naszych reakcjach pojawia się taka selekcja, widać symptom choroby: nasza pomoc i nasze postawy nie są już w pełni prawdziwe czy naturalne. Nie chodzi o osądzanie ludzi – wszyscy jesteśmy na tym samym pokładzie, wszyscy mamy swoje niedopatrzenia i ograniczenia. Ale to jest też część olbrzymiego upadku moralnego, degradacji, którą obserwujemy w świecie. Ona pokazuje, jak dużo w nas lęku, strachu, niepewności, a jak mało pokoju, o którym mówią dzieci. I jak łatwo populistyczna polityka może wyprowadzić nas na manowce.
Dlaczego nienawiść tak łatwo się w nas zagnieżdża? To polityka, ideologia, indoktrynacja?
A może popkultura? I kultura? Jak to możliwe, że w społeczeństwie demokratycznym rozróżniliśmy popkulturę i kulturę, że popkultura ma trafiać do ludzi, którzy „nie zrozumieją” kultury, bo jest za trudna, nie dla nich?
Jeżeli przyjmiemy, że rozmowa o wartościach, moralności i zrozumieniu innego jest przeznaczona tylko dla ludzi tej „innej” kultury, a nie dla wszystkich, to zaczyna się dramat.
Dramat polega na tym, że w demokracji nie ufamy ludziom. Nie wierzymy, że mogą sami podejmować trudne decyzje, wyznawać wartości i brać za nie odpowiedzialność
Cały czas działamy w przekonaniu, że trzeba mówić ludziom w uproszczony sposób, inaczej „nie zrozumieją”. Politycy i media często idą tą drogą. Tworzą „papkę popkulturową” i płacimy za to cenę. Stworzyliśmy popkulturę polityczną, popkulturowych polityków i politykę nacechowaną równaniem w dół. To efekt naszego niedoceniania kultury i nierozumienia, że sumienie, a więc nasza kultura duchowa, jest takim samym zobowiązaniem dla wszystkich bez różnicy.
Szewczenko czy Miłosz są dla wszystkich i z nimi wszystkimi można rozmawiać o wartościach, wymagać od siebie refleksji, działania i odpowiedzialności. To tak samo jak z mądrymi księgami Ewangelii – one nie są zarezerwowane dla wybranych. Straciliśmy wiarę, że to ma związek z codziennym życiem. Nawet osoby uważające się za wyznawców chrześcijaństwa często tworzą własną „ewangelię życiową”, sprzeczną z prawdziwą Ewangelią, podczas gdy politycy proponują dyskurs pełen ksenofobii i nienawiści.
Tu jest jakieś poważne zaniechanie, za które dziś płacimy cenę. Olbrzymia arogancja, paternalizm, które dopuściliśmy do głosu. W efekcie straciliśmy wielu obywateli – ludzi, którzy poczuli się absolutnie zmarginalizowani nie tylko w sensie materialnego dobrobytu, lecz także w sensie zaufania i współodpowiedzialności za sprawy tego świata. Odsunięci, a często wręcz stygmatyzowani jako osoby ksenofobiczne.
Nigdy nie używam takich słów wobec kogokolwiek.
Bo kiedy nazwie się człowieka szowinistą czy ksenofobem, stawia się go pod ścianą. Odbiera mu się możliwość ruchu, a tym samym szansę na zmianę. A przecież kultura powinna dawać przestrzeń i czas, byśmy mogli się zmieniać, uczyć, dojrzewać.
Tego w naszej kulturze często brakuje: cierpliwości wobec procesu, zrozumienia, że zmiana wymaga czasu. Historia, z której wychodzimy, i nowe tragiczne uwarunkowania stawiają przed nami wymagania, które niejednokrotnie nas przerastają. Czasem jesteśmy za słabi, by je udźwignąć.
Ale czy to znaczy, że od razu mamy być źli, i to dozgonnie? Może wciąż możemy być partnerami – do rozmowy, do współpracy, do wspólnego życia, nawet jeśli radzimy sobie z emocjami w różny sposób?
Jesteśmy świetni w stawianiu ludzi pod ścianą. „Jesteś taki – koniec, kropka”. Tymczasem powinniśmy uczyć się rozumienia siebie i innych, przekraczania własnych ograniczeń, sztuki dialogu, bo tylko tak możliwa jest prawdziwa przemiana.
Pan mówi o empatii, która była tak widoczna na początku. Ale czy nie zauważył Pan, że dziś z mediów praktycznie zniknęło słowo „sąsiedzi”, gdy mówimy o Ukraińcach?
„Sąsiedztwo” jest dobrym słowem, prawda? Sąsiad to już część naszego życia. I jeżeli go wyprzemy, pojawia się poczucie… że nie ma zagrożenia, no i potrzeby wysiłku, a nawet poświęcenia, bo sąsiad wymaga ode mnie więcej. Sąsiad to ktoś, komu godzi się udzielić gościny, z kim mogę się podzielić, z kim współistnieję, za coś współodpowiadam. Samym swoim istnieniem sąsiad porusza głęboko zakorzenione w nas wartości i jest ich sprawdzianem.
Jeżeli ulegamy ideologii konfrontacyjnej, nienawistnej, wypieramy takie słowa jak „sąsiedztwo”, „pobratymstwo”, „wspólne dobro”
Pomijam już nawet fakt, że politycy próbują nam wmówić, iż w naszym interesie jest odcięcie się od Ukrainy – co jest absurdalne, bo Ukraina zapewnia nam bezpieczeństwo. Gdybyśmy byli racjonalni i trzeźwo rozumieli, co dla nas jest prawdziwie dobre, powinniśmy robić wszystko, by sąsiedztwo było jak najgłębsze i jak najściślejsze.

Tymczasem pozwalamy, by władało nami to, co irracjonalne albo obliczone na doraźny efekt (co na jedno wychodzi). By słabość w nas działała, byśmy dostrzegali zagrożenie nie tam, gdzie ono rzeczywiście istnieje.
Chciałbym też zwrócić się do Ukraińców, by rozumieli, że czasem nie warto przywiązywać zbytniej wagi do tych chwilowych kryzysów – tak jak w życiu jednostki, tak w organizmie zbiorowym czasami ogarnia nas słabość, a politycy wyciągają z nas to co najgorsze. Nie należy wierzyć, że to stan trwały, i nie powinniśmy od razu stawiać Polaków pod ścianą, zakładając, że „już tacy są”.
Oczywiście, wobec samych siebie powinniśmy stawiać wymagania – mówię teraz o Polakach w kontekście sytuacji w Ukrainie. Ale równocześnie warto dawać sobie szansę na przemianę: bardziej rozumieć, być empatycznym, ufać, że zmiana jest możliwa. Nie przywiązuję też nadmiernej wagi do chwilowych powiewów w mediach społecznościowych – te wiatry zmieniają się bardzo szybko.
Stawiałbym raczej na budowanie organiczne, długoterminowe, oddolne – tworzenie rzeczy, które nie przyniosą efektu dziś, ale za kilka lat będą owocować. Bo zaufanie ma w sobie niezwykłą moc. Jeśli ja, pani Olgo, będę ufał, że nawet gdy pani czuje do mnie (oczywiście tylko umownie) uprzedzenie, resentyment czy nienawiść, to to nie będzie na zawsze i nie zamknę się na nasze wzajemne obcowanie – i jeśli będę wierzył, że nasza relacja może się zmienić – to pani nie pozostanie na to obojętna. Poczuje pani we mnie nie wroga, a człowieka otwartego na zmiany. To właśnie wyzwala między nami pozytywną energię.
Czasem wymaga to od nas więcej, niż realistycznie moglibyśmy przypuszczać – większej ofiarności niż oczekują od nas codzienne realia życia. I właśnie to buduje człowieka, daje niezwykłą siłę. Dla mnie piękno kryje się w ukraińskim słowie „peremoha”. Podróżując po świecie zawsze podkreślam, by uczono się go nie w tłumaczeniu, jako „zwycięstwo”, ale w samym jego ukraińskim znaczeniu.
„Peremohty”, „mohty” – to oznacza zdolność do działania ponad własne możliwości. Nawet jeśli mamy ograniczenia, traumy, słabości, istnieje coś takiego jak „peremohty”: móc więcej, niż możemy. I to właśnie jest prawdziwe zwycięstwo
Żeby to osiągnąć, musimy udzielić sobie kredytu zaufania, stworzyć dobre energie, które pozwolą nam robić więcej, niż sami uznajemy za możliwe. Dwa lata temu nasze granice otworzyły się, pojawiła się solidarność i nagle mogliśmy pokazać lepszą twarz – lepszą niż wcześniej, w kontekście granicy białoruskiej. Nawet osoby, które wcześniej stały po stronie radykalnej konfrontacji i zamknięcia granicy przed uchodźcami, nie były w stanie uciszyć własnego sumienia wobec potrzebujących – dzieci w Puszczy Białowieskiej, które potrzebowały zwykłej szklanki wody. Nie da się w ten sposób uspokoić sumienia. Ideologiczne argumenty nie wystarczą.
I nagle pojawili się Ukraińcy, wobec których moglibyśmy być zupełnie inni. To był moment, w którym staliśmy się lepsi od siebie, choć ten stan nigdy nie trwa długo. Nasza mądrość powinna polegać na tym, by umieć odwoływać się do tego, co w nas najlepsze, budować na tym i nie rezygnować z pracy nad dojrzewaniem do tych wartości.
Ludzi dobrej woli jest więcej
Po tym jak prezydent zawetował ustawę o pomocy ukraińskim matkom i gdy zaczęła narastać fala nienawiści, jedna z moich koleżanek zapytała: co mam teraz robić? Dokąd jechać? Zostałam w Polsce z wyboru i nie rozumiem, co powinnam czuć i jak żyć, skoro boję się nawet rozmawiać z moim dzieckiem na ulicy po ukraińsku.
Pomyślałem przez moment, że coraz trudniej dzisiaj doradzić pani koleżance, dokąd mogłaby się udać, by było jej lepiej. Coraz mniej jest takich miejsc na świecie. To jednak oczywiście nie jest żadne usprawiedliwienie tego, co dzieje się w naszym kraju. Lecz jest to jedna z tych bolesnych lekcji, które dostajemy od współczesnego świata. Wracam do tego, że jesteśmy częścią naczyń połączonych. To, co dzieje się u nas, jest współzależne z innymi miejscami w świecie i często nie dajemy sobie z tym rady.
Nie miejmy złudzeń: żyjemy w epoce moralnego upadku, degradacji humanizmu
Oczywiście chciałbym, żeby takie osoby, o których pani mówi, zostały w Polsce – bo są nam potrzebne. Nie mówię przy tym o dochodzie do budżetu, choć to oczywisty fakt. Nie o taką logikę mi chodzi. Te osoby są potrzebne, żebyśmy mogli dorastać do dojrzałości, której wymaga od nas sytuacja w świecie, i żebyśmy mieli szansę na zmianę własnych postaw. Pani koleżanka, doświadczając nietolerancji w Polsce, a mimo to angażując się w budowanie dobrego sąsiedztwa, ma szansę być częścią procesu zmiany, która nie dokonana się z dnia nadzień, przysporzy jej z pewnością niejednego jeszcze cierpienia, ale w długim dystansie niesie w sobie nadzieję.
Bo jednak w tym procesie jest siła i potencjał – zmieniamy świat tam, gdzie jesteśmy, a nie uciekając wciąż gdzieś dalej.
Moja filozofia w dużej mierze opiera się na zmienianiu świata od wewnątrz. Coraz częściej pojawia się pokusa ucieczki z różnych środowisk, instytucji, religii czy krajów, bo coś wydaje się nie do zniesienia lub niezgodne z naszymi racjami. Ale to jest ucieczka. Wtedy stajemy się wiecznymi nomadami.
Odpowiedzią jest pozostanie, odnalezienie pokoju, zakorzenienie i praca ze zrozumieniem wszystkich uwarunkowań, które temu towarzyszą. Takie zakorzenienie nie jest tym samym co powrót do utraconego miejsca (oby taki powrót był możliwy). To pozostanie w nowej sytuacji i uczenie się jej wzajemnie daje szansę na dojrzewanie.
Druga refleksja jest taka, że nas jest więcej, niż nam się wydaje: nas, ludzi dobrej woli. To świat, w którym nasza obecność jest często minimalizowana, bo nagłaśnia się dramaty, konflikty, ból i niesprawiedliwość.
Do mediów dociera głos krzywdy, natomiast trudno jest wyrazić dobro, pozytywne emocje. To również moja praca: pomagać ludziom wypowiedzieć dobre emocje, które, wierzę, tkwią w każdym, nawet w tym, który głęboko nienawidzi. W każdym jest iskierka potrzeby zrobienia czegoś dobrego. Problemem jest często to, jak to zrobić, jak to wyrazić.
Nie mamy do tego świąt, języka ani kultury, o polityce już nie wspominając, bo żyjemy w świecie, w którym łatwo wypowiada się krzywdę, ból, nienawiść. Czasem to polega na mądrym spojrzeniu: może nas jest więcej, niż się wydaje, może polityk, który wygrał i wydaje się potworny, nie ma naszych wszystkich głosów.
Gdzie jest ta druga połowa Polski? Jest – i są sposoby, by do niej dotrzeć. To trudne, ale daje nadzieję
Mieszkam w Polsce 10 lat i usłyszałam od różnych osób, że ludzie z natury są wspaniali – czego nigdy nie słyszałam w Ukrainie. Dwóch Polaków powiedziało mi też, że nawet jeśli ludzie robią coś złego, to i tak później żałują.
To, o czym mówię, jest bliskie temu, co wcześniej określiłem jako iskierkę dobra w każdym człowieku – coś co trudno wydobyć. Mówię o tym, bo przekazali mi to ludzie, którzy przeszli prawdziwe piekło. Począwszy od Miłosza, który przeżył dwie wojny światowe, od ocalonych z Holokaustu, po bośniackich Muzułmanów, których bliskich groby są w Srebrenicy. Mogliby powiedzieć, że świat jest zły, że nasze działania nie mają znaczenia wobec niszczycielskich sił, że budowanie mostów jest słabe wobec militarnej i ideologicznej przemocy dyktatorskich reżimów.
A jednak właśnie oni uczyli mnie, by nie tracić wiary w dobro – w to światełko, które jest w każdym człowieku, niezależnie od tego, po której „stronie” się znajduje.
Uczyli, że warto pracować nad tym, by pomagać innym i sobie, by uwolnić dobro w nas, znaleźć słowa i czas, aby nasze sumienie mogło być wypowiedziane, a nie stłamszone. I wbrew „trzeźwym sceptykom”, których głos szanuję, a także mając za sobą doświadczenia wojen odsłaniających przede mną jądro ciemności, opowiadam się po stronie moich nauczycieli, którzy nie pozwalali sobie ani na nihilizm, ani na zgodę na to, że dobro w tym świecie skazane jest na klęskę.
Bo gdyby racja nie była po ich stronie, to czy dane by nam było tak ze sobą rozmawiać, pani Olgo?


Boże Narodzenie bez kutii: świąteczne tradycje innych krajów oczami Ukrainek
Szwecja: skrzaty zamiast Mikołaja i światło św. Łucji
– Okres adwentu w Szwecji jest wyjątkowy – mówi Iryna Łytwyn-Komarowska z Kijowa, która obecnie mieszka w szwedzkim mieście Västeros. – W grudniu w Szwecji jest zimno i nie ma słońca: o 8 rano jeszcze jest ciemno, a o 15 – już jest ciemno. Aby to zrekompensować, Szwedzi dbają o przytulność w swoich domach. Każdy szwedzki dom musi mieć gwiazdy w oknach. Girlandy nie są tu zbyt popularne, ale elektryczne świeczniki adwentowe stoją na prawie każdym parapecie, co tworzy miłą atmosferę również na zewnątrz. Chodzisz i wszystko jest oświetlone, a z każdego okna bije ciepło.
W Szwecji bardzo popularne są również świeczniki adwentowe z czterema świecami, z których pierwsza zapalana jest w pierwszą niedzielę adwentu. W drugą niedzielę zapala się drugą świecę – i tak dalej. Ale w domach nie ma zbyt wielu świątecznych dekoracji, zgodnie z „lagom” – szwedzką filozofią umiaru. Choinki zwykle są naturalne i skromnie udekorowane: wystarczy dziesięć bombek na 180-centymetrowym drzewku.

W każdym domu są też krasnale. Zamiast Świętego Mikołaja Szwedzi mają Tomtena. To postać folklorystyczna, która nie ma nic wspólnego z religią. Ten skrzat mieszka na farmie i karmi się go owsianką, żeby był grzeczny i strzegł domu. W noc poprzedzającą Boże Narodzenie dzieci zostawiają mu owsiankę, a rano znajdują pusty talerz i prezenty.
Większość szwedzkich tradycji bożonarodzeniowych nie jest związana z chrześcijaństwem, ale ze dawnymi wierzeniami pogańskimi. Nawet nazwa Bożego Narodzenia, Jul, oznacza przesilenie zimowe. Dawni Szwedzi świętowali ten dzień, ponieważ po nim godzin dziennych zaczynało przybywać
Nawiasem mówiąc, jednym z ulubionych świąt Szwedów do dziś jest Midsummer, czyli przesilenie letnie. W tym dniu Szwedzi tańczą i śpiewają.
W Boże Narodzenie nie śpiewają zbyt wiele. Piosenki można raczej usłyszeć w Dzień Świętej Łucji, który obchodzony jest 13 grudnia. Zarówno kościoły, jak szkoły poważnie się do niego przygotowują. Święta Łucja to chrześcijańska męczennica, która kojarzona jest ze światłem i miłosierdziem (imię Łucja pochodzi od łacińskiego słowa lux, które oznacza „światło”). Kobieta wcielająca się w św. Łucję ma na głowie wieniec lub koronę z zapalonymi świecami (niegdyś to były prawdziwe świece, obecnie zastąpiono je elektrycznymi). W tym dniu Szwedzi pieką szafranowe bułeczki w kształcie ósemek [dwie spirale w kształcie „8” symbolizują oczy Lucyfera, który został pokonany przez św. Łucję - red.].

W czasie Adwentu Szwedzi piją glögg, napój podobny do grzanego wina. Kupują go w gotowej postaci i tylko podgrzewają, rozlewając do małych kubeczków. Glögg jest bardzo słodki, smak grzanego wina jest bardziej intensywny. Do glöggu Szwedzi jedzą imbirowe ciasteczka w kształcie serduszek, na które nakłada się ser brie w formie pasty.
Jeśli chodzi o świąteczny stół, głównym daniem jest śledź, który podawany jest w różnych solankach (byłam kiedyś w restauracji, która oferowała 32 rodzaje solanek). Na wigilijnym stole zawsze będzie też szynka i kiełbasy, najczęściej z łososia lub dziczyzny. W tym czasie w Szwecji trwa sezon polowań, a Szwedzi uwielbiają dziczyznę. Zwyczajowo polewa się mięso konfiturą, najczęściej z borówek. Na stole może być również 38-procentowy snaps (samogon) – ale tylko wtedy, gdy jest też śledź. Wino Szwedzi piją do mięsa.

Szkocja: szukanie elfów i list do króla
– Kiedy skockie dzieci budzą się w pierwszy dzień adwentu, biegną do kalendarza adwentowego, a potem zaczynają szukać niegrzecznych elfów – mówi Julia Pandyk, która mieszka z dwiema córkami niedaleko Edynburga. – Znajdują je w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Elf to taka lalka z długimi nogami.
Zadaniem dorosłych jest ukrycie elfa tak, by nie było go łatwo znaleźć: w pralce, lodówce, piekarniku... Istnieją nawet książki ze wskazówkami dla rodziców, gdzie elfa ukryć
Czas adwentu w Szkocji to czas kolęd. Śpiewa się je na ulicach, w szkołach i kościołach. Szkoci wokół mnie nie są zbyt religijni, dla nich Boże Narodzenie to bardziej okazja do spotkania się z całą rodziną. Ale moje dziewczynki chodzą do miejscowego kościoła i śpiewają tam kolędy, a w soboty śpiewają je w ukraińskiej szkole. Świątecznym zwyczajem jest też dekorowanie domów girlandami, gwiazdkami i świecami adwentowymi.
W każdym szkockim i brytyjskim domu są kartki świąteczne, kartki z życzeniami. Tutaj nawet po otrzymaniu prezentu urodzinowego wysyła się kartki z wyrazami wdzięczności. W święta wysyła się je do krewnych, sąsiadów i kolegów z pracy. W zeszłym roku moje córki i ja wysłaliśmy kartkę do króla Karola, do Pałacu Buckingham – i otrzymałyśmy odpowiedź!

Inną uroczą lokalną tradycją jest Christmas Jumper Day (dzień świątecznego swetra), obchodzony 12 grudnia. Tego dnia zarówno dorośli, jak dzieci noszą świąteczne swetry. Organizowane są imprezy charytatywne, a ludzie zbierają pieniądze na pomoc dzieciom na całym świecie. Kolejnym dniem poświęconym dobroczynności jest Boxing Day, obchodzony 26 grudnia. Przynosi się wtedy prezenty i jedzenie dla potrzebujących – na przykład do kościoła. To święto narodowe.
Jeśli chodzi o samo Boże Narodzenie, to nie ma Wigilii – 24 grudnia jest zwykłym dniem roboczym. Rankiem 25 grudnia dzieci znajdują prezenty, które przyniósł im Mikołaj (Santa), a po południu rodziny zbierają się na świąteczny obiad. Głównym daniem na stole jest pieczony indyk lub udziec jagnięcy. Popularne są również chipolatas – smażone kiełbaski zawinięte w boczek – i brukselka. Świąteczny pudding to król słodyczy. Mieszanka owoców jest moczona w rumie lub whisky, a następnie dodawana do ciasta i pieczona. Ostatnim krokiem jest wymieszanie rumu z cukrem pudrem, wylanie mieszanki na ciasto i podpalenie.

Podczas nakrywania świątecznego stołu wiele osób kładzie na talerzach Christmas crackers – kartonowe rolki przypominające duże cukierki, zawierające różne niespodzianki – m.in. koronę, którą się nosi przez resztę dnia.
Sylwester (w Szkocji nazywany Hogmanay) nie jest świętowany. Za to 26 grudnia, w Boxing Day, idzie się do pubu na piwo.
Puby w Szkocji nie przypominają tych w Ukrainie. W 99% szkockich pubów nie ma jedzenia – tylko alkohol. W wielu lokalach nie ma nawet krzeseł, ludzie piją piwo na stojąco. Dla Szkotów pub nie jest miejscem do jedzenia, ale przestrzenią publiczną, do której przychodzi się w celach towarzyskich
W wioskach pub jest zazwyczaj miejscem, w którym toczy się całe lokalne życie kulturalne.
Portugalia: gotowany dorsz i pływanie w oceanie
– Portugalczycy są bardzo rodzinni, a Boże Narodzenie jest dla nich okazją do spotkania się jak wielka rodzina – mówi Anastazja Terech z Kijowa, która obecnie mieszka w portugalskim mieście Oeiras niedaleko Lizbony. – W portugalskiej rodzinie, którą dobrze znamy, babcia zaczyna przygotowywać prezenty świąteczne dla swoich dzieci i wnuków już w kwietniu. Są zawsze pięknie zapakowane, nawet jeśli to coś małego.
Wieczorem 24 grudnia rodzina zbiera się razem i wybiera kogoś, kto odegra rolę Pai Natal (portugalskiego Świętego Mikołaja, czyli „Ojca Bożego Narodzenia”). Zakłada on czapkę i rozdaje prezenty, które zostały wcześniej umieszczone pod choinką.
Rozpakowywanie prezentów jest główną atrakcją wieczoru. Rodziny są tu duże, więc prezentów jest zazwyczaj bardzo wiele, a ich rozpakowywanie trwa nawet do dwóch godzin
Jeśli chodzi o stół wigilijny, pierwszą rzeczą serwowaną na nim są przekąski: kulki i rurki z ryb, kurczaka lub warzyw – w cieście. Zawsze są też oliwki polane oliwą (nie smakują jak te z puszki), krakersy z różnymi smarowidłami, sery i szynka jamon. Zamiast zwykłych kiełbas jest tradycyjne portugalskie chouriço assado, smażona kiełbasa wieprzowa o specyficznym smaku i zapachu. Jedzeniu przekąsek towarzyszą żarty, śmiech, gry planszowe i oglądanie świątecznych filmów (Kevin jest bardzo popularny w Portugalii).

Następnie serwowane jest danie główne – bacalhau (dorsz). Kupuje się go solonego, moczy w wodzie przez kilka godzin, a następnie gotuje. Wraz z bacalhau na talerzu znajdą się gotowane ziemniaki i gotowane jajka. Wszystko to polewa się oliwą i dodaje czosnek. Zwyczajem jest również gotowanie ośmiornicy i pieczenie koziej nogi z ziemniakami. Jeśli chodzi o słodycze, jest ciasto bożonarodzeniowe Bolo Rei, z dużą ilością suszonych i kandyzowanych owoców, które nazywa się Ciastem Trzech Króli. Popularne są również pączki ze skórką cytryny.
Portugalczycy nie świętują Nowego Roku tak hucznie, jak my. Mają jednak ciekawą tradycję chodzenia 1 stycznia nad ocean, a nawet pływania w nim

Holandia: elektroniczne kalendarze adwentowe i specjalne dekoracje
– Holandia nie jest krajem ludzi religijnych. Jeśli zapytasz Holendra o genezę Bożego Narodzenia, nie każdy będzie w stanie ci powiedzieć, skąd się wzięło – mówi Galina Palijczuk z Kijowa, obecnie mieszkająca w Hadze.
Według legendy Sinterklaas (jak nazywany jest Święty Mikołaj) przybywa do Holandii z Hiszpanii na początku listopada wraz ze swoimi „pitas” (elfami). W domach zawieszane są wtedy świąteczne buty, do których dzieci wieczorem wkładają marchewki, by rano zamiast nich znaleźć tam słodycze
Kalendarze adwentowe są bardzo popularne i istnieje wiele ich rodzajów: zarówno tradycyjne, jak elektroniczne (otwierając taki kalendarz kolejnego dnia, znajdziesz w nim kupony rabatowe, zniżki na przejazdy itp.) Dzieci otrzymują prezenty 5 grudnia (dzień przed mikołajkami), a w dzień Bożego Narodzenia rodziny zbierają się na świąteczny posiłek.
Jest grochówka z kiełbaskami (Snert) i tłuczone ziemniaki z warzywami, kiszoną kapustą lub ziołami (Stamppot). Holendrzy uwielbiają także frytki i różne lokalne przekąski, z których wiele wywodzi się z czasów kolonialnych. Na przykład frikandel speciaal to kiełbasa z sosem curry, majonezem i cebulą.
Dla Holendrów Boże Narodzenie to święto rodzinne, duchowe i estetyczne. Nawet podczas przygotowywania prezentów mój holenderski chłopak starannie wybiera papier do pakowania, własnoręcznie wiąże kokardy i przykleja świece do pudełek. Żadna ozdoba na choince nie jest przypadkowa – jest starannie dobrana i ma własną historię.

Nowa Zelandia: każdy ma swoje Boże Narodzenie
– Nowa Zelandia jest krajem wieloetnicznym, więc ludzie mają tu różne tradycje bożonarodzeniowe – mówi Iryna Chorużenko z Krzywego Rogu, która obecnie mieszka w Fangarei na Wyspie Północnej. – Dlatego ludzie, którzy mieszkają w tym samym mieście, mogą obchodzić Boże Narodzenie w odmienny sposób.
Tutaj nie ma Wigilii. Większość ludzi 25 grudnia obchodzi Boże Narodzenie: rano otwierają prezenty, a po południu zbierają się na świąteczny lunch. W Nowej Zelandii, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, 26 grudnia to Boxing Day, ale tutaj ten dzień kojarzy się przede wszystkim z wyprzedażami. Sklepy obniżają ceny, ponieważ wszystkie prezenty świąteczne zostały już kupione i wręczone (i nie kupuje się ich na Nowy Rok).
Jeśli chodzi o jedzenie, kuchnia nowozelandzka jest bardzo prosta. W Boże Narodzenie bardzo popularna jest szynka. Ludzie kupują ją gotową w supermarketach, a następnie glazurują i pieką w piekarniku. Podaje się również pieczone warzywa, najczęściej słodkie ziemniaki, i pieczonego indyka. Sałatki są bardzo proste. Na przykład popularna tu sałatka ziemniaczana to po prostu duże kawałki ziemniaków z majonezem. Przekąski na świątecznym stole to krakersy i pokrojony ser.

Jeśli chodzi o słodycze, to podaje się świąteczne ciasto z suszonymi owocami, które jest wstępnie namaczane w wodzie lub alkoholu, a następnie pieczone. Innym przysmakiem jest tutaj ciasto „Pawłowa”, również bardzo łatwe do zrobienia: kupuje się gotowe ciasto bezowe, smaruje je kremem i dekoruje owocami. Ciasto można też upiec samemu, ale ludzie tutaj nie są przyzwyczajeni do spędzania godzin w kuchni, nawet przed świętami. Nie ma tu gotowania według rodzinnych przepisów, nikt nie stara się upichcić czegoś oryginalnego.
Wydaje mi się, że na przygotowanie zwykłego obiadu poświęcam tyle samo czasu, co Nowozelandczycy na przygotowanie całego świątecznego stołu. Są zaskoczeni tym, ile czasu my spędzamy w kuchni
Miejscowi wielokrotnie nazywali moje dania „kulinarnymi arcydziełami”.
W Nowej Zelandii grudzień jest miesiącem letnim, więc na przykład w sylwestra można iść na plażę. Inni Ukraińcy i ja ustanowiliśmy już tutaj swego rodzaju tradycję grillowania 1 stycznia. Nowozelandczykom, których zawsze zapraszamy, bardzo spodobała się ta tradycja.

Zdjęcia: archiwa prywatne i Shutterstock


Głód nie ma narodowości
„Urodziłam się z niezgodą na zastany stan rzeczy”
Aldona Hartwińska: Przechadzam się korytarzem Kwitnącego Domu i słyszę wszędzie język ukraiński. Jak to możliwe?
Jest u nas bardzo dużo osób z Ukrainy, zarówno wśród beneficjentów, jak i wśród osób, które nam pomagają, które są naszymi wolontariuszami. Powody są różne. Oczywiście głównym jest pełnowymiarowa wojna w Ukrainie, która wybuchła w 2022 roku, i z tego powodu tych osób jest u nas więcej. Ale wciąż pojawiają się nowe osoby, które straciły nadzieję i decydują się na wyjazd z Ukrainy, mimo że wcześniej tego nie planowały.
Z drugiej strony też jest wiele osób, które zaczęły sobie układać tutaj życie i widząc swoich rodaków, którzy są starsi, z niepełnosprawnościami, czy po prostu głodni - to chcą też im pomagać, bo same sobie radzą trochę lepiej. Wśród naszych stałych dwustu wolontariuszy, ponad połowa to są osoby z Ukrainy. Czasami to młode dziewczyny, czasami starsze panie, które nie mogą znaleźć żadnego zatrudnienia. Są też starsi panowie, którzy są dla nas na wagę złota, bo pomagają nam nosić wszystkie te skrzynki z owocami i warzywami. Czasami są to dzieciaki, które też szukają miejsca, gdzie po prostu będą mogły być częścią czegoś.
Kiedy postanowiłaś, że chcesz pomagać?
Urodziłam się z niezgodą na zastany stan rzeczy. W szkole organizowałam koncerty charytatywne. Należałam do samorządu, robiłam zbiórki na rzecz zwierzaków.
Kiedy zaczęła się pełnowymiarowa wojna w Ukrainie, byłam na macierzyńskim i bardzo mnie dotknęło, że dziewczyny, które urodziły swoje dzieci 500 km dalej teraz siedzą z nimi na dworcach. Mój synek miał wtedy rok i nie potrafiłam siedzieć na kanapie i nic nie zrobić. Więc najpierw zaczęłam przywozić to, co mogłam, dzielić się tymi rzeczami, które miałam. Wcześniej zbierałam kupony do Ikei na 40 złotych po wszystkich sąsiadach i miałam cały samochód poduszek. Zobaczyłam ogłoszenie, że na Modlińską, do centrum recepcyjnego, przyjechało 800 osób i oni nie mają nawet gdzie ich położyć. Więc tam poduszki i kołdry. Ale kiedy tam weszłam i zobaczyłam tych ludzi… To byli ludzie, którzy jednego dnia po prostu dowiedzieli się, że ich kraj jest atakowany i zaczęli uciekać. To byli ludzie, którzy
O kim teraz przede wszystkim pomyślałaś?
Ja zawsze będę pamiętać historię, która sprawiła, że z bycia wolontariuszem na Modlińskiej przeszłam do tworzenia własnych projektów. Bardzo szybko dziewczyny w centrum recepcyjnym zorientowały się, że ja jestem tą osobą, która jak usłyszy, że gdzieś jest ciężarna albo matka z noworodkiem, to przewrócę świat do góry nogami, żeby sprawić, żeby im było trochę lepiej. I którejś niedzieli koleżanka mówi: Ania, czy ty wiesz, że tam jest matka z siedmiodniowym dzieckiem?
I ja podeszłam tam i zobaczyłam obraz, który mi nigdy nie zniknie sprzed oczu. Zobaczyłam dziewczynę przewijającą na polówce noworodka. Kiedy przekraczała granicę to dziecko miało trzy dni. Z nią była jeszcze trójka dzieci.
I to się działo na wielkiej hali, gdzie był rotawirus, gdzie był COVID, gdzie była odra. I ja byłam tak przerażona tym, że jeśli to dziecko którąś z tych chorób się zarazi, możemy nawet nie zdążyć go dowieźć do szpitala. I w ciągu dwóch godzin udało się ją stamtąd zabrać.
Wylądowała w mieszkaniu, które ktoś udostępnił, żeby można było im znaleźć bardziej trwałe miejsce pobytu. Ale następnego dnia rano dostałam telefon, że matka i starsze dzieci są chore, złapały rotawirusa. Okazało się również, że granicę przekroczyli z niepełnymi dokumentami, bo byli z terenów, które były atakowane, więc ona po prostu uciekała z tym, co miała w rękach. Nie mieli żadnych innych dokumentów, pozwalających na bezpłatne skorzystanie z pomocy medycznej w Polsce. Więc pierwsze, co zrobiłam, to zabezpieczyłam ich w taki sposób, żeby ktoś był w stanie chociaż opłacić rachunek w szpitalu, jeśli mieliby się tam znaleźć. Żeby ta mama się nie bała zadzwonić po karetkę, jeśli coś się stanie.
I choć nie jestem bardzo religijną osobą, to pierwszy raz od 20 lat siedziałam i się modliłam, że ja mogę mieć rotawirusa, że moje dzieci, które już były starsze, mogą mieć rotawirusa, ale że po prostu proszę, żeby to maleństwo nie zapłaciło najwyższej ceny za to miejsce, w którym się znalazło i za sytuację, w której się znalazło.
Parę dni później okazało się, że złapałam rotawirusa i znosiłam go z godnością [śmiech]. Natomiast maleństwo było zdrowe i z tego, co wiemy do dzisiaj, jest wszystko u nich okej.
I to był ten moment, kiedy zdecydowałaś się zbudować Dom Matki?
Ta historia uświadomiła mi, że byliśmy naprawdę blisko tyle od momentu, w którym stanie się nieszczęście, czyli dziecko, które ledwo co się narodziło, po prostu umrze. I wtedy zaczęłam bardzo gwałtownie szukać miejsca, w którym takie kobiety, kobiety w ciąży, matki kilkudniowych czy kilkumiesięcznych noworodków mogłyby być bezpiecznie. Bo to nie była jedyna historia. Były matki, które miały kilkutygodniowe czy kilkumiesięczne niemowlaki. Była dziewczyna, która trafiła do szpitala z pięciomiesięcznym dzieckiem z zapaleniem płuc, którą potem odesłali z powrotem na halę, w której to zapalenie płuc złapali. I wtedy udało się znaleźć kogoś, kto miał podobny pomysł do mnie: stworzyć taki dom, w którym matki z dziećmi będą w małym gronie, kilkanaście maksymalnie rodzin i będą bezpieczne. Stworzyliśmy Dom Matki, w którym znalazły schronienie kobiety w ciąży i matki noworodków do pierwszego roku życia. Niestety projekt został zakończony w zeszłym roku, ze względu na to, że nie mieliśmy już możliwości finansowania. Główny sponsor wycofał się.
Ale chciałabyś, żeby Dom dalej funkcjonował?
Oczywiście, że tak. My zaczęliśmy ten projekt prowadzić dla dziewczyn z Ukrainy, myśląc przede wszystkim o tych matkach, które gwałtownie znalazły się w innej, fatalnej rzeczywistości. Natomiast w trakcie prowadzenia tego projektu zorientowaliśmy się, że tych osób, które w Polsce są wykluczone z pomocy społecznej, a są w równie ciężkiej sytuacji, jest bardzo dużo. Są to chociażby Polki, które wracają z emigracji, które nie mając ostatniego adresu zamieszkania w Polsce, nie wiedzą nawet, gdzie mogą się zgłosić po pomoc, bo pomoc, bo jeden ośrodek odsyła ich do drugiego. Są to wszystkie migrantki cudzoziemki, które przyjeżdżają tutaj zarobkowo do pracy i nagle się okazuje, że są w ciąży.
Była dziewczyna, która przyjechała tutaj z Filipin, pracowała cały czas na umowę-zlecenie i straciła pracę z dnia na dzień, bo zaszła w ciążę. I z dnia na dzień zostaje bez środków do życia, czasami nawet z kończącą się kartą pobytu, której nie odnowi, bo już nie ma pracy. I nie może być deportowana, bo ma cukrzycę ciążową, więc żaden samolot jej nie przyjmie. I dokąd ona ma trafić?
Czyli Kwitnący Dom to nie tylko zetknięcie z wojennym frontem, ale też biurokracją i nieprzychylną administracją.
To jest chyba nasz wspólny front, wszystkich, którzy próbują pomagać. Ale my się w którymś momencie zorientowaliśmy, że głód nie ma narodowości, nie ma wieku, nie ma płci, nie ma żadnych innych różnic.
Jeśli ktoś żyje na granicy głodu, to nie ma znaczenia, kim ta osoba jest, bo ta osoba po prostu potrzebuje jedzenia. I teraz zajmujemy się głównie tym.
Kiedy ludzie się zorientowali, że jest takie miejsce, gdzie robimy coś takiego, to zaczęli nam przynosić ogromną ilość zabawek, ubranek, łóżeczek, wózków, wszystkiego. I w którymś momencie zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym zrobić?
Przecież nam się urodzi jedenaście niemowląt, a rzeczy jest na co najmniej sto albo i dwieście dzieci. Więc zaczęłyśmy wydawać wyprawki dla kobiet w ciąży, które są w trudnej sytuacji życiowej. I w ten sposób, w trakcie pierwszego roku wydałyśmy ponad dwieście wyprawek, które trafiły do dziewczyn z Ukrainy, do dziewczyn z Czeczeni, do zamkniętych ośrodków, do których trafiały dziewczyny z białoruskiej granicy i także do Polek, którym życie się nie poukładało i potrzebują pomocy. I w ten sposób z miejsca, które pomagało 11 rodzinom, staliśmy się w ciągu roku działalności miejscem, które pomagało kilku tysiącom osób - osobom starszym, z niepełnosprawnościami, rodzinom wielodzietnym.
Niedawno straż miejska w Warszawie znalazła kobietę i dwóch małych chłopców, którzy nie mieli dokąd pójść. Ogrzewali się przy ognisku nad Wisłą. To rodzina uchodźców, przebywająca w Polsce legalnie. Ale jednak - bez dachu nad głową, na mrozie. Ile takich przypadków znasz? Bo ten akurat był nagłośniony.
Ten przypadek był nagłośniony, ale on był nagłośniony zupełnie przypadkiem. Bo to nie jest nic niezwykłego.
Kiedy jeszcze działaliśmy jako “Dom Matki” wyciągnęliśmy dziewczynę z kontenerów, wyciągnęliśmy dziewczyny z klatek schodowych, gdzie siedziały, to nie jest nic niezwykłego.
Co ja mogę powiedzieć? Czasem, kiedy daje dziecku jakiś owoc, widzę, że bardzo dawno go nie jadł. I nawet jeśli ktoś nie wyląduje na klatce schodowej czy na ulicy, to czy można mówić o tym, że to jest lepsza sytuacja, jeśli nie stać go na kupienie jedzenia, żeby ich dzieci mogły się najeść? To jest tragiczne. Każdego dnia znajdują nas nowe osoby, które do nas docierają. Przez znajomych, przez Facebooka, wrzucamy ogłoszenia na różnych grupach. Już mamy tyle tych rodzin pod opieką, że działa po prostu na efektu kuli śniegowej.
I im m więcej osób do nas trafiało, tym większe były potrzeby. Zaczęliśmy myśleć o tym, że ludzie całą masę rzeczy wyrzucają. I gdzie są te rzeczy, które jednym nie są potrzebne, a nam byłyby na wagę złota? I zaczęliśmy współpracować z Bankiem Żywności, z bardzo wieloma firmami, piekarniami, które po prostu mają… odpad. Bo dla nich pieczywo i czy niesprzedane jedzenie to jest po prostu odpad. A my możemy nakarmić tym ludzi.

Do was można po prostu przyjść, zastukać w drzwi i powiedzieć: jestem głodna?
Drzwi najczęściej są otwarte, więc ludzie wchodzą i mówią, że są pierwszy raz i że potrzebują pomocy. I my wtedy mówimy im, co możemy zrobić, jak możemy im pomóc. Ale można nie tylko powiedzieć o głodzie. Poza tym, że możemy ich nakarmić, robimy też wiele innych rzeczy. Mamy raczkujący projekt Społecznej Wypożyczalni Gier i Puzzli, ponieważ zorientowaliśmy się, jak dużo puzzli i gier otrzymujemy.
Zaprosiliśmy wolontariuszy ze szkół, rodziców z dzieciakami, którzy sprawdzali, czy te puzzle i gry są kompletne. Jeśli były - trafiły na półkę, są teraz katalogowane po to, żebyśmy zrobili Wypożyczalnię i umożliwili osobom, których z jednej strony nie stać na kupienie gier czy zabawek, korzystanie z tego w fajny, bezpłatny sposób, a z drugiej strony osobom, które nie chcą marnować papieru, drzew, i z szacunku do środowiska nie kupują puzzli, którymi dziecko się pobawi trzy razy i rzuci w kąt.
Mamy też ubrania, buty. Co miesiąc przyjeżdża do nas około dziesięciu ton rzeczy, które segregujemy i wieszamy na wieszaki. Można przyjść i wziąć to, czego potrzebujesz. Latem wystawiamy je przed budynek. Ale mamy też second hand nie z ubraniami, ale z zabawkami, talerzami czy kubkami.
Ja całe życie byłam przekonana, że nie da się w Warszawie oddać nikomu kubków. Że wszyscy mają ich za dużo. A nagle się okazało, że przychodzą ludzie, którzy dostają mieszkania socjalne i mają tam tylko podłogę. Nie mają nawet w czym się napić herbaty, nie mają na czym zjeść.
Są też rzeczy, których nie potrafimy wyrzucić, dlatego, że są dla nas bardzo ważne i sentymentalne. I latami zastanawiamy się, co z nimi zrobić. I niektórzy trafiają na nas i przynoszą to do nas. Niedawno trafiła do nas… suknia ślubna, która już wystarczająco długo leżała w szafie. Teraz trafi do dziewczyny, która nie może sobie na coś takiego pozwolić.
Kolejnym projektem są Wędrujące Książki. Postawiliśmy na regałach książki, które ludziom nie były potrzebne, bo już są przeczytane, bo są stare, bo ich biblioteka jest za duża i nie mieściły się na półkach. I dzięki temu, że część tego trafia do nas, mamy tu bezpłatną księgarnię.
My to nazwaliśmy “Wędrującymi książkami”, bo działa tak, że można przyjść tu i od nas je zabrać, ale też nasi wolontariusze rozkładają po mieście w różnych miejscach, tak żeby ktoś po prostu na to trafił i mógł sobie z tego skorzystać. Mamy książki po polsku, po angielsku, po ukraińsku, rosyjsku… Jedna książka kosztuje od 20 do nawet 100 złotych i dla wielu ludzi to jest kwestia przeżycia kilku dni za te pieniądze. Więc jeśli oni mogą wziąć książkę, korzystać z niej, rozwijać się, to chcą tego.

To brzmi jak prężnie działająca maszyna, jak wielka firma. Ja ty to wszystko ogarniasz?
Bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi o Kwitnącym Domu, jak o czymś moim. To jest praca kilkuset ludzi, którzy przychodzą tutaj i spędzają tu swój wolny czas.
Gdyby nie kilkoro naszych wolontariuszy, które przychodzą tutaj nawet częściej niż ja, takich jak Ala, jak pani Czesława,jak Anatoli… To są osoby, które są z nami codziennie. To można liczyć w tysiącach godzin. Do raportu wpisujemy, że mamy około 400-500 wolontariuszy, natomiast jeśli byśmy dobrze policzyły każdą osobę, która przyjdzie, nawet na chwilę, to tych ludzi są tysiące. I nawet jeśli ktoś przyjdzie na godzinę, to staje się częścią tego i dokłada swoją kropelkę do tego, żeby to działało.
To wszystko to jest po prostu dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych…
Czasami myślimy, że czegoś nie da się zrobić, ale nagle się okazuje, że są możliwości. Czasami nawet my nie wiemy, że coś trzeba zrobić, a przychodzi ktoś i nam pokazuje to, a czasami po prostu rzeczy się dzieją. Ja bardzo mocno przez te trzy lata nauczyłam się wierzyć w to, że jeśli coś jest potrzebne, to cały świat sprawi, żeby się udało. To oczywiście nie znaczy, że trzeba siedzieć na kanapie i nic nie robić i się wszystko “zadzieje” samo.
Bo trzeba temu szczęściu dać szansę, ale jeśli jesteśmy w tym miejscu, w którym powinniśmy być i robimy coś, co jest światu po prostu potrzebne, to pojawią się te zasoby, te możliwości do tego, żeby to wykorzystać.
Zdjęcia z prywatnego archiwum


Mocna latarka i powerbank w każdym domu. Jak się przygotować na przerwy w dostawach prądu
Od latarki do własnej minielektrowni
Natalia Żukowska: – Czy naprawdę można zapewnić sobie komfortowe życie nawet podczas długotrwałej przerwy w dostawach prądu? Co trzeba mieć pod ręką?
Andrij Jaworski: – Przetrwanie energetyczne zaczyna się od podstawowych rzeczy: niezawodnego oświetlenia i stabilnej łączności. Dopiero po zapewnieniu tego warto pomyśleć o poważniejszych rozwiązaniach: rezerwowych źródłach zasilania dla sprzętu AGD, systemach ogrzewania, własnych panelach słonecznych.
Najprostszym, a zarazem najważniejszym narzędziem w okresie zimowym jest zwykła latarka, którą należy nosić przy sobie. To rzecz niezbędna. Nie warto używać telefonu jako źródła światła: bateria szybko się rozładuje, a ryzyko uszkodzenia urządzenia wzrasta. Latarka powinna być wytrzymała, odporna na uderzenia i zasilana standardowymi bateriami AA, które łatwo znaleźć w każdym sklepie.
Radziłbym zaopatrzyć się też w:
- latarkę kempingową – jest wygodna w użyciu, ponieważ można ją postawić na stole albo zawiesić. Zapewnia równomierne oświetlenie pomieszczenia. Takie modele często działają na akumulatorze i mogą być doładowywane;
- lampki z czujnikiem ruchu. Dobrze nadają się do korytarzy, kuchni lub łazienki. Włączają się tylko wtedy, gdy przechodzisz obok i mogą działać kilka miesięcy na jednym ładowaniu.

Drugim niezbędnym urządzeniem jest wysokiej jakości powerbank. Poszukaj modelu, który jest w stanie kilkakrotnie całkowicie naładować twój telefon i ma kilka portów dla różnych urządzeń. Warto również kupić zwykłe radio, które działa nawet wtedy, gdy padną sieci komórkowe.
A co z Internetem?
Ważne jest, by zrozumieć, że dostęp do Internetu nie jest tylko kwestią bezpieczeństwa informacji, ale także możliwości wykonywania pracy i pozostawania w kontakcie. Jeśli pracujesz zdalnie, zadbaj o niezawodne łącze internetowe. Optymalnym rozwiązaniem jest poprowadzenie kabla światłowodowego. Taka linia jest niezależna energetycznie – jedyne, co trzeba zrobić, to podłączyć urządzenie i router do niewielkiego źródła stałego zasilania. W ten sposób będziesz mieć łączność nawet wtedy, gdy padnie mobilny Internet.
Czy w wielopiętrowych budynkach trudniej zapewnić minimalny komfort niż w domach prywatnych?
Tak. Zimą 2022 roku mieszkańcy nowych budynków w Kijowie przeżyli prawdziwy koszmar: nie działały windy, nie było wody, ciepłownie również przestały działać, przygotowanie posiłków było niemożliwe, bo nie było gazu – wszystko opiera się na energii elektrycznej. Dlatego obecnie w wielu wspólnotach mieszkaniowych instaluje się systemy zasilania awaryjnego, które są w stanie obsługiwać przynajmniej jedną windę.
Trudnym tematem jest woda. Na wyższe piętra jest dostarczana za pomocą pomp, które w przypadku braku prądu natychmiast się zatrzymują.
Mieszkający powyżej 5. piętra zostają bez wody już kilka minut po wyłączeniu prądu
W takim przypadku istnieją dwa rozwiązania. Po pierwsze, należy zgromadzić zapas wody, co nie jest trudne. Po drugie, trzeba zastanowić się, jak ją wykorzystywać do celów higienicznych. Istnieje proste rozwiązanie: przenośny prysznic z małą pompką zasilaną z powerbanku. Wystarczy naładować urządzenie, zanurzyć wąż w pojemniku z wodą – i można się kąpać. W razie potrzeby taki system można też nawet nieco zmodyfikować pod kątem domowego zaopatrzenia w wodę.

Co z przygotowywaniem posiłków bez kuchenki elektrycznej czy mikrofalówki?
W warunkach miejskich najprostszym rozwiązaniem są kuchenki turystyczne z butlą gazową. Jednak to wymaga ścisłego przestrzegania zasad bezpieczeństwa dotyczących tego, gdzie ich używać, jak przechowywać butle, jak zapewnić wentylację. W wielopiętrowych budynkach ludzie czasami wychodzą na balkony i tam gotują, ale to również ryzyko – trzeba pomyśleć o środkach przeciwpożarowych i sąsiadach.
Przetrwanie w dużym mieście w dużej mierze zależy od zjednoczenia społeczności: ktoś może pomóc sąsiadowi z wodą, ktoś – z paliwem albo drewnem do ogrzewania
Na wsi sytuacja jest prostsza – jest studnia, są własne zapasy i łatwiej zdobyć drewno.
A ogrzewanie? Zimą to bardzo ważne. Jak zapewnić działanie urządzeń grzewczych, gdy nie ma prądu?
Nowoczesne kotły gazowe nie działają bez prądu: wszystkie wymagają zasilania do automatyki i pomp. I tu z pomocą przychodzą tak zwane stacje ładowania. To już nowoczesne rozwiązanie, w przeciwieństwie do starych schematów typu: „akumulator samochodowy + falownik”.
Akumulatory samochodowe w ogóle nie nadają się do zasilania awaryjnego: szybko ulegają awarii, ponieważ są przeznaczone tylko do krótkiego, impulsowego uruchamiania silnika, a nie do długotrwałej pracy. W najlepszym przypadku taki akumulator przetrwa 3 miesiące.
Lepiej wybrać stację zasilania?
Tak, ale wysokiej jakości. Na rynku jest wiele ofert i są marki, które już się sprawdziły i mogą zasilać kocioł gazowy (na przykład EcoFlow, Bluetti). To minimum, które warto mieć w domu. Dalej wszystko zależy od budżetu: można zbudować cały system zasilania awaryjnego.
A jeśli chodzi o domy prywatne?
Tutaj jest prościej. Są firmy, które oferują kompleksowe rozwiązania „pod klucz”. Na przykład produkują hybrydowe falowniki [które przekształcają prąd stały z paneli słonecznych na prąd zmienny do użytku domowego, a także zarządzają gromadzeniem nadwyżki energii w akumulatorach, by wykorzystać ją podczas przerw w dostawie prądu – red.] i akumulatory o różnej mocy. Mieszkam w pobliżu Iwano-Frankiwska i mam w domu taki system: panele słoneczne na dachu, a w garażu hybrydowy falownik z akumulatorami.
Dzięki temu prawie nie odczuwam przerw w dostawie prądu. Co najwyżej zamigocze światło – i to wszystko
Taki system jest drogi, ale obecnie ceny spadły i stał się bardziej dostępny zarówno dla osób prywatnych, jak dla biznesu.
Nie kupuj najtańszych urządzeń. Jakość sprzętu ma strategiczne znaczenie
Ile kosztuje podstawowy system?
Dla mieszkania minimalna opcja wygląda następująco:
- inwerter o mocy 6 kilowatów,
- akumulator o pojemności 5 kilowatogodzin.
To koszt około 2500 dolarów. Oczywiście jakość sprzętu ma duże znaczenie. Nie polecam tanich inwerterów z AliExpress: są zawodne, słabo się chłodzą i hałasują tak, że nie da się spać. Lepiej wybierać sprawdzony sprzęt z gwarancją.

Mieszkańcy wieżowców często montują panele słoneczne na balkonach. Pozwala to na ładowanie akumulatorów w ciągu dnia i częściowe zrekompensowanie zużycia energii elektrycznej. Gwarancja na takie urządzenia wynosi od 5 do 10 lat. Biorąc pod uwagę fakt, że taryfy za energię elektryczną dla ludności również będą rosły, taka inwestycja ma sens. Biznes już płaci 10-12 hrywien i więcej za kilowatogodzinę, a dla ludności również prognozuje się znaczny wzrost.
Są jakieś bardziej budżetowe rozwiązania?
Oczywiście. Minimum to działanie systemu ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i lodówki. To są podstawowe potrzeby. Reszta według uznania i możliwości.
Jednak nawet jeśli się ma system zasilania awaryjnego, lepiej zapomnieć o tym, że w czasie wyłączeń będzie można korzystać z kuchenki indukcyjnej, piekarnika czy pralki. To zbyt energochłonne
Kiedy nie ma słońca, system prawie nic nie generuje i trzeba skupić się tylko na podstawowych potrzebach. Natomiast w słoneczne dni część energii można już przeznaczyć na gotowanie posiłków lub inne domowe sprawy.
Jednym z najpopularniejszych rozwiązań pozostają generatory. Asortyment jest ogromny – od małych modeli do domków letniskowych po potężne stacje do domu. Koszt kilowatogodziny zależy oczywiście od paliwa: jeśli generator pracuje na benzynie, będzie to kosztowne, ale jeśli podłączysz go do sieci gazowej, koszty znacznie się zmniejszą. Owszem, tu też pojawia się kwestia bezpieczeństwa, ale odpowiednie rozwiązania już istnieją. W takim przypadku kilowatogodziny może być wielokrotnie niższy niż w przypadku benzyny.
Jaka powinna być moc generatora, by zapewnić minimalny komfort – na przykład by działała lodówka i kilka urządzeń gospodarstwa domowego?
Minimalna moc dla „podstawowego zestawu przetrwania” (lodówka + światło + router + pompa) to 1-2 kW (1000-2000 W).
Komfortowa opcja dla mieszkania (by dodatkowo zasilać kilka gniazdek, ładowarek, małą płytę elektryczną/grill w momentach generacji) – 2-3 kW.
Dla prywatnego domu lub jeśli planujesz zasilać kocioł, bojler, kilka mocnych odbiorników – potrzeba 3-5 kW i więcej, w zależności od listy urządzeń.

Jaki typ generatora wybrać?
Wszystko zależy od finansów. Generator inwerterowy to nowoczesna opcja, która ma szereg zalet: pracuje ciszej, wytwarza „czystszą” energię elektryczną, która jest bezpieczna dla wrażliwej elektroniki, a także zużywa mniej paliwa przy częściowym obciążeniu. Taki generator jest szczególnie wygodny w warunkach miejskich lub dla tych, którzy planują zasilać nie tylko lampy czy grzejniki, ale także komputery i inny sprzęt.
Istnieje też klasyczny generator – tradycyjny model, który przyciąga niższą ceną przy wyższej mocy. Jednak za to trzeba „zapłacić” czymś innym: klasyczne generatory są zazwyczaj większe, cięższe i znacznie głośniejsze. Dobrze nadają się do sytuacji, w których najważniejsze jest uzyskanie maksymalnej ilości energii za minimalne pieniądze, a poziom komfortu nie ma decydującego znaczenia.
Wiele nowoczesnych stacji pozwala na podłączenie dodatkowych baterii, co oznacza, że sam skalujesz system. Istnieją nawet rozwiązania balkonowe – polegają na podłączeniu do stacji niewielkich paneli słonecznych na balkonie. W takich warunkach w ciągu dnia stacja jest zasilana energią słoneczną i naprawdę oszczędza energię elektryczną.
Gdzie najlepiej trzymać generator?
Generator ma sens tam, gdzie jest wystarczająco dużo miejsca na jego umieszczenie i możliwość bezpiecznego przechowywania paliwa
Dla miasta – z balkonami, sąsiadami i gęstą zabudową – bardziej realistyczną opcją są stacje ładowania. Najważniejsze jest bezpieczeństwo: gdzie przechowywać generator, gdzie przechowywać paliwo, kto odpowiada za konserwację sprzętu. Widziałem tylko jeden przykład, gdzie zrobiono to prawidłowo – w pobliżu jednego ze szpitali w Iwano-Frankiwsku: ogrodzony teren, generator pod zadaszeniem, chroniony przed deszczem, rura do odprowadzania spalin do atmosfery, system przeciwpożarowy, uziemienie. To cała infrastruktura. Ale kiedy generator stoi w garażu lub na podwórku bez kontroli, to jest niebezpieczne.
Jakie są najczęstsze błędy popełniane podczas przygotowań do masowych odłączeń prądu?
Po pierwsze, próby rozwiązywania problemów bardzo tanim kosztem. Świeczki to nietrwałe rozwiązanie i duże ryzyko pożaru, zwłaszcza w dobrze ocieplonych pomieszczeniach z oknami metalowo-plastikowymi (ograniczony dopływ powietrza). Po drugie, używanie akumulatorów samochodowych jako rezerwowych. To błąd, bo akumulatory samochodowe są przeznaczone do pracy impulsowej (rozrusznik), a nie do długotrwałego rozładowywania/ładowania w systemie zasilania awaryjnego – w takim trybie szybko ulegają awarii. Po trzecie, ludzie często zwlekają z zakupem potrzebnego sprzętu, tymczasem gdy już dojdzie do przerw w dostawie prądu, ceny gwałtownie rosną. Wtedy to, co można było wcześniej kupić tanio, kosztuje znacznie więcej.

Jak zmieni się podejście do bezpieczeństwa energetycznego w ciągu najbliższych 5-10 lat?
Niedawno przeczytałem raport DiXi Group [centrum analityczne zajmujące się badaniami i doradztwem w dziedzinie energetyki, bezpieczeństwa, polityki informacyjnej, inwestycji – aut.] dotyczący energetyki w Ukrainie. Otóż odnotowano w nim rekordowy eksport energii elektrycznej. Dlaczego? Ponieważ wiele przedsiębiorstw zostało zniszczonych, zużycie spadło i powstała nadwyżka. A system energetyczny zawsze musi być w równowadze: tyle, ile się wytwarza, tyle się zużywa. Dobrze, że teraz możemy sprzedawać nadwyżki do Europy, jednak sytuacja się zmienia. Mocno ucierpiała energetyka cieplna, a także energetyka wodna – zwłaszcza z powodu niskiego poziomu wody, co jest bezpośrednio związane ze zmianami klimatu. Dlatego uważam, że przyszłością jest rozwój odnawialnych źródeł energii. Ale to za mało. Potrzebne są też systemy magazynowania energii, które rozwiążą kluczowy problem: co zrobić z nadwyżkami, gdy jest produkcja, i co zrobić, gdy jest popyt, ale nie ma produkcji.
Zielona taryfa wygasa w 2030 roku. Powstaje pytanie: co się stanie z ogromnymi zasobami elektrowni słonecznych? Odpowiedź brzmi: biznes już teraz masowo inwestuje w elektrownie słoneczne na własne potrzeby. Energia nie trafia „w próżnię”, ale jest wykorzystywana w przedsiębiorstwie. Dla ludności ta tendencja jest również aktualna. Ogólnie wszystko będzie zależało od taryf. Jeśli będą rosły, energia słoneczna stanie się bardziej atrakcyjna.
Czy odnawialne źródła energii i domowe minielektrownie mają potencjał, by zapewnić autonomię?
Popyt na rozwiązania autonomiczne jest wprost proporcjonalny do liczby przerw w dostawach energii. Gdy tylko zaczynają się przerwy w dostawach, popyt gwałtownie rośnie, a wraz z nim ceny. Istnieje jednak jeszcze jedno wyzwanie: brakuje specjalistów.
By zmienić tę sytuację, w 2021 roku stworzyliśmy centrum szkoleniowe przygotowujące specjalistów w dziedzinie energii słonecznej
Studenci odbywają praktyki, zajmują się montażem i konfiguracją stacji, a po zakończeniu szkolenia mają gwarancję zatrudnienia. Zamówień jest bardzo wiele – to dobry znak, ponieważ rynek się rozwija, a możliwości dla młodych profesjonalistów są coraz większe.
Chciałbym dać wszystkim prostą radę: nie czekajcie, aż zaczną się przerwy w dostawach prądu czy sytuacje kryzysowe. Zacznijcie od tego, co najprostsze: latarki i powerbanku. Jeśli kupicie te rzeczy zawczasu, możecie nawet zaoszczędzić. Przedsiębiorcy dobrze wiedzą, że baterie mają ograniczoną żywotność, dlatego często oferują sprzęt w korzystnych cenach. Z latarką i mocnym powerbankiem przerwy w dostawie prądu nie będą już takie straszne.


„Nie szukam lepszego życia, szukam życia bez wojny”. Jak napływ młodych mężczyzn z Ukrainy wpływa na niemiecką politykę wobec uchodźców
Niemcy biją na alarm w związku z gwałtownym napływem młodych ukraińskich mężczyzn w wieku 18–22 lat. W ciągu ostatnich trzech miesięcy — po tym, jak pod koniec sierpnia władze Ukrainy zezwoliły tej grupie wiekowej na wyjazd za granicę — liczba przyjazdów wyraźnie wzrosła. Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Niemiec podaje, że jeszcze w połowie sierpnia 2025 roku do Niemiec przybywało średnio 19 nowych ukraińskich uchodźców tygodniowo. We wrześniu było to już około tysiąca osób tygodniowo, a w październiku — do 1800.
Na nową falę uchodźców niemieckie władze zareagowały już bardzo wyraźnie. Kanclerz Friedrich Merz poprosił prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, by dopilnował, aby młodzi mężczyźni nie przyjeżdżali do Niemiec w tak dużych liczbach, lecz służyli w swoim kraju. Zapowiedział też ograniczenie świadczeń socjalnych dla Ukraińców. Z kolei premier Bawarii Markus Söder ocenia, że problem szybko narasta, ponieważ liczba przyjazdów nadal rośnie, i uważa, że Ukraina powinna ponownie wprowadzić zakaz wyjazdu dla młodych mężczyzn. Sestry sprawdziły, dlaczego młodzi ludzie z Ukrainy wybierają akurat Niemcy i co dziś na nich tam czeka.
Dlaczego właśnie Niemcy? Oczekiwania i rzeczywistość
O napływie młodych Ukraińców, którzy nadal przyjeżdżają do Niemiec, lokalna prasa zaczęła mówić pod koniec października — opowiada Sestrom Anastazja Łukasiewicz, która od początku pełnoskalowej wojny mieszka z córką w Bawarii i jako wolontariuszka pomaga Ukraińcom. — I media, i urzędnicy zwrócili uwagę, że wcześniej z Ukrainy przyjeżdżały głównie kobiety z dziećmi, a teraz zaczęli przybywać chłopcy w wieku 18–22 lat. Z każdym tygodniem jest ich coraz więcej. W grupie wsparcia dla Ukraińców to obecnie jeden z najaktualniejszych tematów — stale zwracają się do nas o pomoc ich mamy.
Inne kraje Europy, w tym Czechy, dokąd również wyjeżdżają młodzi Ukraińcy, na razie nie mówią o takim problemie. Nasuwają się więc wnioski, że większość tych, którzy wyjechali za granicę, kieruje się właśnie do Niemiec. Dlaczego?
Główny powód to świadczenia socjalne. Wielu jest przekonanych, że w Niemczech uchodźcy wciąż mogą liczyć na pełen pakiet: wsparcie finansowe, bezpłatne mieszkanie i edukację, a do tego — dobre zarobki nawet przy nisko wykwalifikowanej pracy. Z tego samego powodu niemało Ukraińców, którzy na początku wojny wyjechali do Polski, później przeniosło się również do Niemiec.
Ale rzeczywistość różni się od tych wyobrażeń — zwłaszcza teraz, pod koniec 2025 roku, gdy do Niemiec przyjechało już ponad 1 milion 300 tysięcy Ukraińców.
Wiele landów nie przyjmuje nowych uchodźców, a tam, gdzie miejsca jeszcze są, nie warto liczyć na osobne lokum. Na przykład w Bawarii najpewniej będzie to pokój w ośrodku, który trzeba dzielić z uchodźcami z Syrii, Afganistanu i różnych innych krajów. Dla wielu osób przyjeżdżających teraz jest to szok — oczekiwali samodzielnego mieszkania, a nie na przykład pokoju w miasteczku kontenerowym.
Miasteczko kontenerowe to w praktyce baraki ustawione na polu.
Kiedy w jednym baraku mieszkają osoby różnych narodowości, z różnymi nawykami domowymi i żywieniowymi, wspólne życie może być bardzo niekomfortowe. Ktoś przyzwyczajony jest chodzić w domu w butach, ktoś nie je wieprzowiny i przeraża go sama myśl, że mięso leży w lodówce, ktoś inaczej korzysta z toalety.
A jednak wszystkich kwateruje się razem — i jeśli nie możesz wynająć mieszkania, nie masz wyboru.
Znalezienie mieszkania na wynajem jest trudne: nie dość, że jest drogo, to jeszcze najczęściej wymagane są stała praca i historia kredytowa — czego osoba, która dopiero co przyjechała, zwykle nie ma. A jeśli nie masz przy sobie poważniejszej sumy pieniędzy i liczysz na pomoc państwa, to najprawdopodobniej przyjdzie ci mieszkać w takim baraku.

Niemiecka prasa podkreśla szczególne zainteresowanie nowo przybyłych młodych Ukraińców landem Bawaria…
Nie całą Bawarią, tylko właśnie Monachium. Mieszkam na bawarskiej prowincji — tutaj nikt nie chce przyjeżdżać. Młodzi Ukraińcy, którzy przyjeżdżają teraz, szukają w Monachium prestiżowych uniwersytetów, życia kulturalnego, atmosfery i tak dalej. Wielu jest przekonanych, że koszty mieszkania (a w Monachium są one najwyższe w Niemczech) pokryje „socjal”, ale to tak nie działa.
Nie możesz po prostu wybrać sobie mieszkania, które ci się podoba, i zakładać, że państwo będzie za ciebie płacić czynsz. Wysokość pomocy jest ograniczona. Na przykład jeśli matka z dwójką dzieci może liczyć na umowne 900 euro, to wszystko, co przekracza tę kwotę, będzie musiała dopłacić z własnej kieszeni. I o ile w tańszym landzie taka suma może wystarczyć na mieszkanie o wymaganej liczbie pokoi (nie może wynająć lokalu mniejszego, niż przewidują ustalone przez państwo normy), o tyle w Monachium na takie mieszkanie potrzeba dwóch tysięcy euro. W efekcie świadczenia na najem już nie wystarczają. A jeśli zarejestrujesz się w jednym landzie, nie możesz tak po prostu przenieść się do innego — tylko ze względu na pracę albo małżeństwo.
Zgłaszają się do nas młodzi Ukraińcy, którzy przyjechali do Monachium, a teraz, zrozumiawszy, że przy monachijskich cenach bardzo trudno przetrwać, nie wiedzą, co robić.
Wariant znalezienia pracy, by utrzymywać się samodzielnie, wydaje się logiczny, ale i to nie jest takie proste. Trzeba wziąć pod uwagę niemiecką „zaregulowaną” rzeczywistość — to, jak ważne są tu nie tylko umiejętności, lecz także kwalifikacje, których zdobycie może zająć lata. Bez kwalifikacji i z niewystarczającym poziomem niemieckiego można liczyć co najwyżej na pracę w sprzątaniu albo w fabryce, przy pracy fizycznej. Wydawałoby się, że mechanik samochodowy to zawód poszukiwany. Ale bez odpowiednich kwalifikacji (nawet jeśli ma się doświadczenie) nikt nie zaufa ci nawet przy najprostszych pracach. Co najwyżej można myć samochody w serwisie. Żeby zdobyć kwalifikacje, trzeba uczyć się w specjalnej szkole, ale aby się do niej dostać, poziom niemieckiego musi wynosić co najmniej B2. Dlatego pierwsze kilka lat zwykle schodzi na naukę języka, a dopiero potem przychodzi czas na zdobywanie kwalifikacji.
Kolejny nieprzyjemny aspekt to poziom bezrobocia w Niemczech. Niestety obecnie nawet wykwalifikowani Niemcy często nie mogą znaleźć pracy — cóż dopiero imigranci. Bezrobocie i bardzo wysokie wymagania pracodawców to jeden z powodów, dla których nawet Ukraińcy, którzy przyjechali tu w 2022 roku i nauczyli się języka do poziomu B2 lub wyżej, też mają problemy z zatrudnieniem. Dla 20-letnich chłopaków przyjeżdżających teraz ta droga jest jeszcze dłuższa i trudniejsza. Ponieważ nie kończyli niemieckich szkół, muszą najpierw nadrobić „stracone lata” (w Niemczech nauka w szkołach trwa dłużej niż w Ukrainie).
Jeśli po szkole chcesz iść na uniwersytet, poziom niemieckiego nie może być niższy niż C1. Trzeba też pamiętać, że studenci nie mają dostępu ani do świadczeń socjalnych, ani do dopłat do czynszu.
Nie twierdzę, że zdobycie wykwalifikowanej pracy w Niemczech jest niemożliwe — ale to nie jest kwestia jednego roku. Trzeba nastawić się na długą i wymagającą drogę. Rzeczywistość bardzo różni się od tego, co wyobrażają sobie ukraińscy chłopcy, którzy teraz przyjeżdżają.

Kolejki do rejestracji i cięcia świadczeń
Czy to prawda, że nagły napływ Ukraińców w wieku 18–22 lat doprowadził do przeciążenia urzędów administracyjnych i w efekcie do powstania kolejek?
Tak. O ile wcześniej nowo przybyłych uchodźców rejestrowano szybko, o tyle teraz proces może trwać nawet kilka miesięcy. Co więcej, do momentu rejestracji osoby, które nie mają gdzie się zatrzymać, mieszkają już nawet nie w barakach, lecz w obozach, gdzie uchodźcy z różnych krajów przebywają w jednej dużej sali, a ich miejsca do spania oddzielone są jedynie zasłonkami.
Jest tu jeszcze jeden ważny aspekt. Jak wiadomo, sytuacja w Ukrainie (zwłaszcza w regionach położonych blisko frontu) pogarsza się. Rosja dosłownie niszczy miasta i ludzie, którzy po 2022 roku wciąż pozostawali w swoich domach, teraz są zmuszeni wyjeżdżać. A jeśli ktoś jest dodatkowo chory i potrzebuje stałej opieki medycznej, raczej pojedzie do Niemiec niż do innych regionów Ukrainy, gdzie również trwają ostrzały i brakuje prądu.
I nierzadko przez kolejki tworzone przez nowych przybyszy emeryci oraz osoby z ciężkimi diagnozami, którzy teraz przyjeżdżają ze stref działań wojennych, muszą czekać na samą rejestrację… miesiącami. A bez rejestracji nie można zapisać się do lekarza rodzinnego ani rozpocząć czy kontynuować leczenia.
Niedawno zgłosiła się do nas kobieta z Charkowa, która po diagnozie nowotworu przyjechała do Niemiec. Liczyła na szybkie rozpoczęcie terapii, ale trafiła do długiej kolejki i już od kilku miesięcy mieszka w obozie. Ja sama w marcu 2022 roku przyjechałam tu z umierającym ojcem na rękach. Wtedy wszystko załatwiono i ojca przyjęto do szpitala maksymalnie szybko. Boję się wyobrazić, co czują ludzie, którzy w podobnych sytuacjach muszą miesiącami czekać na rejestrację i wyrobienie ubezpieczenia.
Na nową falę uchodźców niemieckie władze zareagowały już bardzo wyraźnie. Kanclerz Friedrich Merz poprosił prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, by dopilnował, aby młodzi mężczyźni nie przyjeżdżali do Niemiec w tak dużych liczbach, lecz służyli w swoim kraju. Zapowiedział też ograniczenie świadczeń socjalnych dla Ukraińców. Z kolei premier Bawarii Markus Söder ocenia, że problem szybko narasta, ponieważ liczba przyjazdów nadal rośnie, i uważa, że Ukraina powinna ponownie wprowadzić zakaz wyjazdu dla młodych mężczyzn. Wielu młodych chłopaków z Ukrainy jedzie także do niemieckiej stolicy i innych dużych miast. Sestry potwierdziły to w Ukraińskim Centrum Komunikacyjnym w Berlinie.
O tym, że liczba ukraińskich mężczyzn przyjeżdżających obecnie do Berlina systematycznie rośnie, powiedział w komentarzu dla ukraińskiego wydania „Ukrinformu” także dyrektor Urzędu ds. Imigracji w Berlinie Engelhard Mazanka. Według niego obecnie co dwudziesty uchodźca z Ukrainy trafia właśnie do Niemiec.
„Skład uchodźców zmienił się od marca 2022 roku. Na początku przybywały głównie kobiety, osoby starsze i dzieci, ponieważ większość mężczyzn pozostawała w Ukrainie. Od sierpnia przybywa coraz więcej młodych mężczyzn, którzy dołączają do swoich rodzin albo mieszkają samodzielnie. Co tydzień do Berlina przyjeżdżało 20–100 osób, a teraz liczba ta wynosi 150–700 osób tygodniowo” — informuje urzędnik.
21-letni kijowianin Roman, który poprosił o niepodawanie jego nazwiska, na początku października 2025 roku wyjechał do Niemiec i zatrzymał się u mamy, która od kwietnia 2022 roku mieszka z córką w Nadrenii Północnej-Westfalii.
— Kiedy zaczęła się wojna, skończyłem osiemnaście lat i nie mogłem wyjechać razem z nimi — opowiada Roma. — W Ukrainie studiowałem na uniwersytecie, rok temu znalazłem pracę w firmie logistycznej. To dobra praca, ale gdy w sierpniu chłopakom w moim wieku pozwolono wyjeżdżać za granicę, zdecydowałem się wyjechać. Nie oczekuję, że w Niemczech będzie mi łatwo, i myślę, że w Ukrainie mógłbym zarabiać więcej i żyć w bardziej komfortowych warunkach — w Kijowie mamy trzypokojowe mieszkanie w nowym budownictwie, w dobrej dzielnicy.
Nie szukam lepszego życia — szukam życia bez wojny. Nawet jeśli w Niemczech będę musiał myć samochody, nad moją głową nie będą latały rakiety, będę mógł spać w łóżku, a nie w schronie.
Mogę powiedzieć, że właśnie niechęć do pójścia na front jest powodem wyjazdu większości chłopaków w moim wieku. Może to brzmi niegodnie, ale taka jest rzeczywistość. Razem ze mną wyjeżdżał mój kolega z klasy Ihor, którego ojciec zginął pod Bachmutem. Jego mama dosłownie zmusiła go do wyjazdu, bo nie chce stracić także syna. Na razie zgodnie z prawem nie powinni mobilizować tych, którzy nie skończyli 25 lat, ale przepisy mogą się zmienić.

Na napływ młodych ukraińskich mężczyzn władze zareagowały reformami — ograniczeniem pomocy socjalnej. 19 listopada rząd Niemiec zatwierdził środki dotyczące zmniejszenia wsparcia dla Ukraińców. Jeśli wcześniej Ukraińcy objęci tymczasową ochroną otrzymywali tzw. „świadczenie obywatelskie” (Bürgergeld), to teraz osobom, które przybyły do kraju po 1 kwietnia 2025 roku, będzie przysługiwać jedynie standardowe świadczenie dla osób ubiegających się o azyl — o około 120 euro miesięcznie niższe — wynoszące 441 euro na osobę dorosłą.
Władze obiecują także zaostrzyć podejście wobec tych, którzy długo nie mogą znaleźć pracy — podobnie jak osoby ubiegające się o azyl, mają być kierowani do nisko płatnych prac, na przykład do sprzątania śmieci. Niedostępne będzie również standardowe ubezpieczenie zdrowotne — zamiast niego Ukraińcy, którzy przybyli po 1 kwietnia, będą mogli liczyć jedynie na podstawową opiekę medyczną, z wyraźnie węższym zakresem usług. Pomoc w opłacaniu mieszkania oraz świadczenia na dzieci mają zostać utrzymane. Rząd tłumaczy te działania koniecznością jak najszybszego włączenia większej liczby Ukraińców na rynek pracy — dotąd bowiem, według różnych szacunków, oficjalnie zatrudnionych jest jedynie od 35 do 50 procent ukraińskich uchodźców w wieku produkcyjnym, a wskaźnik ten jest znacząco niższy niż w większości innych krajów europejskich.


Polacy chcą ostrzejszej polityki wobec Rosji. Nowy sondaż
Respondentów pytano w sondażu, "czy w związku z ostatnimi wrogimi działaniami hybrydowymi Rosji na terenie Polski (m.in. podpaleniami, próbami dywersji i szpiegostwem) Polska powinna podjąć bardziej zdecydowane działania wobec Rosji — takie jak zerwanie stosunków dyplomatycznych lub wprowadzenie całkowitego zakazu wjazdu dla obywateli Rosji?".
56,5 proc. badanych zgodziło się z tym stwierdzeniem, w tym 40,4 proc. odpowiedziało, że raczej się zgadza, a 16,1 proc. zgodziło się z nim zdecydowanie. Odmienne zdanie ma 30,5 proc. ankietowanych, w tym 22,2 proc. odpowiedziało, że raczej się nie zgadza, a 8,3 proc. nie zgodziło się z podanym stwierdzeniem w sposób zdecydowany. 13 proc. nie ma zdania.
Ze stwierdzeniem zgadza się 60 proc. wyborców koalicji rządzącej — czyli połączonych na potrzeby badania grup zwolenników — KO, Lewicy, Polski 2050 i PSL, w tym 16 proc. zdecydowanie się zgodziło, a 44 proc. odpowiedziało, że raczej się zgadza. Przeciwnego zdania jest 29 proc. ankietowanych w tej grupie, w tym 17 proc. odpowiedziało, że raczej się nie zgadza, 12 proc. nie zgodziło się z tym stwierdzeniem zdecydowanie, a 11 proc. nie miało zdania.
Zgodziło się z nim również 60 proc. wyborców opozycji — czyli połączonych grup wyborców PiS-u i Konfederacji. 21 proc. odpowiedziało, że zgadza się zdecydowanie, a 39 proc. raczej zgadza się z tym stwierdzeniem. Inne zdanie w tym temacie ma 33 proc. badanych, gdzie 27 proc. raczej nie zgadza się z tym stwierdzeniem, 6 proc. nie zgadza się z nim zdecydowanie, a 7 proc. nie ma zdania.
Tezę poparło także 37 proc. respondentów w grupie "pozostałych wyborców", 2 proc. zgodziło się z tym stwierdzeniem zdecydowanie, a 35 proc. raczej się z nim zgadza. Odmiennego zdania jest 29 proc. badanych, przy czym 20 proc. odpowiedziało, że raczej się nie zgadza, a 9 proc. nie zgadza się z nim zdecydowanie. 34 proc. ankietowanych w tej grupie odpowiedziało, że nie ma zdania.
Sondaż United Surveys dla Wirtualnej Polski został zrealizowany w dniach 21-23, listopada 2025 roku na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków, metodą CATI i CAWI.

Jeden z nich zadzwonił do kogoś i powiedział: „Ukraińcy już tu są”, a chwilę później otrzymałem cios od nieznanego starszego chłopaka
W Zespole Szkól Budowlanych i Kształcenia Ustawicznego w Słupsku nauczyciel fizyki nazwał ukraińskich chłopców „swołoczami”, twierdząc, że nie zdadzą jego przedmiotu, bo… są Ukraińcami. Słowa nauczyciela udało się nagrać na wideo. To bardzo ważny dowód, ponieważ właśnie te słowa wznieciły nienawiść wśród innych uczniów i sprowokowały przemoc.
W wyniku takiego zachowania nauczyciela czterech ukraińskich nastolatków zostało po lekcjach zaczepionych przez polskich uczniów ze starszych klas — napadli na nich i pobili. Sestry porozmawiały z poszkodowanymi, ich rodzicami oraz obrońcą praw człowieka i ustaliły, że sprawa została objęta nadzorem, a napastnicy nie unikną odpowiedzialności.
Pokażę ci, kto to jest Polak
W pierwszych dniach po pobiciu w ogóle bałem się wychodzi z domu. Wydawało mi się, że to może się powtórzy i skończy jeszcze gorzej. Przez dwa tygodnie prawie nie spałem. Cały czas śnił mi się jeden i ten sam obraz — opowiada 16 letni Światosław.
Chłopak uczy się w drugiej klasie szkoły zawodowej w Słupsku. Co roku przez miesiąc uczęszcza na obowiązkowy kurs w sąsiedniej szkole budowlanej — Zespół Szkół Budowlanych i Kształcenia Ustawicznego im. Kazimierza Wielkiego. Na zajęciach spotykają się uczniowie z różnych szkół, którzy się nie znają. Tym razem w grupie było dwóch Ukraińców. I polscy uczniowie zaczęli naśmiewać się z nich w dość osobliwy sposób.
Jeden z polskich uczniów włączał na lekcji telefon, odtwarzając dźwięki wybuchów bomb i rakiet, i zwracał się do nas słowami: „Czas się chować, czas na front” — wspomina Światosław.
Wszystko to działo się na zajęciach prowadzonych przez 70-letniego nauczyciela fizyki, który w żaden sposób nie powstrzymywał prowokatorów. Co więcej, sam pozwalał sobie na obraźliwe komentarze pod adresem Ukraińców.
Mówił, że Ukraina przegra wojnę, że Putin to bohater, a także że gdyby był egzaminatorem, żaden Ukrainiec nie zdałby egzaminu. Powtarzał: „Ja bym ci pokazał, kto to jest Polak”. Wielokrotnie wspominał, że Ukraińcy rzekomo korzystają z pomocy Polski, „oskubując” Polaków, mówił o Wołyniu... Milczeliśmy, bo co mogliśmy zrobić? — opowiada chłopak.
W ten sposób pedagog siał nienawiść wobec Ukraińców. To są jego prywatne poglądy — niech by wyrażał je w domu, przy kawie, w gronie dorosłych. Ale nie — on mówił to dzieciom — oburza się mama Światosława, Switłana.
Z kolei matka drugiego chłopca, który uczęszczał na lekcje tego nauczyciela, wspomina, że podobne sytuacje zdarzały się już w ubiegłym roku. Syn jej o tym mówił, ale ona — jako pedagog — początkowo mu nie wierzyła. Powtarzała: „Nie zmyślaj, nie masz prawa tak mówić o nauczycielu. Siedź, słuchaj i nie dyskutuj”.
Wstyd mi dziś to wspominać, ale wtedy byłam przekonana, że on po prostu coś źle zrozumiał. Żeby udowodnić, że mówi prawdę, pewnego dnia syn nagrał rozmowę kamerą.
Na nagraniach słychać, jak nauczyciel poniża ukraińskich uczniów. Jest tam nawet moment, w którym jeden polski chłopak podchodzi do nauczyciela, ściska mu rękę i mówi: „Za to pana szanuję”.
Odnosi się wrażenie, że ten pedagog świadomie szerzył nienawiść — opowiada kobieta.
Wkrótce sytuacja się zaostrzyła. 17 listopada, niedaleko szkoły, do ukraińskich uczniów podeszła grupa polskich chłopaków, którzy rzucali w ich kierunku wyzwiska, krzyczeli „Ukraińskie kurwy” oraz „Precz z Ukrainą”. Wśród nich był także ten, który w klasie odtwarzał dźwięki wybuchów.
Światosław opowiada:
Pytali mnie, skąd jestem, co tu robię, z jakiego kraju pochodzę. Gdy powiedziałem, że z Ukrainy, jeden z nich zaczął mnie wyzywać. Próbowałem tłumaczyć, że mieszkam tu już 11 lat. Ale mnie nie słuchali — tylko powtarzali swoje.
Mieli po 15–16 lat. Rozmawiali ze mną tak około dziesięciu minut. A potem jeden z nich do kogoś zadzwonił i powiedział: „Ukraińcy już są tutaj”, i w tej samej chwili z prawej strony „przyleciał” mi cios od nieznanego starszego chłopaka. Zaczęła się bójka.
Chłopak mówi, że najbardziej bili dwaj starsi, którzy przyszli po telefonie. Jeden trzymał, drugi okładał go rękami i nogami. Jeden z napastników nawet napluł mu w twarz, krzycząc: „Ukraińska kurwo!”. Wszystko skończyło się dopiero wtedy, gdy kobieta przechodząca przypadkiem obok głośno krzyknęła, że wezwie policję.
W wyniku pobicia Światosław ma złamaną obojczyk, a jego kolega — wstrząśnienie mózgu.
„Napiszę tak, jak to widzę”
Światosławowi zrobiono prześwietlenie głowy i rąk. Ręka była mocno opuchnięta — myślałam, że to złamanie. Ciężko oddychał, pewnie z powodu szoku. RTG wykazało złamanie obojczyka. Na szczęście bez przemieszczenia. Silne stłuczenia klatki piersiowej, żeber, twarzy… Lekarz pediatra–traumatolog, kiedy usłyszał, że zamierzamy iść na policję, powiedział: „Tu popełniono błąd, nie ma złamania”. A ja mówię: „Kość jest aż czarna na zdjęciu!” On na to: „Napiszę tak, jak widzę”. I napisał coś w rodzaju „duże stłuczenie”. Ale przecież mamy zdjęcia, na których wszystko widać — opowiada mama chłopca.
Z zaświadczeniem od lekarzy rodzice Światosława poszli na policję. Jednak tego dnia nie przyjęto od nich zgłoszenia.
— Powiedziano nam, że nie ma nikogo, kto mógłby przyjąć zawiadomienie, bo nie ma wolnych pracowników — mówi Switłana. — Odpowiedziałam: „Dobrze, wrócę po pracy”. Myślę, że zrozumieli, że jestem zdecydowana. Następnego dnia przyjmowano zgłoszenie z pretensjami: że chłopcy prowokowali i sami się bili. Mówię: „Bójka jest wtedy, gdy walczy jeden na jednego. A tu, przepraszam, zaatakowało ich dziesięciu”.
Policjantka odpowiedziała: „No ale wasi też oddawali”. A ja mówię: „A co mieli zrobić? Czekać, aż ich zabiją?”
Skontaktował się z nią również ojciec jednego z napastników — rzekomo, by przeprosić. I powiedzieć, że… jego syn uderzył Ukraińca tylko dwa razy.
— Nie jestem gotowa moralnie rozmawiać z ojcem któregoś z napastników. Przekazano nam też, że jeśli nie będziemy kontaktować się z rodziną tego chłopaka, oni również pójdą do sądu. Wie pani, przez cały czas odkąd tu jesteśmy, uczymy dzieci, by nie były agresywne, tłumaczymy, że nie wszyscy Polacy są źli, że jest tu wielu dobrych ludzi. Moje dzieci zawsze przyjaźniły się z Polakami. A teraz taka agresja…
Władze miasta skomentowały te incydenty. W odpowiedzi udzielonej serwisowi inPoland zastępczyni prezydenta Słupska Beata Chrzanowska zaznacza, że „do pobicia doszło poza terenem Zespołu Szkół Budowlanych i Kształcenia Ustawicznego im. Kazimierza Wielkiego. W ataku brali udział uczniowie Szkoły Rzemiosła w Słupsku, którzy uczęszczają tylko na miesięczny kurs teoretyczny. Kierownictwo szkoły, jak twierdzi urząd miasta, natychmiast po otrzymaniu informacji poinformowało prezydenta miasta, spotkało się z policją i zorganizowało międzykulturowe warsztaty.
W związku z incydentem władze miasta wysłały listy do wszystkich szkół w Słupsku, przypominając o konieczności okazywania szacunku, reagowania na konflikty i zgłaszania przypadków agresji odpowiednim służbom. Nagrania przekazano policji, a film, na którym nauczyciel obraża ukraińskich uczniów, jest sprawdzany pod kątem autentyczności. Przedstawicielka urzędu miasta podkreśliła również, że wcześniej w placówce nie odnotowano przypadków dyskryminacji lub mobbingu, a nawet otrzymała ona nagrodę „Bezpieczna szkoła – świadomy uczeń”.
Konsul już wysłał zapytanie
Po incydencie nauczyciel, który dyskryminował ukraińskich uczniów, poszedł na zwolnienie lekarskie. Jego sprawą zajmuje się już Kuratorium Oświaty. Dyrektor placówki — jak mówi mama Światosława — wezwał uczniów i pytał, czy włączali na lekcji alarmy bombowe i dźwięki wojny.
Wszyscy zgodnie odpowiedzieli: „Nie, nic takiego nie było”.
— Ale przecież są nagrania. Na co dyrektor powiedział: „Trzeba najpierw sprawdzić, czy to nie jest montaż” — opowiada Swietłana.
Według kobiety nastawienie do Ukraińców w miasteczku pogorszyło się w ciągu ostatniego roku. Wsparcia szukają wśród swoich w mediach społecznościowych. A mimo wszystko wierzą w sprawiedliwość.
— Trafiła nam się bardzo dobra śledcza. Widać, że bardzo przeżywa tę sprawę i chce sprawiedliwości dla chłopców. Mówi: „Coś takiego nie ma prawa tu się dziać”. Ale pracy jest dużo — świadków jest wielu i każdego trzeba przesłuchać. Dziś dzwonili do nas jeszcze z innego pokoju policji — bo konsul wysłał zapytanie i teraz jutro mam przyjść i wszystko wyjaśnić innej pani, która ma przygotować odpowiedź dla placówki dyplomatycznej.
Rodzina nie zamierza zmieniać szkoły. Mówią, że w ich podstawowej placówce takich problemów nie ma, bo dyrekcja reaguje stanowczo na wszelkie przejawy przemocy słownej. Kolejne zajęcia w szkole budowlanej odbędą się za siedem miesięcy. Do tego czasu — mają nadzieję rodzice — sytuacja z obraźliwym traktowaniem Ukraińców zostanie naprawiona.
„Rada jest zawsze jedna: nagrywać, nagrywać i jeszcze raz nagrywać”.
Prawnik Dawid Dehnert napisał list do kuratorium oświaty i dyrektora szkoły. Obrońca praw człowieka podkreśla, że „słowa nauczyciela, które charakteryzują się nienawiścią na tle narodowościowym” zostały udokumentowane na nagraniach.
— Sytuacja jest, delikatnie mówiąc, bardzo zła. Najbardziej przerażało mnie to, że nikt nie zareagował odpowiednio. Po pierwsze, pojawiły się problemy z zgłoszeniem incydentu policji. Po drugie, jak powiedziała matka, w szkole próbowano wszystko ukryć. Zachowanie nauczyciela tłumaczono tym, że jest on „starego pokroju” i tak dalej. Takie wyjaśnienia są po prostu przerażające. Nie można tak zostawić tej sprawy.
Polski prawnik porównuje prześladowanie Ukraińców do bullyingu, a działania nauczyciela do dyskryminacji. Według prawnika dowodów w tej sprawie jest więcej niż wystarczająco:
— Nie upubliczniałbym tej informacji, gdybym miał choćby najmniejsze wątpliwości. Matka jednego z chłopców zwróciła się do mnie, przekazując nagrania z wypowiedziami nauczyciela, filmy wideo i kontakty innych rodziców. Szkoła również potwierdza niektóre fakty. Dlatego moim zdaniem dowodów jest już wystarczająco dużo, a będzie ich jeszcze więcej, ponieważ wiele osób słyszało te słowa. Mam nadzieję, że sprawa zostanie doprowadzona do końca. Jeśli potwierdzi się, że nauczyciel wypowiadał takie słowa podczas lekcji lub poza nimi, to jako ojciec uczniów nie mogę sobie nawet wyobrazić, aby taka osoba nadal uczyła. To niedopuszczalne. Nauczyciel powinien być wzorem i autorytetem dla dzieci.

Jeśli chodzi o ukaranie nauczyciela, to — jak mówi prawnik — na tym etapie nie mówimy o przestępstwie z nienawiści na tle narodowościowym, ponieważ brak jest znamion czynu zabronionego w rozumieniu kodeksu karnego. Chodzi raczej o niewykonywanie obowiązków służbowych.W przypadku samych uczniów, którzy byli na lekcji, według obrońcy praw człowieka być może wystarczy rozmowa wyjaśniająca, praca z psychologiem i działania wychowawcze.Natomiast przestępstwo dokonane poza szkołą, gdzie doszło do fizycznych obrażeń, może już zostać zakwalifikowane jako czyn karalny.
W razie udowodnienia winy grozi do 5 lat pozbawienia wolności.
Ostateczna decyzja należy do prokuratury i sądu.
Dawid Dehnert radzi:
Nagrywać, nagrywać i jeszcze raz nagrywać. Bo to właśnie nagrania stają się dowodem. Gdyby nie było tego audio, nie rozmawialibyśmy dziś — nikt by dzieciom nie uwierzył. Nagrywać można, nie jest to zabronione. Dobry jakościowo zapis można zbadać pod kątem montażu, manipulacji czy użycia SI. To wiarygodny dowód po przeprowadzeniu odpowiedniej ekspertyzy. Dlatego: nagrywać, informować dyrekcję szkoły.
Jeśli dyrekcja nie reaguje, są organy samorządu terytorialnego nadzorujące szkoły — urząd miasta, kuratorium oświaty. Bo jeśli skarga jest zgłaszana tylko ustnie, szkoła odpowiada standardowo: „Przeprowadzono wewnętrzną kontrolę, nauczyciel zaprzecza”. I na tym koniec.


Nowa rola na polskiej scenie: jak ukraińskie aktorki odnajdują się w Polsce
„Razem lepiej” to opowieść o tym, jak Polacy i Ukraińcy codziennie współtworzą nową wspólnotę — w pracy, sąsiedztwie, kulturze i życiu społecznym. Chcemy przełamywać stereotypy i walczyć dezinformacją. Pokazać jak solidarność, współpraca i wzajemne zaufanie budują odporność społeczną. Że siła państwa zaczyna się od ludzi, którzy wiedzą, że mogą na siebie liczyć. Cykl powstaje we współpracy z partnerem strategicznym – Fundacją PZU.
Zawód aktora to rzemiosło głęboko zakorzenione w kulturze: w rytmie języka, intonacji, humorze i kodach społecznych. Jak grać na polskiej scenie, gdy każda wymowa zdradza Twoje pochodzenie? Jak pozwolić sobie na twórczość, kiedy czujesz się winna, że jesteś bezpieczna? Jak pracować w sztuce, gdy kultura, do której należysz, jest obecnie zagrożona?
A jednak to właśnie polska scena – od wielkich teatrów po małe studia – pomaga ukraińskim aktorkom nie tylko przetrwać, ale także poczuć, że żyją.
Tetiana Proskurina: „W Warszawie udało mi się spełnić swoje dawne marzenie”
„Od młodości marzyłam o zostaniu aktorką” – opowiada Tetiana Proskurina z Konstantynówki wobwodzie donieckim (obecnie miasto jest praktycznie zniszczone). „W latach 90.trzeba było mieć „normalny” zawód. Bo jaka aktorka z małego miasta?”.
Tetiana zdobyła wykształcenie inżynierskie i miała dobrą, stabilną pracę, ale marzenie nie dawało jej spokoju. „Kiedy dziecko dorosło, postanowiłam: trzeba przynajmniej spróbować zbliżyć się do marzenia. Stać choćby jedną nogą gdzieś na skraju planu filmowego.” W Dnieprze właśnie otworzyła się szkoła „Contrabas movie school”, do której Tetiana bez wahania się zapisała. Miała 47 lat.

„Kiedy niedawno dowiedziałam się, że nasz „Kontrabas” został zbombardowany przez Rosjan, poczułam się, jakby wyrwano mi kawałek serca” – mówi z goryczą. „To przecież moja alma mater!”. Po ukończeniu nauki Tetiana zaczęła brać udział w castingach do ról w serialach i reklamach.
Kolejnym krokiem miała być Ukraińska Szkoła Filmowa. Jednak 24 lutego 2022 roku wszystkie plany legły w gruzach. Tetiana była w Kijowie, odcięta od rodzinnego domu. Podróż tam oznaczała ryzyko śmierci. Ostatecznie wyjechała ewakuacyjnym pociągiem do Warszawy, razem z tysiącami innych Ukraińców.
I tutaj, zagranicą, właśnie „niepoważny” zawód stał się jej oparciem. Dyplom inżyniera bez znajomości lokalnego języka niewiele dawał, ale aktorstwo... dawało szansę. Pomimo stresu i strachu przed nieznanym, Tetiana przygotowała CV, zebrała portfolio i zaczęła pukać do drzwi agencji castingowych.
„Przy ulicy Chełmskiej w Warszawie jest wiele agencji” – mówi. „Po prostu wchodziłam i mówiłam: „Przepraszam, jestem aktorką z Ukrainy, oto moje portfolio, będę wdzięczna za współpracę”. Reakcje były różne: ktoś grzecznie przyjmował materiały, ktoś się uśmiechał, ktoś odmawiał. Ale po pewnym czasie agencje zaczęły dzwonić: zaproszenia na castingi, małe epizody, role drugoplanowe. Tetiana sama kręci castingi – na telefon, z oświetleniem i dubliami. I to zadziałało.
W ciągu ponad trzech lat w Polsce Tetiana zagrała w dziesięciu polskich filmach i serialach. „Jestem dumna z epizodycznej roli w filmie „Ludzie” (dramat polskich reżyserów Macieja Ślesickiego i Filipa Hilleslanda o wojnie na Ukrainie oczami zwykłych ludzi – red.). Film trzeba pokazać wszystkim, aby przypomnieć światu, jak dzielnie Ukraina stawia opór.” Wspomina, jak po zakończeniu zdjęć zaczęła płakać:
„Doświadczyłam katharsis. Jakbym ponownie przeżyła te straszne chwile, kiedy wyjeżdżałam. Gra aktorska pozwoliła mi przepuścić przez siebie traumę, przemyśleć ją, ale nie utknąć w niej”.
Inna rola –mama ukraińskiego żołnierza w popularnym polskim serialu „Na dobre i na złe”, który jest emitowany już od 25 lat. „Wystąpiło w nim wiele gwiazd, więc dla mnie było to bardzo cenne doświadczenie. Polska ekipa traktowała nas bardzo dobrze, co było miłe”.

Szczególnie interesujące i cenne były projekty ze studentami warszawskiej szkoły filmowej. Jeden z filmów – „Moja” – otrzymał nagrody na festiwalach. „Po tym poczułam, że chcę grać z młodymi twórcami, którzy nie boją się ryzykować i myślą szerzej.”
Tetiana zaprzecza powszechnemu mitowi, że ukraińskie aktorki w Polsce są zatrudniane tylko do ról uchodźczyń: „Na początku tak było, ponieważ brakowało mi doświadczenia, a mój język polski był słaby. Ale z czasem role się różnicują. Jeśli pasujesz do typu i dobrze wypadniesz na castingu, nikt cię nie ogranicza. Mam rolę hostessy w hotelu i tam mówię po polsku.”
Tetiana przyznaje, że ma akcent, ale codziennie nad tym pracuje. „Jeśli tekst dostaję z wyprzedzeniem, uczę się go do ostatniej kropki. W filmie ważne jest, żeby brzmieć w określonej tonacji, używać określonych odniesień – i cały czas to ćwiczę.”
Tetiana uczestniczy również w rezydencjach teatralnych Instytutu Teatralnego w Warszawie, współpracuje z polskimi i ukraińskimi reżyserami, czyta sztuki, tworzy performatywne czytania, a nawet recytuje własne wiersze.
Przyznaje, że w pierwszym roku pobytu w Polsce dręczyło ją poczucie winy, że jest bezpieczna, zajmuje się twórczością, która sprawia jej radość, podczas gdy w domu trwa wojna. Z czasem zrozumiała, że jej praca jest ważna: poprzez filmy i udział w wydarzeniach kulturalnych przekazuje innym informacje o Ukrainie bez zniekształceń.

Dzisiaj Tetiana ma 53 lata. Pracuje jako administratorka w teatrze „Komuna Warszawa”, ponieważ ta praca zaspokaja jej podstawowe potrzeby życiowe. Kierownictwo z wyrozumiałością podchodzi do jej ambicji aktorskich i pozwala jej uczestniczyć w castingach i zdjęciach. Kilka lat temu Tetiana zagrała w epizodzie filmu „Zielona granica” legendarnej polskiej reżyserki Agnieszki Holland i marzy, aby ponownie trafić na jej plan filmowy. „Bardzo chciałabym też zagrać u Tarasa Tomenki. Jego film „Dom „Słowo” to kino, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo interesuje mnie temat rozstrzelanego odrodzenia. I wiecie, udało mi się zagrać w spektaklu literackim „Dom. Powrót Słowa”, poświęconym poetom lat 30.Premiera odbyła się 29 listopada – sala była wypełniona po brzegi!”.
Nigdy nie wiadomo, gdzie, w jakim wieku i w jakich okolicznościach uda się zrealizować swój potencjał i marzenie.
W wieku 47 lat po raz pierwszy siadasz w ławce szkoły aktorskiej. W wieku 50 lat znajdujesz się w innym kraju, czego nie pragnąłeś, i to bez znajomości języka. A w wieku 53 lat masz już na koncie kilkanaście ról w polskim kinie i teatrze.
„Wierzę, że wkrótce będę miała możliwość grać w zwycięskich projektach, kręcić filmy w Ukrainie” – podsumowuje Tetiana. „Ale teraz jestem tutaj i robię to, co muszę. I to jest moja mała misja.”
Iryna Iusukhno:„Nie wstydzę się już być szczęśliwa”
Iryna Iusukhno z Czernihowa krótko wspomina to, co było przed wojną: „Miałam wspaniałe życie aktorskie: teatr, trasy koncertowe, role. Ale wtedy nie rozumiałam, czym jest prawdziwa strata. I co to znaczy zaczynać od zera w innym kraju.”
Iryna studiowała na Uniwersytecie Sztuki w Charkowie, pracowała w Teatrze im. T. Szewczenki w Czernihowie, uczyła w prywatnym studiu teatralnym „Biała Walizka”, zdążyła nawet stworzyć własny projekt – teatr „Deser”. Ale wszystko to wydaje się teraz prologiem do innej historii, która rozpoczęła się po wojnie.

Przed pełną wojną Iryna wyjechała najpierw do Niemiec, ale po roku znalazła się w Warszawie. Dlaczego? Miłość. Jej partner, Białorusin o polskich korzeniach, stał się kotwicą, która pomogła jej zatrzymać się, odetchnąć i znaleźć nowy dom. „Czasami życie decyduje za ciebie – i nie zawsze jest to złe” – uśmiecha się.
Jednocześnie pierwsze miesiące w Warszawie były dla niej trudnym okresem. Depresja i syndrom ocalałego ogarnęły ją całkowicie. „Miałam nadzieję, że przyjadę, a wszyscy Ukraińcy powitają mnie z otwartymi ramionami. A oni mieszkali tu już rok i jakoś zjednoczyli się beze mnie” – opowiada Iryna. „Poza tym nie pozwalałam sobie na radość, na realizację siebie. Wstydziłam się tu coś robić”.
Pomogła psychoterapia w jednej z organizacji charytatywnych. Psycholog nauczyła ją,żeby nie wstydziła się tego, że przeżyła i wyjechała. Udało jej się przekazać Irynie, że ma prawo cieszyć się i realizować.
„Życie mija, a nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa wojna. Mogę po prostu stracić siebie –wyjaśnia Iryna. – Nawet jeśli na rok wypadniesz z zawodu, zamieniasz się w drewno. Ciało nie słucha, nie lubisz już siebie.”
Stopniowo pojawili się nowi ludzie, praca, projekty. Iryna powróciła do siebie na scenie. Wraz z przyjaciółką Darią stworzyły stowarzyszenie teatralne „Sumisz tut” — miejsce, gdzie ukraińscy artyści mogą się spotykać, aby tworzyć wspólne projekty. Zaczęły od bezpłatnych czytań w barze, teraz wystawiają spektakle, otrzymują granty.
Jedną z kluczowych ról tego roku była rola Olgi w spektaklu „Stacja” według sztuki Aleksandra Witra (reżyserka Svitlana Doronchenko). „To spektakl o oczekiwaniu, o ludziach, których życie wyrwało z kontekstu, o naszych prawdziwych pragnieniach. Czułam, że nie gram, a dosłownie przeżywam ten stan. Wszyscy jesteśmy teraz trochę „na stacji”: między „było” a „będzie”, między domem a tymczasowością.”
Tej jesieni Iryna przeżyła prawdziwy maraton twórczy: premiera spektaklu lalkowego według Juliusza Verne'a, równolegle – spektakl „Srodna” i próby do „Stacji”.
„W ciągu tych dwóch miesięcy dwa razy chciałam odejść z zawodu. Poważnie. Wydawało mi się, że nic mi nie wychodzi. Ale to jest teatr – bez tych udręk nic nie powstaje.”
Jednym z największych wyzwań dla ukraińskiej aktorki w Polsce jest język. Ale Iryna jest pełna nadziei: „Zrozumiałam, że nie ma sensu „przejmować się” akcentem. On jest częścią mojego doświadczenia. W Niemczech widziałam wielu Ukraińców, którzy z powodzeniem grają po niemiecku. Mają akcent, i co z tego?”.
Jednocześnie Iryna trzeźwo ocenia rynek: „Nie sądzę, aby przyjęto nas do stałych teatrów. Jest tu wielu silnych aktorów. Ale niezależne projekty i rezydencje są realne. Dzięki temu czujesz wolność.”
Niestabilność finansowa – stały towarzysz aktora-freelancera. Aby przetrwać, Iryna pracuje również jako rekruterka w firmie IT. „To mnie karmi – przyznaje. – Tak było w Ukrainie, tak jest teraz w Polsce.”
Pracując w Warszawie, Iryna dostrzega różnicę między ukraińską a polską szkołą teatralną: „Ukraińska szkoła jest bardziej dramatyczna, u nas działa szkoła Stanisławskiego. Polska reżyseria jest bardziej odważna, z nietypowymi rozwiązaniami. Kiedyś mieliśmy falę Żoldaka, kiedy robił kompletny trash i wszystkich szokował. A tutaj co druga sztuka jest taka. Wydaje się, że nie matu cenzury. Widziałam monodram, w którym aktor gra księdza i pokazuje wszystkie stereotypy dotyczące księży katolickich, łącznie z pedofilią. Odważne tematy są poruszane otwarcie na polskiej scenie.”
Podczas gdy trwa wojna, Iryna nadal integruje się, współpracuje, uczy się języka, wystawia spektakle.
„Warszawa to miasto, które kocha teatr. Tutaj widzowie są wszędzie, a nawet małe sale są wypełnione po brzegi. To dodaje sił.”
Iryna szczególnie lubi małe sceny, gdy zaledwie metr dzieli ją od widza. „Tak nie da się kłamać. Jeśli skłamiesz, widzowie od razu to zauważą. To żywa prawda.”
Obecnie Iryna gra w dwóch spektaklach, oba z pełnymi salami i dużą liczbą ukraińskich widzów. „Ukraińcy przychodzą nie tylko na spektakl. Przychodzą, aby usłyszeć swój język, bolesne historie. To terapia zarówno dla aktorów, jak i dla widzów.”
Alla Kosach:„Idę swoją drogą”
Alla Kosach ukończyła legendarny Kijowski Uniwersytet Teatru, Filmu i Telewizji im. Karpenki-Karego, grała w kilku kijowskich teatrach, kierowała działem castingu w produkcji, a także stworzyła własną żydowską pracownię teatralną „Ruach”. „W pewnym momencie zrozumiałam, że mogę nie tylko się uczyć, ale także uczyć innych.” Jednak po okupacji Buczy, gdzie mieszkała z rodziną przez 15 lat, Alla wyjechała wraz z12-letnim synem do Polski. „Film nakręcony o Buczy jest prawdziwy. Tak właśnie było” – wspomina ze smutkiem.
W Warszawie Alla nie szukała nowego zawodu, ale swoich ludzi: „Mam dwa wykształcenia –pedagogiczne i teatralne. Postanowiłam więc robić to, co potrafię najlepiej. ”Dzięki znajomym muzykom trafiła do Teatru Żydowskiego w Warszawie, gdzie po zapoznaniu się z jej dotychczasowym doświadczeniem dano jej... dwa dni na stworzenie scenariusza do spektaklu.

„To była szansa – i skorzystałam z niej” – mówi. „Nazwijmy to grzybem – wskakuj do koszyka.” W ciągu dziesięciu dni Alla wystawiła spektakl „Ukraińsko-polskie bajki” z udziałem ukraińskich i polskich aktorów, a także ukraińskich muzyków. Były to interaktywne przedstawienia dla dzieci ukraińskich uchodźców. Spektakl zagrano 33 razy: - Graliśmy na ulicy, w salach gimnastycznych, w małych pokojach.
Dzieci bawiły się z nami, a dorośli... po prostu płakali. To była nasza wspólna terapia.
Następnie Alla wystawiła kolejny spektakl dla dzieci i rozpoczęła prowadzenie szkoleń aktorskich dla Ukraińców. „Nie była to szkoła aktorstwa – były to spotkania, podczas których kobiety w końcu pozwalały sobie krzyczeć, śmiać się, płakać, czuć się bezradnymi dziećmi. Dla dziewczyn, które przyjechały, była to okazja, aby znaleźć osoby o podobnych poglądach, przyjaciółki, nie być samotnymi, spróbować czegoś nowego.”

Treningi szybko przekształciły się w studio teatralne, któremu same uczestniczki nadały nazwę „Główna rola”. „Dziewczyny same tak zdecydowały – uśmiecha się Alla. – Bo każda z nich chce grać główną rolę w swoim życiu.”
Wraz z nowo utworzoną trupą Alla stworzyła kilka kameralnych przedstawień. Najpierw lekkie i ciepłe „Ukraińskie pieśni wiosenne i gałki”, a następnie „Zapraszam koleżankę na filiżankę kawy” na podstawie utworów ukraińskich poetów z lat 60. i polskich poetów. I nawet gdy skończyło się finansowanie, grupa nie rozpadła się. Alla również pozostała.
„Hojnie dzieliłam się tym, co umiem i wiem. Zasiałam w nich małe ziarenka kreatywności. W tym czasie udało mi się zbudować przestrzeń, w której rodzi się odwaga i zaufanie. Dlatego uczestniczki studia już dawno przestały być po prostu kobietami, które postanowiły „spróbować”. Dotknęły natury aktorstwa, odkryły w sobie siłę wyrażania się i bycia wysłuchanymi. Każda z nich to osobna historia, która rozwija się na moich oczach.”

Alla uczestniczy również w profesjonalnych rezydencjach dla ukraińskich artystów. „Polski Instytut im. Raszewskiego organizuje rezydencje, podczas których możemy dalej rozwijać się w naszym zawodzie. Ale to nie jest po prostu „dano możliwość” – bierze się pod uwagę twoje wykształcenie, doświadczenie, składasz projekt, który przechodzi ocenę. To w zasadzie grant: możesz wygrać, możesz nie wygrać” – wyjaśnia aktorka.
Równolegle Alla gra w warszawskich teatrach – „Scena 96” (spektakle „Boże Narodzenie w rodzinie”, „Legenda ZOO”, „Mokotów przed wojną. Mokotów po wojnie”), Polski Teatr im. Arnolda Szyfmana („Stacja”). Ma na swoim koncie role w języku polskim, a w spektaklu „Mokotów przed wojną. Mokotów po wojnie” śpiewała polską piosenkę z lat 30. Wtedy prawie nie znała języka polskiego – i właśnie ta scena stała się testem jej profesjonalizmu.
„Podczas próby jedna z pracownic teatru zapytała reżysera: „Kto to śpiewa?”. Odpowiedział: „Nasza aktorka z Ukrainy”. „A ja pomyślałam, że to Polka z wadą wymowy” – opowiada ze śmiechem Alla.
Nie obraża się – wręcz przeciwnie, traktuje to jako motywację: „Tak, u Ukraińców słychać akcent. Ale tekst można się nauczyć, uchwycić brzmienie każdego słowa i przekazać treść. Na tym właśnie polega profesjonalizm – na ciągłym doskonaleniu się.”
Alla ma swoje spojrzenie na temat wojny w sztuce:
„O wojnie trzeba mówić. Ale każdy ma swoją prawdę. Osoba ze Lwowa widzi jedno, a osoba z Mariupola – coś innego. Kto przeżył okupację, widzi to inaczej. Musimy być bardzo wrażliwi na takie tematy.”
Czy w Polsce można utrzymać się z zawodu aktora? „To zależy od wielkości twoich potrzeb. Jana przykład, równolegle z teatrem, nadal pracuję jako dyrektorka castingu online, ponieważ Ukraina nadal kręci reklamy, seriale, filmy. Ale z własnego doświadczenia mogę powiedzieć: tutaj realizują się ci sami ludzie, co w Ukrainie: kto pracował tam – pracuje i tutaj, znajduje swoją niszę. Kto nie pracował –nie będzie pracował nigdzie.”
Oprzyszłości Alla mówi po prostu: „Nie znam swojej przyszłości. Znam swoją teraźniejszość. I żyję teraźniejszością. Nigdy nie miałam potrzeby robienia błyskotliwej kariery ani osiągania wielkich szczytów. Nie mam idoli w sztuce, ani nawet wymarzonej roli. Jestem w zawodzie i robię to codziennie. Jeśli teraz uczę w amatorskiej pracowni – robię to dobrze. Jeśli gram niewielką rolę w serialu– zrobię to dobrze.”
I dodaje o sensie wszystkiego, co robi: „Sztuka nie ratuje od wszystkich nieszczęść, ale daje siłę do życia. Pozwala czuć, przeżywać, pozostać człowiekiem. W nowym kraju idę swoją drogą i nadal pełnię swoją rolę – tę, która należy do mnie właśnie teraz. Utrzymuję kontakt z Ukrainą, z kolegami, z rodziną. Ale jednocześnie jestem naprawdę wdzięczna ludziom, których spotkałam tutaj, w Polsce. Szczerze się wspieramy – i to właśnie daje siłę, by iść dalej.”
Zdjęcia z archiwum bohaterek


W poszukiwaniu utraconej stabilizacji. Dlaczego Ukraińcy i Polacy kupują na potęgę nieruchomości w Hiszpanii
„Kiedy rozmawiasz z osobami, które przyjeżdżają tu w poszukiwaniu mieszkania, przyznają się, że się boją. Opowiadają o rosyjskich dronach, które bez przeszkód przekraczają europejskie granice” – mówi Daniel Arenas, prezes Stowarzyszenia Krajowych i Międzynarodowych Agencji Nieruchomości Balearów (ABINI) w wywiadzie dla Ultimahora. Jest przekonany, że jego polscy klienci szukają przede wszystkim bezpieczeństwa.
Jeśli chodzi o Ukraińców, to obecnie najwięcej nabywców nieruchomości to osoby, które przybyły po 2022 roku i przebywają w kraju w ramach tymczasowej ochrony. Pomimo nieokreślonego statusu imigracyjnego, Ukraińcom udaje się nie tylko kupować nieruchomości (liczba mieszkań sprzedanych Ukraińcom tylko w 2024 roku wzrosła o 26,3%), ale także zaciągać 30-letnie kredyty hipoteczne.
O tym, w jakich regionach, na jakich warunkach i po jakich cenach Ukraińcy i Polacy kupują hiszpańskie nieruchomości, Sestry zapytały agentkę nieruchomości Tetyanę Golcewą — Ukrainkę, która po pełnej inwazji rosyjskiej przeniosła się do Barcelony i otworzyła tam własną agencję nieruchomości.

Omijając Alicante, czyli mapa osadnictwa
— Popyt na hiszpańskie nieruchomości wśród Ukraińców nie tylko rośnie, ono rośnie w ogromnym tempie — opowiada Tetiana Golceva. — Ukraińcy kupują mieszkania w różnych regionach Hiszpanii, a wybór zależy przede wszystkim od budżetu. Na przykład Barcelona — najdroższe miasto Hiszpanii, gdzie tylko zamożni ludzie mogą sobie pozwolić na zakup mieszkania. Małe i „zniszczone” mieszkanie w budynku bez windy, w niezbyt dobrej dzielnicy, będzie kosztować co najmniej 150-170 tysięcy euro. Mieszkanie w normalnym stanie w dobrej dzielnicy — od 400-500 tysięcy euro. W nowych budynkach na obrzeżach Barcelony gotowe mieszkanie o powierzchni 50-60 metrów kwadratowych kosztuje około 500 tysięcy. Jeśli budynek jest jeszcze w budowie — o dwieście tysięcy taniej. Ostatnio nieruchomości w Barcelonie nabyli między innymi ukraińscy politycy i celebryci. Wśród zamożnych Ukraińców popularne jest miasto Marbella na południu — jeden z najdroższych kurortów Hiszpanii.
Ukraińscy informatycy często wybierają na zakup mieszkania Walencję — tutaj nieruchomości są około 15-20% tańsze niż w Barcelonie. Nawiasem mówiąc, istnieje pewna tendencja: zamożni ludzie z Kijowa szukają nieruchomości w Walencji, a mieszkańcy Odesy — w Barcelonie.
W Hiszpanii są też miejsca, gdzie ceny mieszkań są znacznie niższe niż w Barcelonie i Walencji. Na przykład w regionie Galicji na północy Hiszpanii można znaleźć mieszkanie za 50 tysięcy euro. Ale mało kto tam jedzie — w takich miejscach trudno znaleźć pracę.
Czy są w Hiszpanii miejsca, których lepiej unikać — na przykład ze względu na Rosjan, którzy tam mieszkają?
Rezerwatem Rosjan nazywają Alicante. W tym mieście jest ich naprawdę dużo, są tam nawet szyldy w języku rosyjskim. Latem w Alicante bywa nieznośnie gorąco — w zasadzie jest to najgorętsza część Hiszpanii. Ale w porównaniu z Barceloną czy Walencją Alicante jest tańsze. W 2022 roku można było tam kupić dobre mieszkanie w nowym budynku z widokiem na morze za 160-170 tysięcy euro, ale obecnie ceny znacznie wzrosły, miejscami nawet dwukrotnie.

Statystyki pokazują, że większość Ukraińców, którzy obecnie kupują nieruchomości w Hiszpanii, przybyła do tego kraju z powodu wojny na pełną skalę. Czy można wziąć kredyt, będąc w statusie tymczasowej ochrony?
Tak, jeśli ma się stałą umowę o pracę i oficjalne dochody. W Hiszpanii umowa o pracę otwiera wiele drzwi — w szczególności do dalszej legalizacji, uzyskania prawa stałego pobytu. W przypadku kredytu hipotecznego nie jest nawet konieczne posiadanie umowy z hiszpańską firmą — można pracować na rynku innego kraju (choć pożądane jest, aby wynagrodzenie było wypłacane w euro). Bank interesuje przede wszystkim to, czy umowa jest stała (tj. nie na pół roku lub rok, ale bez daty końcowej) i, oczywiście wysokość zarobków, od których zależy wielkość kredytu hipotecznego.
Na poczet wkładu własnego należy mieć około 20 procent wartości mieszkania, czasami 15. Kredyty w Hiszpanii są korzystne — roczna stopa procentowa wynosi tylko 2,5 procent. Wynika z tego, że kupując mieszkanie, można w nim mieszkać i spłacać 500-600 euro miesięcznie, podczas gdy wynajem kosztowałby 1000-1200 euro miesięcznie. Kredyt hipoteczny można uzyskać na 20, a nawet 30 lat — zależy to od warunków umowy o pracę i wieku osoby.
Czy Ukraińcy kupują mieszkania w Hiszpanii z zamiarem pozostania tam po wojnie, czy traktują je jako inwestycję?
Początkowo ludzie planowali głównie powrót na Ukrainę. A do kupionego tutaj mieszkania planowali wprowadzić najemców, w ten sposób stopniowo spłacając kredyt hipoteczny. Ale wojna trwa, a coraz więcej Ukraińców oswaja się z myślą o pozostaniu.
Czy zakup mieszkania prowadzi do uzyskania stałego pobytu?
Nie. Rezydenturę można uzyskać na podstawie stałej umowy o pracę z hiszpańską firmą, ale nie poprzez zakup nieruchomości. Wcześniej w Hiszpanii wydawano tak zwane złote wizy — były one dostępne dla osób, które zainwestowały znaczne kwoty w hiszpańską gospodarkę lub kupiły tu mieszkanie o wartości od 500 tysięcy euro. Jednak „złote wizy” zostały już zniesione. Obecnie legalizację poprzez zakup nieruchomości można uzyskać w sąsiedniej Andorze — tam w tym celu trzeba zainwestować w nieruchomości o wartości od 600 tysięcy euro.
Kolejna specyfika Hiszpanii — wysokie podatki. Przy zakupie nieruchomości kwota podatku wynosi 10 procent jej wartości. A potem, jako właściciel, również płacisz podatek. Na przykład za mieszkanie, które kosztowało cię 200 tysięcy euro, jako właściciel będziesz płacić państwu co najmniej 600-700 euro rocznie.
Hiszpańskie media donoszą, że obecnie nieruchomości w Hiszpanii aktywnie kupują również obywatele Polski...
To prawda. Wśród Polaków widzę więcej osób, które kupują nieruchomości, ale nie przenoszą się do Hiszpanii. Są to zamożni ludzie, którzy w związku z wojną i brakiem poczucia bezpieczeństwa kupują tu mieszkania „na wszelki wypadek” — aby w razie konieczności ucieczki przed wojną mieli gdzie się schronić.
Jednocześnie w hiszpańskich szkołach ostatnio pojawiło się więcej polskich dzieci, co wskazuje, że pewien odsetek Polaków decyduje się na przeprowadzkę już teraz. Z Polski przyjeżdża wielu informatyków, którzy pracują na rynkach innych krajów europejskich.
W Hiszpanii często kupują mieszkania Francuzi i Brytyjczycy, ale traktują to jako inwestycję. Również w związku z dojściem do władzy Donalda Trumpa zainteresowanie hiszpańskimi nieruchomościami zaczęli wykazywać Amerykanie, którzy nie zgadzają się z jego polityką.

Ostrożnie, squatterzy
Z czym można się spotkać przy zakupie mieszkania w Hiszpanii?
Ważne jest, aby osoba kupująca tutaj nieruchomość mogła udowodnić pochodzenie swoich pieniędzy. Opcja „oszczędności pod poduszką” nie przejdzie — trzeba pokazać, skąd pochodzą środki — wynagrodzenie, spadek, sprzedaż nieruchomości itp. Jest tu jeszcze wiele biurokracji i niuansów, o których niestety nie wiedzą nawet wszyscy pośrednicy. Ja na przykład z wykształcenia jestem prawniczką, w Hiszpanii uzyskałam oddzielną kwalifikację i licencję na działalność pośrednika w obrocie nieruchomościami. Ale zdarza się, że ludzie zwracają się do pośredników bez licencji — i mają problemy. Może się okazać, że kupiłeś mieszkanie w budynku, który wcześniej nie był przeznaczony do celów mieszkalnych i nie otrzymał certyfikatu przydatności.
Czasami może nawet nie dojść do zawarcia umowy — nieuczciwy pośrednik może po prostu zniknąć po wpłaceniu przez Ciebie kaucji i podpisaniu wstępnej umowy kupna-sprzedaży.
Niedawno pewien francuski dziennikarz kupił nieruchomość w Andaluzji. A po trzech miesiącach zapukali do niego ludzie z walizkami, którzy twierdzili, że to ich mieszkanie. Kiedy zaczęto to wyjaśniać, okazało się, że dziennikarz nie kupił całego mieszkania, jak mu powiedział pośrednik, a 97 procent. Trzy procent (czyli letnia kuchnia) należało do innych osób. Zdarza się też, że ludzie kupują mieszkanie, a potem okazuje się, że ktoś ma prawo do dożywotniego zamieszkania w tym mieszkaniu. To również niuans lokalnego prawa — można łatwo sprzedać mieszkanie wraz z jakąś hiszpańską babcią. Właścicielem będziesz ty, ale babcia będzie tam mieszkać do końca swoich dni, ponieważ ma do tego prawo. Dlatego tak ważne jest, aby wszystko dokładnie sprawdzać.
Kolejna niuans, o którym wiele osób nie wie — squatterzy. Są to ludzie (najczęściej migranci), którzy po prostu wchodzą do twojego mieszkania i tam się osiedlają. Na przykład, wyjeżdżasz na wakacje, a oni wyłamują zamki i zaczynają tam mieszkać. Możesz wezwać policję — ale wszystko, co zrobią policjanci, to doradzą Ci zwrócić się do sądu. To samo stanie się, jeśli Twoje mieszkanie jest chronione — firma ochroniarska wezwie policję. I dopiero po procesie sądowym, który może trwać wiele miesięcy, można eksmitować squatterów.
W Hiszpanii są dzielnice, w których prawdopodobieństwo natrafienia na squatterów jest bardzo wysokie. Na pierwszy rzut oka może to być zwyczajna dzielnica i nie będziesz wiedział o problemie, dopóki ktoś się do Ciebie nie wprowadzi. Jednocześnie istnieją dzielnice, w których prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest minimalne — i lepiej o tym wiedzieć przed zakupem mieszkania, a nie po nim.
Istnieje również inny rodzaj squatterów — są to osoby, które najpierw wynajmują mieszkanie, a następnie po prostu przestają płacić. I ponownie można ich eksmitować tylko na mocy wyroku sądu. Właśnie dlatego wielu Hiszpanów niechętnie wynajmuje mieszkania obcokrajowcom i rozważa jako najemców tylko osoby z umowami o pracę i stałym legalnym dochodem.
Jeśli kupujesz mieszkanie w zwykłej dzielnicy mieszkalnej, nie oczekuj ciszy wieczorami — Hiszpanie lubią spacerować do późna. Dzień tygodnia i pora dnia nie mają znaczenia — dla nich każdy dzień jest świętem. Ciszy można doświadczyć tylko w drogiej dzielnicy z elitarnymi prywatnymi domami.

Próba tranquilo lub życie w nowym rytmie
Hiszpania to specyficzny kraj, który trzeba zrozumieć. Klientom, którzy planują spontaniczną przeprowadzkę, zawsze zalecam przyjazd i zamieszkanie tu przynajmniej na krótko, aby zrozumieć, czy Hiszpania jest tym, czego potrzebują. Hiszpańska biurokracja i powolność mogą szokować. Nikt nigdzie się nie spieszy. Na wycenę mieszkania, na którą w Ukrainie czeka się kilka dni, tutaj trzeba czekać miesiąc, ponieważ rzeczoznawca po prostu gdzieś wyjechał lub poszedł na urlop.
Spóźnienie do pracy z powodu długiego picia kawy lub wina — jest całkowicie uzasadnione. Podobnie jak lunch, który trwa od dwóch do czterech godzin. Przyjazd po dziecko i godzina spędzona przed szkołą na rozmowach z innymi mamami — to normalka. Dla Hiszpanów każdy pośpiech to stres. Ich ulubione słowa to tranquilo (nie martw się) i mañana (jutro). Wiele osób mieszka z rodzicami do czterdziestego roku życia i wszystko ich to nie martwi — nikt nie będzie się zabijał w pracy dla kariery lub pieniędzy. Z drugiej strony, potrafią cieszyć się życiem.
Młodzież chodzi tu do muzeów i spędza czas w bibliotekach. W metrze wiele osób siedzi nie z elektronicznymi gadżetami, ale z książkami.
Hiszpania jest przyjazna imigrantom. Mówi się, że we Włoszech miejscowi kochają cię tak długo, jak długo jesteś turystą. W Hiszpanii kochają cię po prostu. Jednocześnie wielu Ukraińców błędnie uważa, że tutaj będzie łatwo — i przyjeżdżają na przykład z Polski, nie mając pojęcia, czym się tutaj zajmą. Ważne jest, aby zrozumieć, że nie będzie pomocy społecznej. To nie Niemcy — tutaj nie ma żadnych zasiłków ani szkół integracyjnych. Liczenie na to, że szybko znajdziesz pracę jest iluzją, ponieważ bez znajomości języka hiszpańskiego nikt cię tutaj nie potrzebuje. Można liczyć co najwyżej na pracę sprzątaczki. Praktycznie nie ma firm pośrednictwa pracy — ogłoszenia od „firm” oferujących takie usługi są najczęściej oszukańcze. Idealnie byłoby przyjechać tu, mając pewien zapas pieniędzy i znajomość języka hiszpańskiego. I być przygotowanym, że proces poszukiwania pracy będzie przebiegał „po staremu” — kiedy z CV w ręku osobiście chodzisz po firmach, które Cię interesują, i przekonujesz je, aby Cię zatrudniły.
Jednocześnie wielu Ukraińcom udało się znaleźć dobrą pracę lub, na przykład, otworzyć własną firmę. W tej samej Barcelonie jest już wiele naszych kawiarni, salonów kosmetycznych, naszych urzędów pocztowych. Pierwszorzędna ukraińska obsługa stała się bodźcem dla lokali należących do innych obcokrajowców — oni również starają się teraz „nadrobić zaległości”. Jednak nasze firmy są nadal bardziej nastawione na Ukraińców lub turystów.
Hiszpanie będą chodzić do Hiszpanów. Będą przez pokolenia chodzić do tego samego mistrza — nie dlatego, że jest on najlepszym specjalistą, ale dlatego, że chodzili do niego babcia, dziadek, mama i tata.
Kto czuje się komfortowo, planuje tutaj swoje życie. Wielu Ukraińców od 2022 roku pozostaje w stanie oczekiwania i nie wie, jak dalej postępować. Niepewność zabija psychicznie. Dlatego zakup nieruchomości tutaj to nie tylko sposób na zaoszczędzenie na czynszu, ale także poszukiwanie utraconego przez wojnę poczucia stabilizacji.

Największy popyt — na mieszkania
Hiszpańskie media zauważają, że popyt na hiszpańskie nieruchomości wśród Polaków i Ukraińców jest jedną z przyczyn szybkiego wzrostu cen za metr kwadratowy. Wydawnictwo Ultimahora podaje dane dotyczące regionów, które interesują polskich nabywców. Najczęściej są to Baleary, Wyspy Kanaryjskie i region Andaluzji. Podobnie jak Ukraińcy, większość Polaków kupuje nie domy, ale mieszkania o powierzchni 60-80 metrów kwadratowych.
Dyrektor zarządzający Engel & Völkers w południowo-zachodniej części Majorki Hans Lenz ówi, że typowy portret jego polskich klientów to młoda rodzina z klasy średniej, z dziećmi lub bez, która pracuje zdalnie, co pozwala jej mieszkać na wyspie jako „cyfrowi nomadzi”. „Nie można zaprzeczyć wpływowi wojny” — zauważa Hans Lenz. „Ludzie szukają u nas przede wszystkim spokoju i bezpieczeństwa”.


Najgorsze przed nami. Jak rosyjskie trolle atakują w internecie
Aldona Hartwińska: “Takich jak ja będzie coraz więcej i zrobimy wszystko, żeby takich jak Pan było coraz mniej” - miałaś napisać do Rafała Bucy, członka Młodzieży Wszechpolskiej.
Maria Andruchiw: To nieprawda, nigdy czegoś takiego nie napisałam. W opublikowanej przez pana Bucę rozmowie w moje usta włożono słowa, które były wrogie wobec Polski i Polaków. To nie były moje prawdziwe wypowiedzi, stworzono je, tak samo jak stworzono "mój`' fałszywy profil w mediach społecznościowych.
Kiedy zobaczyłam screenshoty z rzekomymi moimi, a tak naprawdę sfabrykowanymi wypowiedziami, miały już one wiele udostępnień. Mój rzekomy profil był naprawdę bardzo dobrze podrobiony, wszystkie posty były duplikowane, więc wyglądał jak prawdziwy.
Pan Buca dał się nabrać, nie zweryfikował informacji, za to szybko po prostu opublikował. W komentarzach i udostępnieniach ludzie się oburzali, zaczęli szukać mojego prawdziwego profilu. Ale i tak zaczęłam dostawać różne wiadomości z groźbami, że zrobią ze mną porządek…
Kiedy to wszystko już się wyjaśniło, to już tak naprawdę było za późno. Na moją wiadomość prywatną Buca oczywiście odpisał, ale mam wrażenie, że z początku wcale nie chciał rozmawiać. Przekonywałam go, aż uznał, że warto się zdzwonić.
Sprostował? Wyjaśnił, że dał się nabrać jakimś rosyjskim trollom?
W mojej opinii - niezupełnie. Opublikował wpis, zablokował komentarze. A portal “X” działa tak, że bez komentarzy nie ma zasięgu. I ten wpis leciał w dół i w dół. Nic nie zmienił. Nie było też żadnych przeprosin. Mleko się wylało, choć my i tak zareagowaliśmy dość szybko. Później Damian Duda, prezes fundacji W międzyczasie, też napisał, że znalazł swój podrobiony profil, ale jego reakcja była natychmiastowa.

Dlaczego to się dzieje? Dlaczego trolle to robią? I dlaczego to właśnie Ty padłaś tego ofiarą?
W tym czasie nie byłam jedyną zaatakowaną osobą. Wcześniej jeszcze powstało fałszywe konto, podszywające się pod Myroslavę Keryk, a sam Ukraiński Dom w Warszawie miał bardzo podobną sytuację, bo wysyłano - niby w ich imieniu - jakieś listy do różnych instytucji, pisma dotyczące rzekomego poparcia dla jednego z kandydatów w wyborach na Prezydenta, którego organizatorem miałaby być Fundacja.
To chyba taki model działania. A jaki jest tego cel? Moim zdaniem, przede wszystkim, podważenie zaufania społecznego do tych osób, które pomagają, robią zbiórki, żeby ludzie zaczęli mieć wątpliwości co do tego, czy ta osoba jest rzetelna i oczywiście przestali wspierać. W tamtym momencie mieliśmy dużo wysyłek i konwojów humanitarnych, duże grono wspierających partnerów i to była próba dyskredytacji mnie i nas, jako organizacji.
Ale czy ta próba się powiodła?
Na szczęście okazało się, że społeczeństwo jest rozsądne.
Fala wsparcia, jaka mnie zalała była trzykrotnie większa od hejtu. Ludzie pisali, udostępniali, uświadamiali innych, pisali, że tak właśnie wygląda dezinformacja, że to co mnie spotkało to jest jej jaskrawy przykład.
Nie dostałam od żadnego z partnerów wiadomości w stylu: jak mogłaś? Więc ta historia tylko mnie i organizację wzmocniła.
No tak, ale to nie jest ostatni atak. Ostatnio doświadczyłaś czegoś równie trudnego.
Próbują mnie zniechęcić do dalszych działań, uderzając we mnie po prostu podle. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że założono mi kilka profili na stronach, delikatnie mówiąc, eskortowych. Dowiedziałam się, ponieważ podano mój prawdziwy numer telefonu i otrzymywałam wiele telefonów od różnych mężczyzn.
Jak na to reagować? Zaczyna się kolejny atak na ciebie - co robisz i co zrobić należy od razu?
Algorytm działań jest bardzo prosty. Trzeba od razu prostować, tłumaczyć, uświadamiać. W ten sposób niweluje się efekty negatywne tych ataków. Podstawą jest napisanie sprostowania we wszystkich mediach społecznościowych, żeby później media nie manipulowały też tego typu zdarzeniami. Trzeba też, lub przede wszystkim, zgłosić się do wszystkich możliwych organów, żeby zarejestrować to jako przestępstwo i rzeczywiście swoim zgłoszeniem jeszcze raz potwierdzić, że ta osoba to nie jesteś ty, a wiadomości, które są udostępniane, nie są twoje.

Na początku listopada, na portalu X, pojawiły się groźby pod adresem prezydenta Nawrockiego - zdjęcie z pistoletem i podpisem "do zobaczenia Karolku", zamieszczone pod jego fotografią z meczu Polska-Holandia. Wpis został zamieszczony w piątek wieczorem, a w sobotę rano Komenda Stołeczna Policji poinformowała, że "niezwłocznie po pozyskaniu informacji związanych z wpisem na platformie X podjęto czynności w tej sprawie". Zatrzymano 19-letniego mężczyznę. Szybko. Co się dzieje w twojej sprawie?
Póki co nic. Nie chciałabym tutaj stwierdzać, że być może jest tak, że lekceważą nasze zgłoszenia, ale na pewno nie są one priorytetowe. Nawet wydaje mi się, że poniekąd służby nie są gotowe na taką falę zgłoszeń, bo w moim przypadku, kiedy poszłam na policję, to wysyłano mnie z jednego wydziału do drugiego. Nikt nie wiedział, gdzie mam trafić. I w końcu ktoś stwierdził, że cyberpolicja powinna się tym zająć, a takiego oddziału nie było w Poznaniu, więc mieli tę informację wysłać dalej,.. więc proces zgłoszenia był bardzo długi. I teraz szukają sprawcy, ale od czerwca na razie nie mam żadnej informacji zwrotnej.
Atakowany był Ukraiński Dom, działacze tacy jak Natalia Panczenko, czy wolontariusze, jak Karolina Kuzema. Komuś bardzo zależy na tym, żeby pomoc dla Ukrainy się zakończyła. Jak myślisz, na jakim etapie teraz jesteśmy, jeśli chodzi o te ataki?
Myślę, że najgorsze jest przed nami. Atakują tak, żeby zwykły człowiek nie zorientował się, że jest manipulowany. Na przykład te wszystkie rolki, które się pojawiają na Instagramie, na TikToku, one mogą się wydawać takimi edukacyjnymi analizowaniem rzeczywistości przez różnych liderów opinii.
I na pierwszy rzut oka nie wydają się być prostą, bezpośrednią propagandą. Oczywiście osoba, która w tym obszarze działa, wyczuwa i widzi tego typu treści, ale zwykły obywatel raczej nie. I myślę, że tutaj powinniśmy się pochylić, mówię nie tylko o wolontariuszach, społecznikach czy dziennikarzach, mówię też o samorządach, o najwyższych organach, politykach, czy też tych, którzy kreują programy edukacyjne, żeby zadbać o to, żeby na przykład taki przedmiot jak edukacja medialna się pojawiła. Bo teraz mówimy o Ukrainie, ale to nie jest temat tylko ukraiński - był covid, jest sytuacja na granicy polsko-białoruskiej, jest ogromny hejt, z jakim styka się polska młodzież w sieci.

Dodajmy do tego sztuczną inteligencję i deepfake’a…
Tak, to jest straszne. Ja też padłam tego ofiarą. W sieci opublikowano film, w którym mówię coś skandalicznego o Wołyniu. Ale to nie byłam ja, tylko deepfake, który na szczęście udało się szybko usunąć. Ale to wyglądało na tyle autentycznie, że ja sama nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy i gdzie mówiłam do kamery w takim ubraniu, czy w takim miejscu. Nie wiedziałam, co to było za spotkanie, czy jakiś webinar…W końcu do tego doszłam i to jest właśnie najciekawsze, bo to było zamknięte spotkanie organizacji pozarządowych i działaczy.
To jak ten film został wykradziony?
Albo ktoś był na tym spotkaniu, albo ktoś nagrywał i później przesłał, gdzieś to wyciekło - nie wiem. Ja to zdarzenie zgłosiłam organizatorowi, czyli w przedstawicielstwu Ombudsmana w Warszawie, bo to od nich tak naprawdę wyszedł ten materiał, ale nikt nie wiedział. Mieli to zgłosić do kogoś, ale nie mam żadnej wiedzy, co dalej. A tam padały liczby, szczegóły dotyczące wsparcia na przykład, czy dofinansowania dla Ukraińców, czyli, wręcz poufne informacje.
To jest poważniejsze, niż podrobienie twojego profilu.
Ja też tak uważam, dlatego zdziwiło mnie to nieco lekceważące podejście do sprawy przez ukraińskie instytucje, bo tam było co najmniej kilka ministerstw, przedstawicieli różnych ministerstw. Dla mnie ta sprawa to nie była błahostka. Bo jednak ktoś jakoś ten materiał wykradł, na miejscu organizatora ja bym się wystraszyła, czy przypadkiem nie był to ktoś z wewnątrz tej małej grupy.
To pokazuje przerażające możliwości agresorów. Bo byłoby to mniej przerażające, gdyby to był film z jakiegoś wywiadu, który można byłoby szybko znaleźć w sieci, porównać i zdementować, że to przecież jest manipulacja. A oni wybrali spotkanie zamknięte, którego nigdzie w sieci nie było.
Więc od razu trudniej reagować. Bo może mogłam coś takiego mówić nieoficjalnie? Dużo trudniej coś takiego potem wyjaśnić. Także bardzo do tego przemyślanie podchodzą.
Mówisz, że najgorsze przed nami. Dezinformacja, sztuczna inteligencja, ale to wszystko idzie ramię w ramię z normalizacją Rosji w świecie. Bo pojawia się coraz więcej blogerów, którzy sobie jeżdżą po Moskwie, podróżują po Rosji. Zachęcają do wyjazdów, wychwalają terrorystyczny reżim, jaki powinien ponosić strogą karę i być na każdym poziomie marginalizowany.
Myślę, że to jest drugi etap tej całej strategii, którą budują. Dlatego bardzo się cieszę, że w Polsce jest coraz więcej organizacji pozarządowych, które o tym mówią i docierają z tym do przedstawicieli rządowych z informacją. Chociażby Demagog, z którym współpracuje nasze stowarzyszenie. Ale walka będzie jeszcze trudniejsza, bo od 2026 roku Meta (czyli takie platformy jak Facebook, Instagram, czy Threads, przyp. red.) zrezygnuje z tak zwanego fact-checkingu, służącego do walki z fake newsami. Zamiast tego wprowadzi Community Notes, czyli rozwiązanie polegające na tym, że to użytkownicy będą mieli możliwość dodawania notatek i sprostowywania nieprawdziwych informacji.
Dlatego edukacja jest tu odpowiedzią na wszystko. Trzeba wykonać pracę u podstaw, a ona powinna zacząć się już w szkole, gdzie dzieciaki zostaną uodpornione na dezinformację, nauczą się ją wyłapywać, weryfikować fakty, a każdy news będzie u nich rodził krytyczne myślenie.

Wesprzyj Sestry
Zmiana nie zaczyna się kiedyś. Zaczyna się teraz – od Ciebie. Wspierając Sestry, jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.
Wpłać dotację