Exclusive
5
min

Jak to jest być „mamą pingwina”

„Bałem się, że nigdy nie będziesz szczęśliwa, bo ja się urodziłem” – mówi mały bohater nowego polskiego serialu „Matki pingwinów”, opowiadającego o życiu rodziców dzieci ze specjalnymi potrzebami. Zyskał ogromną popularność w Polsce i w Ukrainie. Jako matka wyjątkowego syna zwykle sceptycznie podchodzę do takich filmów. W końcu jak aktorzy mogą przekazać to, co czuję każdego dnia od lat? Tym razem się myliłam

Julia Ladnova

Kadr z serialu „Matki pingwinów”. Netflix

No items found.

Zostań naszym Patronem

Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.

Dołącz

Wszystko jak w życiu, wszystko jak w kinie

Kiedy moja redaktorka poprosiła mnie o obejrzenie „Matek pingwinów”, potraktowałam to jak zadanie służbowe. Byłam przyzwyczajona, że filmy o osobach z niepełnosprawnościami są dalekie od prawdziwego życia. Kino to zwykle dwie skrajności: albo serial o jakimś autystycznym superlekarzu („Doktor cudotwórca”), czyli czysta fantastyka, albo coś, co sprawia, że chcesz się powiesić i nigdy więcej nie urodzić („Musimy porozmawiać o Kevinie”).

Dlatego serial Netflixa włączyłam bez wielkich oczekiwań. I już od pierwszego odcinka zobaczyłam, że w kinie jak w moim życiu.

Odrzucenie diagnozy, obwinianie wychowawców i rodziców normatywnych dzieci, ciągły stres, poczucie winy i bezsilności pomieszane z poczuciem wstydu i dumy z własnego dziecka

I świadomość, że nawet najcięższa walka na ringu nigdy nie dorówna wyjątkowemu macierzyństwu.

Podobnie jak główna bohaterka, Kamila, zawodniczka MMA, ja też kiedyś nie mogłam uwierzyć i zaakceptować tego, że mój syn ma autyzm. Tyle że zmienialiśmy nie szkoły, a przedszkola i specjalistów, zawsze mając nadzieję, że trafimy nie na tych, którzy pomogą, a na tych, którzy powiedzą: „Twoje dziecko nie ma autyzmu, to tylko jego osobowość, wyrośnie z tego”.

Podobnie jak Tatiana, mama Michała, chłopca z dystrofią mięśniową, w ogóle nie dbałam o swoje zdrowie i opamiętałam się dopiero wtedy, gdy pewnego ranka przyjechała po mnie karetka.

Podobnie jak Jerzy, ojciec Heli, dziewczynki z ciężkim autyzmem, wiem, jak to jest zgubić dziecko i szukać je z walącym sercem. Wiem, jak to jest kochać „wadliwe”, „wybrakowane” dziecko, które zostało porzucone przez innych krewnych. I wiem, jak to jest, gdy „najbardziej niewychowany i najgorszy chłopiec na świecie” jest dla ciebie całym wszechświatem.

Jako mama Toli, dziewczynki z zespołem Downa, wiem, jak to jest chcieć zanurzyć się w Instagramie, by wspierać innych przykładem, pokazując, że życie z dzieckiem specjalnej troski może być piękne i satysfakcjonujące.

I sama w to uwierzyć.

Autorka Julia Ładnowa z synem Markiem

Pewnego ranka obudziłam się z ostrym bólem w boku. Bolało tak bardzo, że dwie godziny później zaczęłam tracić przytomność. Byłam sama z dziećmi, a mój autystyczny synek akurat chory, miał 38 stopni gorączki.

Zadzwoniłam do przyjaciół, wezwałam karetkę i z bólu padłam na podłogę w salonie. W mojej głowie była tylko jedna myśl: „Żeby tylko temperatura Marka nie wzrosła jeszcze bardziej. Żeby ktoś przyszedł i mu pomógł”.

Motto większości „pingwinich mam” brzmi: „Boli – to przeboli”. Same rzadko chodzimy do lekarza, bo przy ciągłej rehabilitacji, zajęciach i innych aktywnościach dzieci po prostu nie mamy czasu o tym myśleć.

Za to wiemy, że nie możemy umrzeć.

Tyle czasu na rzeczy, których potrzebowałam ja, ale ona nie

Moja przyjaciółka Julia, matka Mai, pięknej pięcioletniej dziewczynki, przez kilka lat próbowała udowodnić sobie i innym, że jej córka może chodzić do zwykłego przedszkola. Nerwy, łzy, nieprzespane noce w samotności i masa pieniędzy na opłacenie tych, którzy mieli przywrócić Maję do normy.

– Strawiłam tyle czasu na rzeczy, których potrzebowałam ja, ale ona nie. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy kolejne przedszkole poprosiło, bym zabrała stamtąd moje dziecko – powiedziała mi Julia.

Dziś Maja chodzi do przedszkola terapeutycznego dla dzieci z autyzmem – razem z moim synem. I nawet próbują się zaprzyjaźnić.

Wiecie, jak wygląda przyjaźń między dwójką autystycznych dzieci? Nie gryzą się, razem karmią psa ciastkami, dekorują choinkę, zdmuchują świeczki, jeżdżą na huśtawkach – i to wszystko bez słów

Czasami, obserwując tę ich cichą idyllę, żartem mówię do Julii: „Jak dorosną, niech się pobiorą”. A moja przyjaciółka uśmiecha się smutno: niezły pomysł, ale na upragnione wnuki lepiej nie czekać.

Bo ryzyko, że autyzm i niektóre inne choroby genetyczne zostaną odziedziczone przez dzieci chorych dzieci, jest znaczne.

– Co zrobisz, jeśli będziesz miał dziecko takie jak nasz Marko? – pytam mojego najstarszego syna Romana.

– Będę go po prostu będę go kochał – odpowiada mój 13-latek, bohatersko znoszący wszystkie autystyczne ataki i napady złości swojego brata.

A ja bardzo się martwię, że być może to z mojego powodu mój najstarszy syn też może zostać ojcem dziecka specjalnej troski. Bywa, że to uczucie mnie dręczy. Ale zaraz… przecież tu nie ma winnych, prawda?

W poszukiwaniu „cudownej przystani”

Kiedy powiedziałam mojej przyjaciółce Janie, matce trudnego nastolatka ze spektrum autyzmu, o „Matkach pingwinów”, stwierdziła:

– Już to widziałam. Gdybyś tylko wiedziała, ile razy chciałam rozwalić tę cholerną piniatę, tak jak zrobiła Kamila na swoim przyjęciu urodzinowym, nad głowami tych, którzy wyśmiewali się z mojego Miszy i nazywali go głupim!

Pamiętam ten odcinek. Opowiada o tym, jak ludzie starają się być tolerancyjni wobec dzieci ze specjalnymi potrzebami, ale czasami w towarzystwie takiego dziecka nie potrafią wytrzymać choćby pół godziny.

Syn Jany, Mychajło, został wyrzucony z piątej klasy, bo:

- rzuca się na podłogę i krzyczy, gdy słyszy nieoczekiwane dźwięki;

- obejmuje inne dzieci, by się uspokoić;

- ucieka z lekcji, krzycząc: „kurwa!”, jeśli któryś z kolegów śmieje się, że źle mówi albo powtarza jedno i to samo (jak serialowy Jaś i ta jego „tępa owca”);

- głośno płacze, gdy doświadczy niesprawiedliwości, co przeraża inne dzieci.

Przy tym wszystkim Mychajło nie jest agresywny i nigdy nikogo nie uderzył. Mimo to prawdopodobnie będzie musiał długo szukać swojej „cudownej przystani” [w omawianym serialu „Cudowna przystań” to placówka opiekuńcza dla dzieci ze specjalnymi potrzebami – red.].

Na ringu możesz się poddać. Tutaj nie

Gdybyście wiedzieli, ile razy proponowano mi leczenie autyzmu komórkami macierzystymi, programowaniem neuronów, leczniczą marihuaną, ziołami czy suplementami. Przy czym żadna z tych wątpliwych metod nie jest tania, delikatnie mówiąc.

Tak, nasze wyjątkowe dzieci to świetny biznes dla tych, którzy marzą o niekończącym się źródle dochodu, niczego w zamian nie gwarantując. Musisz nauczyć się odsiewać ziarno od plew już na samym początku, byś nie musiała sprzedawać swoich organów i miała wystarczająco dużo pieniędzy na niezbędne leczenie i rehabilitację, na niekończące się zajęcia i aktywności, na witaminy, jedzenie i psychologa.

W ostatnim odcinku serialu główna bohaterka walczy na ringu z bardzo silną przeciwniczką. Każda „matka pingwina” rozumie tę metaforę. Na ringu możesz uderzyć przeciwnika, możesz się przygotować i zrozumieć logikę jego działań, a jeśli idzie źle, po prostu się poddać. W przypadku „pingwiniego” macierzyństwa to nie działa. To walka bez zasad. Bycie „mamą pingwina” to walka z całym światem i z samą sobą, to okresy totalnego rozczarowania, depresji, a w końcu –światełko w tunelu, moment, w którym uczysz się patrzeć sercem.

To światło jest tak jasne i ciepłe, że może ogrzać nawet tych, którzy są na samym dnie.

Zdjęcia z prywatnego archiwum autorki

No items found.
Partner strategiczny
Dołącz do newslettera
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Dziennikarka, specjalistka ds. PR. Jest mamą małego geniusza z autyzmem i założycielką klubu dla mam PAC-Piękne Spotkania w Warszawie. Prowadzi bloga i grupę TG, gdzie wspólnie ze specjalistami pomaga mamom dzieci specjalnych. Pochodzi z Białorusi. Jako studentka przyjechała na staż do Kijowa i została na Ukrainie. Pracowała dla dzienników Gazeta po-kievske, Vechirni Visti i Segodnya. Uwielbia reportaż i komunikację na żywo.

Zostań naszym Patronem

Nic nie przetrwa bez słów.
Wspierając Sestry jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.

Dołącz

„Nie słucham wiadomości — oszczędzam psychikę”, „Buduję swoje życie tu i teraz”, „Nie rozmawiam z przyjaciółkami z Ukrainy, bo my tam jesteśmy już obce”, „Przecież wszyscy mogą wyjechać. To ich decyzja, że zostają”… Słyszę to wszystko w kolejkach w warszawskich „Żabkach”, w kawiarniach we Wrocławiu, na kobiecych grupach wsparcia, w rozmowach z odnoszącymi sukcesy, a jednocześnie zagubionymi Ukrainkami, które już czwarty rok próbują zapuścić korzenie w polskiej ziemi.

Za tymi słowami rzadko stoi obojętność. Częściej — strach, obronna reakcja psychiki człowieka, który próbuje przetrwać w rzeczywistości, w której jest zbyt dużo bólu i zbyt mało kontroli. Ograniczenie strumienia przerażających informacji to sposób, by zachować zdolność działania „tu i teraz”. A jeśli uznamy, że nie wszyscy mogą wyjechać — bo ktoś nie ma za co, nie ma dokąd, nie ma z kim zostawić starych rodziców albo nie może zostawić męża — to będziemy musiały uznać jeszcze jedno: nasze bezpieczeństwo nie jest wyłącznie naszą zasługą. Ono często bywa przypadkiem, zbiegiem okoliczności.

Właśnie z tego miejsca rodzi się potrzeba zbudowania muru. To pragnienie jest zrozumiałe — jesteśmy wyczerpane. Obrastamy nowymi obowiązkami: pracą, podatkami, szkołą dzieci, codziennymi drobnymi sprawami. Do tego zmęczenia dochodzi jeszcze jedno bolesne pęknięcie — z tymi, którzy zostali. Zdanie „oni uważają nas za zdrajczynie” staje się wygodnym wyjaśnieniem, żeby nie dzwonić, nie pytać, nie wiedzieć. Żeby nie czuć winy, że jesteśmy bezpieczne, stopniowo wykreślamy Charków czy Zaporoże z kręgu naszej empatii.

I właśnie na tym tle szczególnie ostro zabrzmiało zdanie, które niedawno usłyszałam. Jedna młoda kobieta powiedziała:

„W ogóle nie czytam wiadomości. Wiem, że na pewno nie przeoczę informacji o tym, że Ukraina wygrała albo przegrała”.

Te słowa zaskoczyły mnie. Jest w nich i straszne zmęczenie, i niebezpieczna lekkomyślność. To tak, jakby stać na brzegu oceanu, widzieć na horyzoncie ogromną falę i zamknąć oczy z przekonaniem, że moment, w którym cię przykryje, na pewno zauważysz. Tylko czy wtedy to „wiedzenie” będzie miało jeszcze sens?

Często jeżdżę do Ukrainy. I każde takie przekroczenie granicy jest jak zimny prysznic. W Ukrainie nie ma luksusu „nie czytać wiadomości”, bo wiadomości przylatują w twój dach, do twojej klatki schodowej, w twoją bezsenną noc — hukiem syren, brzęczeniem dronów, wybuchami. Tam wiadomości to nie strumień zdań, tylko fizyczne odczucie zagrożenia.

Dlaczego Polacy znajdują w sobie siłę, żeby o nas czytać, zbierać na drony, wychodzić na akcje, wozić do Ukrainy pomoc humanitarną, a tak wielu z nas uznało, że jesteśmy „w bezpiecznej chatce”? Przecież to krew naszych ludzi leje się każdego dnia.

Jeśli my — główni gracze — zmęczymy się i odwrócimy, kto zostanie? Historia ma gorzkie lekcje dla tych, którzy wierzą, że agresję za granicą można ignorować.

Przypomnijcie sobie na przykład żydowskich uchodźców w latach 30. XX wieku. Wielu z nich, świadomych zagrożenia w nazistowskich Niemczech, uciekło do sąsiednich krajów, które uchodziły za bezpieczne — m.in. do Holandii, Belgii i Francji.

Oni również chcieli „budować życie tu i teraz”: otwierali sklepy, wychowywali dzieci, próbowali nie myśleć o tym, co dzieje się w Berlinie. Wierzyli, że granice i prawo międzynarodowe są niezawodną tarczą.

A jednak wojna ich dosięgła. W 1940 roku, gdy nazistowskie Niemcy błyskawicznie okupowały te kraje, ci ludzie znów znaleźli się w strefie śmiertelnego zagrożenia. Ich próba odgrodzenia się iluzją granicy runęła, gdy strefa agresji zaczęła się rozszerzać, a Europa nie zdołała jej w porę zatrzymać. Ich cisza nie ocaliła — dała jedynie wrogowi czas, by stał się silniejszy.

Próba zamknięcia oczu na wojnę w Ukrainie, w nadziei, że pozostanie tylko tam, jest współczesną, śmiertelnie niebezpieczną umową z własnym sumieniem. I jest iluzją bezpieczeństwa.

Jeśli dziś przestaniemy wpłacać datki, wspierać tych, którzy zostali w domu, mówić o Ukrainie na każdym kroku tutaj, w Polsce, to najstraszniejsza wiadomość — „Ukraina przegrała” — nie przyjdzie tylko jako powiadomienie na telefon. Przyleci dronami do naszego okna. Zamieni się w chaos, który zburzy nasze tak pieczołowicie budowane „tu i teraz”.

Wszyscy jesteśmy zmęczeni — i to zmęczenie jest zrozumiałe. Ale spokój w Warszawie czy we Wrocławiu nie jest wyłącznie rezultatem naszej adaptacji. To także rzeczywistość, którą codziennie podtrzymują ludzie żyjący pod ostrzałem.

Dlatego właśnie Ukraińcom tak ważne jest, by nie stać z boku. Bezpieczeństwo za granicą to nie tylko szczęście, lecz także nasz unikalny zasób. A nasza postawa „tu” może być solidnym zapleczem dla tych, którzy zostali „tam”.

Wystarczą proste, regularne działania: kilka hrywien wsparcia, plecenie siatek, udostępnienie posta, telefon do bliskich i przyjaciół na zapleczu. To sposób, by pozostać w kontakcie z rzeczywistością — i w ten sposób dołożyć swoją małą cegiełkę do tego, by wojna nie przekroczyła granicy.

Odwracać się od wojny to zapraszać ją do siebie w gości. Być może naprawdę nie mamy kontroli nad biegiem historii. Ale z całą pewnością mamy wpływ na własny wybór — czy będziemy milczeć. I właśnie ta cisza — albo jej brak — ostatecznie ma znaczenie. Także dla tego, jaka będzie ta najważniejsza wiadomość, której, jak sobie wmawiamy, na pewno nie przegapimy.

4
хв

Niebezpieczna cena naszej bezpiecznej ciszy

Diana Balynska

Bezpieczeństwo Polski w XXI wieku nie może opierać się wyłącznie na tradycyjnych strukturach państwowych. Wymaga ono świadomego, systemowego włączenia kobiet zarówno Polek, jak i Ukrainek w budowę obrony cywilnej i odporności społecznej państwa. Kobiety dziś realnie uczestniczą w zapewnianiu bezpieczeństwa jako funkcjonariuszki służb mundurowych, wolontariuszki i liderki społeczne. Doświadczenie Ukrainek, wyniesione bezpośrednio z wojny, stanowi unikatowy zasób odporności psychologicznej i organizacyjnej.

Połączenie profesjonalnej służby Polek w mundurach z oddolną odpornością społeczną budowaną przez Polki i Ukrainki może stać się fundamentem nowoczesnej obrony cywilnej Polski. Nie postuluję zastępowania istniejących struktur bezpieczeństwa, tylko ich realne wzmocnienie poprzez wykorzystanie pełnego potencjału społeczeństwa.

Kobiecy filar obrony cywilnej - wielka szansa w walce z zagrożeniami

Polska ma historyczną szansę zbudować wspólny, kobiecy filar obrony cywilnej oparty na współpracy Polek i Ukrainek, funkcjonariuszek i wolontariuszek. Aby jednak ta szansa stała się rzeczywistością, państwo musi zacząć widzieć w kobietach współtwórczynie bezpieczeństwa, a nie jedynie jego zaplecze, wsparcie lub zasób „na czas kryzysu”.

Polki i Ukrainki nie konkurują ze sobą. Nie konkurują również z mężczyznami. Ich rola polega na uzupełnianiu systemu bezpieczeństwa.

Powinny być tam, gdzie klasyczne struktury państwowe nie sięgają wystarczająco szybko albo wystarczająco głęboko, np. w sferze społecznej, psychologicznej, informacyjnej i lokalnej.

Wspólnie mogą stworzyć kręgosłup nowoczesnej obrony cywilnej Polski, o ile zostaną włączone w sposób świadomy, zaplanowany i systemowy.

Pekin 1995: moment, w którym bezpieczeństwo wyszło poza koszary

Światowa Konferencja ONZ na temat Kobiet w 1995 roku była momentem przełomowym nie dlatego, że ponownie poruszono temat równości, ale dlatego, że po raz pierwszy połączono go wprost z bezpieczeństwem i pokojem. Deklaracja Pekińska i Platforma Działań uznały kobiety za aktywne uczestniczki procesów zapobiegania konfliktom, reagowania kryzysowego i ochrony ludności. Bezpieczeństwo przestało być definiowane wyłącznie przez siłę militarną, a zaczęło być postrzegane jako zdolność społeczeństwa do przetrwania, adaptacji i solidarnego działania.

Hillary Clinton na konferencji ONZ poświęconej kobietom w Pekinie, Chiny. 5.09.1995. Zdjęcie: Sharon Farmer/National Archives and Records Administration

Kilka lat później Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1325 nadała tej wizji wymiar operacyjny, zobowiązując państwa do włączania kobiet w systemy bezpieczeństwa, zarządzanie kryzysowe i odbudowę po konfliktach. Dziś, w rzeczywistości wojny w Ukrainie, zagrożeń hybrydowych i kryzysów migracyjnych, te dokumenty nie są historycznym zapisem, ale aktualną instrukcją.

Kiszyniów 2025: Pekin w praktyce

Nieprzypadkowo to właśnie Kiszyniów stał się w listopadzie 2025 roku miejscem symbolicznej konferencji „No More Missed Opportunities: Advancing Women’s Roles in Peace and Security for the Next 25 Years”, High-Level Women4Security Forum, w którym miałam zaszczyt występować w jednym z paneli,  poświęconej kobietom w bezpieczeństwie, zorganizowanej w duchu 30-lecia Deklaracji Pekińskiej i agendy Women, Peace and Security. Było to wydarzenie o roli kobiet w budowaniu odporności państwa, zarządzaniu kryzysowym i bezpieczeństwie narodowym – nie w teorii, tylko w realiach współczesnych zagrożeń Europy Wschodniej.

Kiszyniów był tu najlepszym możliwym przykładem.

Mołdawia jest dziś krajem, w którym systemem bezpieczeństwa państwa kierują kobiety. Prezydentką jest kobieta, ministrem spraw wewnętrznych również jest kobieta.

Codzienna praktyka polityczna, w której decyzje dotyczące bezpieczeństwa, odporności i stabilności zapadają z udziałem tych, które od lat funkcjonują w centrum społecznych i politycznych przemian. W kraju narażonym na presję geopolityczną, dezinformację i próby destabilizacji kobiece przywództwo nie osłabia państwa tylko je porządkuje.

Nie było lepszego miejsca na rozmowę o kobietach w bezpieczeństwie niż Mołdawia, szczególnie po zwycięstwie proeuropejskiej, demokratycznej opcji politycznej w wyborach parlamentarnych. To państwo, które świadomie buduje swoją odporność w trudnym otoczeniu międzynarodowym i jednocześnie pokazuje, że kobiece przywództwo nie jest dodatkiem do systemu bezpieczeństwa, tylko jednym z jego fundamentów.

Premier Polski Donald Tusk, prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Friedrich Merz przylecieli do Kiszyniowa, aby okazać swoje poparcie dla prezydent Mołdawii Mai Sandu na miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, 27.08.2025 r. Zdjęcie: DANIEL MIHAILESCU/AFP/East News

Idee sformułowane w Pekinie trzy dekady temu nie są abstrakcyjnym postulatem, są modelem działania, który można wdrażać tui teraz. Dla Polski to ważny punkt odniesienia. Jeśli chcemy poważnie myśleć o nowoczesnej obronie cywilnej i odporności państwa, potrzebujemy podobnej rozmowy i podobnej odwagi, by zobaczyć w kobietach nie zaplecze bezpieczeństwa, a jego współtwórczynie.

Kobiety w służbach polskich: filar bezpieczeństwa, którego wciąż nie widać

W Polsce debata o bezpieczeństwie wciąż rzadko opiera się na danych dotyczących udziału kobiet. Tymczasem liczby pokazują jasno, że kobiety są już istotną częścią systemu bezpieczeństwa państwa. Według informacji przekazanych przez rzeczników prasowych formacji podległych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz resortom MON i MSWiA, w polskich służbach bezpieczeństwa służy obecnie ponad 50 000 kobiet. W Siłach Zbrojnych RP służy około 21 000 kobiet (żołnierki zawodowe, Terytorialna Służba Wojskowa i dobrowolna zasadnicza służba wojskowa). W Policji pełni służbę około 22 000 kobiet. W Straży Granicznej – prawie 5 400 kobiet. W Służbie Ochrony Państwa – 284 kobiety. W Państwowej Straży Pożarnej jest prawie 1 350 kobiet.

To nie jest służba symboliczna, ani pomocnicza. To realna praca operacyjna, wymagająca sprawności, odporności psychicznej i gotowości do ponoszenia konsekwencji decyzji podejmowanych pod presją.

A mimo to kobiety w mundurach wciąż zbyt rzadko postrzegane są jako zasób strategiczny, który powinien współtworzyć myślenie o bezpieczeństwie, a nie tylko wykonywać polecenia w ramach istniejących struktur. 

Ukrainki w Polsce: odporność, której niewolno zmarnować

Po 2022 roku Polska stała się miejscem, w którym idea Pekinu i Rezolucji 1325 nabrała wyjątkowo konkretnego wymiaru. Setki tysięcy Ukrainek, które znalazły tu schronienie, przywiozły ze sobą doświadczenie wojny - nie abstrakcyjne, tylko przeżyte. Ich wiedza o kryzysie, ewakuacji, funkcjonowaniu w chaosie, radzeniu sobie z długotrwałym stresem i dezinformacją to kompetencje, których nie da się wykształcić w ramach klasycznych szkoleń.

Dziś Ukrainki w Polsce budują lokalne sieci wsparcia, organizują pomoc, wspierają dzieci i rodziny, stabilizują społeczności.

To jest realna, choć wciąż niedoceniana, forma obrony cywilnej. Traktowanie tego potencjału wyłącznie w kategoriach integracyjnych to strategiczny błąd. To zasób bezpieczeństwa państwa.

Odporność społeczna jako infrastruktura bezpieczeństwa

Nowoczesna obrona cywilna nie polega wyłącznie na planach, procedurach i strukturach. Polega na zdolności społeczeństwa do reagowania zanim kryzys wymknie się spod kontroli.

Odporność społeczna, psychologiczna i lokalna nie jest „miękkim dodatkiem” do bezpieczeństwa. To jest jego warstwa operacyjna. I to właśnie w tej warstwie kobiety, zarówno Polki, jak i Ukrainki, odgrywają rolę kluczową.

Organizacje pozarządowe, wolontariat i lokalne liderki już teraz wchodzą w obszar, który jeszcze kilka lat temu był domeną wyłącznie państwa. NGO-sy zaczynają szkolić mieszkańców z podstaw obrony cywilnej, reagowania kryzysowego, pierwszej pomocy, zachowania w sytuacjach zagrożenia, ewakuacji, bezpieczeństwa informacyjnego i odporności psychologicznej. Robią to szybko, elastycznie i blisko ludzi tam, gdzie formalne struktury docierają wolniej albo wcale. To nie jest działalność zastępcza wobec państwa, a realne wzmacnianie jego zdolności reagowania.

Problem polega na tym, że ta praca wciąż bywa opisywana językiem pomocy społecznej, integracji czy wsparcia humanitarnego, zamiast językiem bezpieczeństwa i odporności państwa. Tymczasem szkolenia prowadzone przez NGO, często z udziałem kobiet i Ukrainek z doświadczeniem wojennym, pełnią dokładnie tę samą funkcję, co elementy klasycznej obrony cywilnej - przygotowują społeczeństwo na kryzys, ograniczają chaos informacyjny, zmniejszają panikę i skracają czas reakcji w sytuacjach zagrożenia.

Ukraińskie kobiety  uczą się składać i rozkładać AK-47 podczas szkolenia, na którym poznają podstawy posługiwania się bronią i apteczkami bojowymi. Kijów, 16.03.2024. Zdjęcie: ROMAN PILIPEY/AFP/East News

Organizacje pozarządowe nie są alternatywą dla państwa, ani jego konkurencją. Są jego naturalnym przedłużeniem w sferze społecznej, tam gdzie bezpieczeństwo styka się z codziennym życiem obywateli. To one budują zaufanie, sieci lokalne i kompetencje, bez których żaden system zarządzania kryzysowego nie jest w stanie skutecznie działać. 

 Jeśli Polska poważnie myśli o odporności cywilnej, musi zacząć traktować NGO-sy jako część ekosystemu bezpieczeństwa i partnera operacyjnego, a nie wyłącznie wykonawcę projektów społecznych.

To właśnie w tym obszarze kobiety/ liderki organizacji, trenerki, wolontariuszki odgrywają kluczową rolę. Łączą doświadczenie praktyczne z umiejętnością pracy z ludźmi, budując fundament odporności, który nie powstaje w rozporządzeniach, tylko w relacjach i kompetencjach społecznych. Bez tego filaru nawet najlepiej zaprojektowane systemy państwowe pozostaną kruche.

Zmiana myślenia to ważny element bezpieczeństwa

Bezpieczeństwo państwa nie zaczyna się w momencie kryzysu. Zaczyna się znacznie wcześniej w tym, jak społeczeństwo rozumie własną rolę w jego budowaniu. Opinia publiczna w Polsce stoi dziś przed koniecznością zmiany myślenia o bezpieczeństwie: z wąskiego instytucjonalnego pojęcia na rozumienie zdolności współdziałania i gotowości do wspólnej odpowiedzialności.

Dopóki kobiety postrzegane są głównie jako ofiary kryzysów, osoby wymagające ochrony albo ciche zaplecze działań prowadzonych przez innych, to system bezpieczeństwa pozostaje niepełny. Takie myślenie nie tylko zubaża debatę publiczną, ale realnie osłabia zdolność państwa do reagowania na zagrożenia. Kryzysy XXI wieku nie rozgrywają się wyłącznie na poziomie militarnym, one toczą się także w sferze społecznej, informacyjnej i psychologicznej, gdzie rola kobiet jest kluczowa.

Trzeba zmienić perspektywę patrzenia na Ukrainki w Polsce. Zobaczyć razem Polki i Ukrainki jako wspólną siłę odporności państwa, bo to ma znaczenie nie tylko symboliczne, ale strategiczne.

Taka narracja zmniejszy napięcia społeczne, ograniczy uproszczone, konfliktowe opowieści o „my” i „oni” oraz zbuduje poczucie współodpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju. 

Wspólna praca kobiet, ich doświadczenie, kompetencje i codzienne zaangażowanie tworzą przestrzeń współpracy tam, gdzie łatwo pojawiają się rywalizacja lub lęk.

Wspólnota Polek i Ukrainek nie jest zagrożeniem dla spójności społecznej, tylko jest jedną z największych przewag strategicznych Polski w obszarze bezpieczeństwa i odporności cywilnej. Warunkiem jest dostrzeżenie tej wspólnoty jako zasobu, a nie problemu; uznanie jej roli w systemie bezpieczeństwa; oraz świadome włączenie jej w działania państwa, samorządów i instytucji odpowiedzialnych za ochronę ludności.

Bez zmiany społecznego myślenia nawet najlepiej zaprojektowane strategie pozostaną martwe. To, jak mówimy o bezpieczeństwie i kto jest w tej opowieści widoczny, ma bezpośredni wpływ na to, jak skutecznie będziemy reagować, gdy przyjdzie kolejny kryzys.

Naród bez odporności społecznej jest dla wroga łatwiejszym celem niż naród bez armii.

To odporność społeczna decyduje o tym, czy państwo potrafi przetrwać długotrwały kryzys, presję informacyjną, strach i chaos, zanim jeszcze uruchomione zostaną formalne mechanizmy obronne. Bez niej nawet najsilniejsze struktury wojskowe i instytucjonalne tracą skuteczność, bo bezpieczeństwo nie kończy się na granicach ani w sztabach. Ono zaczyna się w społeczeństwie.

Nowoczesna obrona cywilna wymaga współpracy funkcjonariuszek i wolontariuszek, państwa i społeczeństwa, Polek i Ukrainek.

Polska nie stoi dziś przed wyborem ideologicznym. Stoi przed wyborem strategicznym. Albo wykorzysta pełen potencjał swojego społeczeństwa, albo pozostanie przy modelu bezpieczeństwa, który odpowiada wyzwaniom wczorajszego świata.

Trzydzieści lat po Pekinie wiemy już wystarczająco dużo, by wybrać mądrzej. A jeżeli chcemy budować mądrze to bezpieczeństwo w każdym obszarze to nie możemy pomijać kobiet ani tych w mundurach, ani tych budujących odporność lokalną, społeczną i psychologiczną. To one w największym stopniu łączą państwo z codziennym życiem obywateli. Bez ich systemowego włączenia obrona cywilna pozostanie niepełna.

8
хв

Ukrainki z doświadczeniem wojny są dla Polski skarbem. Wiedzą więcej

Julia Boguslavska

Możesz być zainteresowany...

Ексклюзив
2
хв

Szczepienia dzieci przeciwko wirusowi brodawczaka ludzkiego w Polsce są bezpłatne. Jak się zaszczepić?

Ексклюзив
13
хв

Ołeksandra Matwijczuk: Sojusznicy Ukrainy to wspólnota obrońców wolności

Ексклюзив
9
хв

Mieć dom, kiedy nie jesteś w domu

Skontaktuj się z redakcją

Jesteśmy tutaj, aby słuchać i współpracować z naszą społecznością. Napisz do nas jeśli masz jakieś pytania, sugestie lub ciekawe pomysły na artykuły.

Napisz do nas
Article in progress