Klikając "Akceptuj wszystkie pliki cookie", użytkownik wyraża zgodę na przechowywanie plików cookie na swoim urządzeniu w celu usprawnienia nawigacji w witrynie, analizy korzystania z witryny i pomocy w naszych działaniach marketingowych. Prosimy o zapoznanie się z naszą Polityka prywatności aby uzyskać więcej informacji.
PreferencjeOdrzućAkceptuj
Centrum preferencji prywatności
Pliki cookie pomagają witrynie internetowej zapamiętać informacje o wizytach użytkownika, dzięki czemu przy każdej wizycie witryna staje się wygodniejsza i bardziej użyteczna. Podczas odwiedzania witryn internetowych pliki cookie mogą przechowywać lub pobierać dane z przeglądarki. Jest to często konieczne do zapewnienia podstawowej funkcjonalności witryny. Przechowywanie może być wykorzystywane do celów reklamowych, analitycznych i personalizacji witryny, na przykład do przechowywania preferencji użytkownika. Twoja prywatność jest dla nas ważna, dlatego masz możliwość wyłączenia niektórych rodzajów plików cookie, które nie są niezbędne do podstawowego funkcjonowania witryny. Zablokowanie kategorii może mieć wpływ na korzystanie z witryny.
Odrzuć wszystkie pliki cookieZezwalaj na wszystkie pliki cookie
Zarządzanie zgodami według kategorii
Niezbędne
Zawsze aktywne
Te pliki cookie są niezbędne do zapewnienia podstawowej funkcjonalności strony internetowej. Zawierają one pliki cookie, które między innymi umożliwiają przełączanie się z jednej wersji językowej witryny na inną.
Marketing
Te pliki cookie służą do dostosowywania nośników reklamowych witryny do obszarów zainteresowań użytkownika oraz do pomiaru ich skuteczności. Reklamodawcy zazwyczaj umieszczają je za zgodą administratora witryny.
Analityka
Narzędzia te pomagają administratorowi witryny zrozumieć, jak działa jego witryna, jak odwiedzający wchodzą w interakcję z witryną i czy mogą występować problemy techniczne. Ten rodzaj plików cookie zazwyczaj nie gromadzi informacji umożliwiających identyfikację użytkownika.
Potwierdź moje preferencje i zamknij
Skip to main content
  • YouTube icon
Wesprzyj Sestry
Dołącz do newslettera
UA
PL
EN
Strona główna
Społeczeństwo
Historie
Wojna w Ukrainie
Przyszłość
Biznes
Opinie
O nas
Porady
Psychology
Zdrowie
Świat
Kultura
Wesprzyj Sestry
Dołącz do newslettera
  • YouTube icon
UA
PL
EN
UA
PL
EN
Partner strategiczny

Opinie

Ważne zjawiska i wydarzenia oczami tych, którym ufamy i których słuchamy

Filtruj według
Wyszukiwanie w artykułach
Wyszukiwanie:
Autor:
Exclusive
Wybór redakcji
Tagi:
Wyczyść filtry
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Edukacja

Materiały ogółem
0
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Niebezpieczna cena naszej bezpiecznej ciszy

„Nie słucham wiadomości — oszczędzam psychikę”, „Buduję swoje życie tu i teraz”, „Nie rozmawiam z przyjaciółkami z Ukrainy, bo my tam jesteśmy już obce”, „Przecież wszyscy mogą wyjechać. To ich decyzja, że zostają”… Słyszę to wszystko w kolejkach w warszawskich „Żabkach”, w kawiarniach we Wrocławiu, na kobiecych grupach wsparcia, w rozmowach z odnoszącymi sukcesy, a jednocześnie zagubionymi Ukrainkami, które już czwarty rok próbują zapuścić korzenie w polskiej ziemi.

Za tymi słowami rzadko stoi obojętność. Częściej — strach, obronna reakcja psychiki człowieka, który próbuje przetrwać w rzeczywistości, w której jest zbyt dużo bólu i zbyt mało kontroli. Ograniczenie strumienia przerażających informacji to sposób, by zachować zdolność działania „tu i teraz”. A jeśli uznamy, że nie wszyscy mogą wyjechać — bo ktoś nie ma za co, nie ma dokąd, nie ma z kim zostawić starych rodziców albo nie może zostawić męża — to będziemy musiały uznać jeszcze jedno: nasze bezpieczeństwo nie jest wyłącznie naszą zasługą. Ono często bywa przypadkiem, zbiegiem okoliczności.

Właśnie z tego miejsca rodzi się potrzeba zbudowania muru. To pragnienie jest zrozumiałe — jesteśmy wyczerpane. Obrastamy nowymi obowiązkami: pracą, podatkami, szkołą dzieci, codziennymi drobnymi sprawami. Do tego zmęczenia dochodzi jeszcze jedno bolesne pęknięcie — z tymi, którzy zostali. Zdanie „oni uważają nas za zdrajczynie” staje się wygodnym wyjaśnieniem, żeby nie dzwonić, nie pytać, nie wiedzieć. Żeby nie czuć winy, że jesteśmy bezpieczne, stopniowo wykreślamy Charków czy Zaporoże z kręgu naszej empatii.

I właśnie na tym tle szczególnie ostro zabrzmiało zdanie, które niedawno usłyszałam. Jedna młoda kobieta powiedziała:

„W ogóle nie czytam wiadomości. Wiem, że na pewno nie przeoczę informacji o tym, że Ukraina wygrała albo przegrała”.

Te słowa zaskoczyły mnie. Jest w nich i straszne zmęczenie, i niebezpieczna lekkomyślność. To tak, jakby stać na brzegu oceanu, widzieć na horyzoncie ogromną falę i zamknąć oczy z przekonaniem, że moment, w którym cię przykryje, na pewno zauważysz. Tylko czy wtedy to „wiedzenie” będzie miało jeszcze sens?

Często jeżdżę do Ukrainy. I każde takie przekroczenie granicy jest jak zimny prysznic. W Ukrainie nie ma luksusu „nie czytać wiadomości”, bo wiadomości przylatują w twój dach, do twojej klatki schodowej, w twoją bezsenną noc — hukiem syren, brzęczeniem dronów, wybuchami. Tam wiadomości to nie strumień zdań, tylko fizyczne odczucie zagrożenia.

Dlaczego Polacy znajdują w sobie siłę, żeby o nas czytać, zbierać na drony, wychodzić na akcje, wozić do Ukrainy pomoc humanitarną, a tak wielu z nas uznało, że jesteśmy „w bezpiecznej chatce”? Przecież to krew naszych ludzi leje się każdego dnia.

Jeśli my — główni gracze — zmęczymy się i odwrócimy, kto zostanie? Historia ma gorzkie lekcje dla tych, którzy wierzą, że agresję za granicą można ignorować.

Przypomnijcie sobie na przykład żydowskich uchodźców w latach 30. XX wieku. Wielu z nich, świadomych zagrożenia w nazistowskich Niemczech, uciekło do sąsiednich krajów, które uchodziły za bezpieczne — m.in. do Holandii, Belgii i Francji.

Oni również chcieli „budować życie tu i teraz”: otwierali sklepy, wychowywali dzieci, próbowali nie myśleć o tym, co dzieje się w Berlinie. Wierzyli, że granice i prawo międzynarodowe są niezawodną tarczą.

A jednak wojna ich dosięgła. W 1940 roku, gdy nazistowskie Niemcy błyskawicznie okupowały te kraje, ci ludzie znów znaleźli się w strefie śmiertelnego zagrożenia. Ich próba odgrodzenia się iluzją granicy runęła, gdy strefa agresji zaczęła się rozszerzać, a Europa nie zdołała jej w porę zatrzymać. Ich cisza nie ocaliła — dała jedynie wrogowi czas, by stał się silniejszy.

Próba zamknięcia oczu na wojnę w Ukrainie, w nadziei, że pozostanie tylko tam, jest współczesną, śmiertelnie niebezpieczną umową z własnym sumieniem. I jest iluzją bezpieczeństwa.

Jeśli dziś przestaniemy wpłacać datki, wspierać tych, którzy zostali w domu, mówić o Ukrainie na każdym kroku tutaj, w Polsce, to najstraszniejsza wiadomość — „Ukraina przegrała” — nie przyjdzie tylko jako powiadomienie na telefon. Przyleci dronami do naszego okna. Zamieni się w chaos, który zburzy nasze tak pieczołowicie budowane „tu i teraz”.

Wszyscy jesteśmy zmęczeni — i to zmęczenie jest zrozumiałe. Ale spokój w Warszawie czy we Wrocławiu nie jest wyłącznie rezultatem naszej adaptacji. To także rzeczywistość, którą codziennie podtrzymują ludzie żyjący pod ostrzałem.

Dlatego właśnie Ukraińcom tak ważne jest, by nie stać z boku. Bezpieczeństwo za granicą to nie tylko szczęście, lecz także nasz unikalny zasób. A nasza postawa „tu” może być solidnym zapleczem dla tych, którzy zostali „tam”.

Wystarczą proste, regularne działania: kilka hrywien wsparcia, plecenie siatek, udostępnienie posta, telefon do bliskich i przyjaciół na zapleczu. To sposób, by pozostać w kontakcie z rzeczywistością — i w ten sposób dołożyć swoją małą cegiełkę do tego, by wojna nie przekroczyła granicy.

Odwracać się od wojny to zapraszać ją do siebie w gości. Być może naprawdę nie mamy kontroli nad biegiem historii. Ale z całą pewnością mamy wpływ na własny wybór — czy będziemy milczeć. I właśnie ta cisza — albo jej brak — ostatecznie ma znaczenie. Także dla tego, jaka będzie ta najważniejsza wiadomość, której, jak sobie wmawiamy, na pewno nie przegapimy.

4
min
Diana Balynska
Wojna w Ukrainie
Pomoc dla Ukrainy
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Ukrainki z doświadczeniem wojny są dla Polski skarbem. Wiedzą więcej

Bezpieczeństwo Polski w XXI wieku nie może opierać się wyłącznie na tradycyjnych strukturach państwowych. Wymaga ono świadomego, systemowego włączenia kobiet zarówno Polek, jak i Ukrainek w budowę obrony cywilnej i odporności społecznej państwa. Kobiety dziś realnie uczestniczą w zapewnianiu bezpieczeństwa jako funkcjonariuszki służb mundurowych, wolontariuszki i liderki społeczne. Doświadczenie Ukrainek, wyniesione bezpośrednio z wojny, stanowi unikatowy zasób odporności psychologicznej i organizacyjnej.

Połączenie profesjonalnej służby Polek w mundurach z oddolną odpornością społeczną budowaną przez Polki i Ukrainki może stać się fundamentem nowoczesnej obrony cywilnej Polski. Nie postuluję zastępowania istniejących struktur bezpieczeństwa, tylko ich realne wzmocnienie poprzez wykorzystanie pełnego potencjału społeczeństwa.

Kobiecy filar obrony cywilnej - wielka szansa w walce z zagrożeniami

Polska ma historyczną szansę zbudować wspólny, kobiecy filar obrony cywilnej oparty na współpracy Polek i Ukrainek, funkcjonariuszek i wolontariuszek. Aby jednak ta szansa stała się rzeczywistością, państwo musi zacząć widzieć w kobietach współtwórczynie bezpieczeństwa, a nie jedynie jego zaplecze, wsparcie lub zasób „na czas kryzysu”.

Polki i Ukrainki nie konkurują ze sobą. Nie konkurują również z mężczyznami. Ich rola polega na uzupełnianiu systemu bezpieczeństwa.

Powinny być tam, gdzie klasyczne struktury państwowe nie sięgają wystarczająco szybko albo wystarczająco głęboko, np. w sferze społecznej, psychologicznej, informacyjnej i lokalnej.

Wspólnie mogą stworzyć kręgosłup nowoczesnej obrony cywilnej Polski, o ile zostaną włączone w sposób świadomy, zaplanowany i systemowy.

Pekin 1995: moment, w którym bezpieczeństwo wyszło poza koszary

Światowa Konferencja ONZ na temat Kobiet w 1995 roku była momentem przełomowym nie dlatego, że ponownie poruszono temat równości, ale dlatego, że po raz pierwszy połączono go wprost z bezpieczeństwem i pokojem. Deklaracja Pekińska i Platforma Działań uznały kobiety za aktywne uczestniczki procesów zapobiegania konfliktom, reagowania kryzysowego i ochrony ludności. Bezpieczeństwo przestało być definiowane wyłącznie przez siłę militarną, a zaczęło być postrzegane jako zdolność społeczeństwa do przetrwania, adaptacji i solidarnego działania.

Hillary Clinton na konferencji ONZ poświęconej kobietom w Pekinie, Chiny. 5.09.1995. Zdjęcie: Sharon Farmer/National Archives and Records Administration

Kilka lat później Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1325 nadała tej wizji wymiar operacyjny, zobowiązując państwa do włączania kobiet w systemy bezpieczeństwa, zarządzanie kryzysowe i odbudowę po konfliktach. Dziś, w rzeczywistości wojny w Ukrainie, zagrożeń hybrydowych i kryzysów migracyjnych, te dokumenty nie są historycznym zapisem, ale aktualną instrukcją.

Kiszyniów 2025: Pekin w praktyce

Nieprzypadkowo to właśnie Kiszyniów stał się w listopadzie 2025 roku miejscem symbolicznej konferencji „No More Missed Opportunities: Advancing Women’s Roles in Peace and Security for the Next 25 Years”, High-Level Women4Security Forum, w którym miałam zaszczyt występować w jednym z paneli,  poświęconej kobietom w bezpieczeństwie, zorganizowanej w duchu 30-lecia Deklaracji Pekińskiej i agendy Women, Peace and Security. Było to wydarzenie o roli kobiet w budowaniu odporności państwa, zarządzaniu kryzysowym i bezpieczeństwie narodowym – nie w teorii, tylko w realiach współczesnych zagrożeń Europy Wschodniej.

Kiszyniów był tu najlepszym możliwym przykładem.

Mołdawia jest dziś krajem, w którym systemem bezpieczeństwa państwa kierują kobiety. Prezydentką jest kobieta, ministrem spraw wewnętrznych również jest kobieta.

Codzienna praktyka polityczna, w której decyzje dotyczące bezpieczeństwa, odporności i stabilności zapadają z udziałem tych, które od lat funkcjonują w centrum społecznych i politycznych przemian. W kraju narażonym na presję geopolityczną, dezinformację i próby destabilizacji kobiece przywództwo nie osłabia państwa tylko je porządkuje.

Nie było lepszego miejsca na rozmowę o kobietach w bezpieczeństwie niż Mołdawia, szczególnie po zwycięstwie proeuropejskiej, demokratycznej opcji politycznej w wyborach parlamentarnych. To państwo, które świadomie buduje swoją odporność w trudnym otoczeniu międzynarodowym i jednocześnie pokazuje, że kobiece przywództwo nie jest dodatkiem do systemu bezpieczeństwa, tylko jednym z jego fundamentów.

Premier Polski Donald Tusk, prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Friedrich Merz przylecieli do Kiszyniowa, aby okazać swoje poparcie dla prezydent Mołdawii Mai Sandu na miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, 27.08.2025 r. Zdjęcie: DANIEL MIHAILESCU/AFP/East News

Idee sformułowane w Pekinie trzy dekady temu nie są abstrakcyjnym postulatem, są modelem działania, który można wdrażać tui teraz. Dla Polski to ważny punkt odniesienia. Jeśli chcemy poważnie myśleć o nowoczesnej obronie cywilnej i odporności państwa, potrzebujemy podobnej rozmowy i podobnej odwagi, by zobaczyć w kobietach nie zaplecze bezpieczeństwa, a jego współtwórczynie.

Kobiety w służbach polskich: filar bezpieczeństwa, którego wciąż nie widać

W Polsce debata o bezpieczeństwie wciąż rzadko opiera się na danych dotyczących udziału kobiet. Tymczasem liczby pokazują jasno, że kobiety są już istotną częścią systemu bezpieczeństwa państwa. Według informacji przekazanych przez rzeczników prasowych formacji podległych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz resortom MON i MSWiA, w polskich służbach bezpieczeństwa służy obecnie ponad 50 000 kobiet. W Siłach Zbrojnych RP służy około 21 000 kobiet (żołnierki zawodowe, Terytorialna Służba Wojskowa i dobrowolna zasadnicza służba wojskowa). W Policji pełni służbę około 22 000 kobiet. W Straży Granicznej – prawie 5 400 kobiet. W Służbie Ochrony Państwa – 284 kobiety. W Państwowej Straży Pożarnej jest prawie 1 350 kobiet.

To nie jest służba symboliczna, ani pomocnicza. To realna praca operacyjna, wymagająca sprawności, odporności psychicznej i gotowości do ponoszenia konsekwencji decyzji podejmowanych pod presją.

A mimo to kobiety w mundurach wciąż zbyt rzadko postrzegane są jako zasób strategiczny, który powinien współtworzyć myślenie o bezpieczeństwie, a nie tylko wykonywać polecenia w ramach istniejących struktur. 

Ukrainki w Polsce: odporność, której niewolno zmarnować

Po 2022 roku Polska stała się miejscem, w którym idea Pekinu i Rezolucji 1325 nabrała wyjątkowo konkretnego wymiaru. Setki tysięcy Ukrainek, które znalazły tu schronienie, przywiozły ze sobą doświadczenie wojny - nie abstrakcyjne, tylko przeżyte. Ich wiedza o kryzysie, ewakuacji, funkcjonowaniu w chaosie, radzeniu sobie z długotrwałym stresem i dezinformacją to kompetencje, których nie da się wykształcić w ramach klasycznych szkoleń.

Dziś Ukrainki w Polsce budują lokalne sieci wsparcia, organizują pomoc, wspierają dzieci i rodziny, stabilizują społeczności.

To jest realna, choć wciąż niedoceniana, forma obrony cywilnej. Traktowanie tego potencjału wyłącznie w kategoriach integracyjnych to strategiczny błąd. To zasób bezpieczeństwa państwa.

Odporność społeczna jako infrastruktura bezpieczeństwa

Nowoczesna obrona cywilna nie polega wyłącznie na planach, procedurach i strukturach. Polega na zdolności społeczeństwa do reagowania zanim kryzys wymknie się spod kontroli.

Odporność społeczna, psychologiczna i lokalna nie jest „miękkim dodatkiem” do bezpieczeństwa. To jest jego warstwa operacyjna. I to właśnie w tej warstwie kobiety, zarówno Polki, jak i Ukrainki, odgrywają rolę kluczową.

Organizacje pozarządowe, wolontariat i lokalne liderki już teraz wchodzą w obszar, który jeszcze kilka lat temu był domeną wyłącznie państwa. NGO-sy zaczynają szkolić mieszkańców z podstaw obrony cywilnej, reagowania kryzysowego, pierwszej pomocy, zachowania w sytuacjach zagrożenia, ewakuacji, bezpieczeństwa informacyjnego i odporności psychologicznej. Robią to szybko, elastycznie i blisko ludzi tam, gdzie formalne struktury docierają wolniej albo wcale. To nie jest działalność zastępcza wobec państwa, a realne wzmacnianie jego zdolności reagowania.

Problem polega na tym, że ta praca wciąż bywa opisywana językiem pomocy społecznej, integracji czy wsparcia humanitarnego, zamiast językiem bezpieczeństwa i odporności państwa. Tymczasem szkolenia prowadzone przez NGO, często z udziałem kobiet i Ukrainek z doświadczeniem wojennym, pełnią dokładnie tę samą funkcję, co elementy klasycznej obrony cywilnej - przygotowują społeczeństwo na kryzys, ograniczają chaos informacyjny, zmniejszają panikę i skracają czas reakcji w sytuacjach zagrożenia.

Ukraińskie kobiety  uczą się składać i rozkładać AK-47 podczas szkolenia, na którym poznają podstawy posługiwania się bronią i apteczkami bojowymi. Kijów, 16.03.2024. Zdjęcie: ROMAN PILIPEY/AFP/East News

Organizacje pozarządowe nie są alternatywą dla państwa, ani jego konkurencją. Są jego naturalnym przedłużeniem w sferze społecznej, tam gdzie bezpieczeństwo styka się z codziennym życiem obywateli. To one budują zaufanie, sieci lokalne i kompetencje, bez których żaden system zarządzania kryzysowego nie jest w stanie skutecznie działać. 

 Jeśli Polska poważnie myśli o odporności cywilnej, musi zacząć traktować NGO-sy jako część ekosystemu bezpieczeństwa i partnera operacyjnego, a nie wyłącznie wykonawcę projektów społecznych.

To właśnie w tym obszarze kobiety/ liderki organizacji, trenerki, wolontariuszki odgrywają kluczową rolę. Łączą doświadczenie praktyczne z umiejętnością pracy z ludźmi, budując fundament odporności, który nie powstaje w rozporządzeniach, tylko w relacjach i kompetencjach społecznych. Bez tego filaru nawet najlepiej zaprojektowane systemy państwowe pozostaną kruche.

Zmiana myślenia to ważny element bezpieczeństwa

Bezpieczeństwo państwa nie zaczyna się w momencie kryzysu. Zaczyna się znacznie wcześniej w tym, jak społeczeństwo rozumie własną rolę w jego budowaniu. Opinia publiczna w Polsce stoi dziś przed koniecznością zmiany myślenia o bezpieczeństwie: z wąskiego instytucjonalnego pojęcia na rozumienie zdolności współdziałania i gotowości do wspólnej odpowiedzialności.

Dopóki kobiety postrzegane są głównie jako ofiary kryzysów, osoby wymagające ochrony albo ciche zaplecze działań prowadzonych przez innych, to system bezpieczeństwa pozostaje niepełny. Takie myślenie nie tylko zubaża debatę publiczną, ale realnie osłabia zdolność państwa do reagowania na zagrożenia. Kryzysy XXI wieku nie rozgrywają się wyłącznie na poziomie militarnym, one toczą się także w sferze społecznej, informacyjnej i psychologicznej, gdzie rola kobiet jest kluczowa.

Trzeba zmienić perspektywę patrzenia na Ukrainki w Polsce. Zobaczyć razem Polki i Ukrainki jako wspólną siłę odporności państwa, bo to ma znaczenie nie tylko symboliczne, ale strategiczne.

Taka narracja zmniejszy napięcia społeczne, ograniczy uproszczone, konfliktowe opowieści o „my” i „oni” oraz zbuduje poczucie współodpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju. 

Wspólna praca kobiet, ich doświadczenie, kompetencje i codzienne zaangażowanie tworzą przestrzeń współpracy tam, gdzie łatwo pojawiają się rywalizacja lub lęk.

Wspólnota Polek i Ukrainek nie jest zagrożeniem dla spójności społecznej, tylko jest jedną z największych przewag strategicznych Polski w obszarze bezpieczeństwa i odporności cywilnej. Warunkiem jest dostrzeżenie tej wspólnoty jako zasobu, a nie problemu; uznanie jej roli w systemie bezpieczeństwa; oraz świadome włączenie jej w działania państwa, samorządów i instytucji odpowiedzialnych za ochronę ludności.

Bez zmiany społecznego myślenia nawet najlepiej zaprojektowane strategie pozostaną martwe. To, jak mówimy o bezpieczeństwie i kto jest w tej opowieści widoczny, ma bezpośredni wpływ na to, jak skutecznie będziemy reagować, gdy przyjdzie kolejny kryzys.

Naród bez odporności społecznej jest dla wroga łatwiejszym celem niż naród bez armii.

To odporność społeczna decyduje o tym, czy państwo potrafi przetrwać długotrwały kryzys, presję informacyjną, strach i chaos, zanim jeszcze uruchomione zostaną formalne mechanizmy obronne. Bez niej nawet najsilniejsze struktury wojskowe i instytucjonalne tracą skuteczność, bo bezpieczeństwo nie kończy się na granicach ani w sztabach. Ono zaczyna się w społeczeństwie.

Nowoczesna obrona cywilna wymaga współpracy funkcjonariuszek i wolontariuszek, państwa i społeczeństwa, Polek i Ukrainek.

Polska nie stoi dziś przed wyborem ideologicznym. Stoi przed wyborem strategicznym. Albo wykorzysta pełen potencjał swojego społeczeństwa, albo pozostanie przy modelu bezpieczeństwa, który odpowiada wyzwaniom wczorajszego świata.

Trzydzieści lat po Pekinie wiemy już wystarczająco dużo, by wybrać mądrzej. A jeżeli chcemy budować mądrze to bezpieczeństwo w każdym obszarze to nie możemy pomijać kobiet ani tych w mundurach, ani tych budujących odporność lokalną, społeczną i psychologiczną. To one w największym stopniu łączą państwo z codziennym życiem obywateli. Bez ich systemowego włączenia obrona cywilna pozostanie niepełna.

8
min
Julia Boguslavska
Razem lepiej
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Iryna Cilyk: Oto nasza nienormalna normalność

Czasami sobie myślę, że jeśli spojrzeć nieco z boku i z daleka na nas, Ukraińców, którzy przez wszystkie lata wojny nigdzie nie wyjeżdżali i mieszkają w Ukrainie, to może się wydawać, że wszyscy tutaj kompletnie oszaleliśmy. Prawdopodobnie w pewnym stopniu tak właśnie jest, ale z drugiej strony kto odważy się z całą pewnością stwierdzić, co w dzisiejszym świecie jest normą?

W świecie, który w procesie gwałtownej transformacji traci swoje dawne oblicze, gdzie nie można już opierać się na wyobrażeniach o Dobru i Złu, na których się wychowaliśmy, i gdzie dość trudno budować plany na przyszłość, bo jej rysy zaciera mgła całkowitej niepewności.

Aby utrzymać się na powierzchni w tak niepokojącym środowisku, trzeba być bardzo elastycznym, rezygnując z wczorajszej wiedzy i zdobywając nową. Pełną refleksję nad tymi procesami będziemy mogli przeprowadzić dopiero później. Czas wszystko poukłada na swoim miejscu, a dystans pozwoli zobaczyć cały obraz. Póki co, gdy wirujemy na tej krwawej karuzeli, gdy przed oczami migają jasne plamy i szczegóły, trzymamy się mocno naszego drewnianego konia i nazywamy to wszystko nową normalnością.

Byłam kilka dni temu u lekarza, w poradni ginekologicznej. Nagle podczas badania – scena jest zrozumiała, tu nie trzeba zbędnych wyjaśnień – rozległ się dźwięk syreny alarmowej.

Ginekolog spokojnie dokończyła to, co rozpoczęła, i dopiero potem zaczęła czytać wiadomości w swoim telefonie. „Piszą, że nadleciał MIG-31K”, mówi mi spokojnie, podczas gdy ja się ubieram, „ale raczej to nic poważnego”. O tak, raczej nic poważnego. To może być tylko kilka rosyjskich rakiet „Kindżał” lecących w kierunku Ukrainy.

A może i nie. Już dawno zmęczyło nas reagowanie na takie wyzwania. Czy kiedykolwiek wcześniej mogliśmy sobie wyobrazić takie sytuacje?

Żyję w rzeczywistości wojny już prawie 12 lat. Oczywiście, jako mieszkanka Kijowa znacznie później niż mieszkańcy regionów wschodnich i południowych weszłam w buty ludzi, którzy z własnego doświadczenia wiedzą, czym jest codzienne zagrożenie życia. Jednak dla mnie wojna rozpoczęła się jeszcze podczas Rewolucji Godności, zwłaszcza w lutym, kiedy w centrum Kijowa miały miejsce masowe rozstrzeliwania. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam dużo krwi i ran bojowych – i zdałam sobie sprawę, jak łatwo zamienić żywą, bezbronną, kruchą osobę w martwe ciało. A potem zaczęła się wojna, mój mąż został żołnierzem, ja bez końca szukałam pretekstów, żeby jeździć na wschód Ukrainy, i niektóre rzeczy w życiu tamtejszych cywilów nieustannie mnie wtedy poruszały. Teraz trudno mi sobie przypomnieć tamto moje spojrzenie na różne rzeczy, ponieważ kiedy wojna dotarła również do mojego miasta, moje postrzeganie nieodwracalnie się zmieniło.

Podczas masowych ataków setki mieszkańców Kijowa spędza noc w metrze, które służy jako ich schron przeciwbombowy, Kijów 2025. Zdjęcie: SERGEI GAPON/AFP/Eastern News

Długa wojna zmusza ludzi, którzy od lat żyją w tak dziwacznej, kontrastowej rzeczywistości, do przystosowania się do niej, normalizacji tego, co nie jest normalne, i poszukiwania własnych sposobów radzenia sobie z codziennym stresem.

Tak, wszyscy tutaj jesteśmy teraz w pewnym sensie szaleni, choć jednak różni, bo nie reagujemy jednakowo na te same bodźce. Na przykład jeśli teraz, podczas rosyjskich ataków, uparcie śpię we własnym łóżku, nawet gdy przez sen słyszę odgłosy wybuchów i rozumiem, że one są prawdziwe, to moja mama, czytając wiadomość, że coś leci w kierunku Kijowa, za każdym razem bierze materac i koc i idzie spać do najbliższej stacji metra. Tam nie jest sama – mnóstwo dorosłych i małych kijowian, a także ich domowych pupili regularnie chodzi na takie zbiorowe piżamowe imprezy i śpi razem na posadzce w metrze. Pewnie dla przybyszów z innych rzeczywistości to wszystko wygląda bardzo dziwnie, ale my już przyzwyczailiśmy się do wszystkiego.

Warto wspomnieć o humorze jako jednym ze sposobów na przeniesienie uwagi z głupiego, przytłaczającego strachu przed możliwym spotkaniem ze śmiercią na coś zabawnego, nieprzyzwoitego, ciepłego, a więc żywego. Czasami wydaje się, że podczas tych ataków wszyscy – to znaczy ci z nas, którzy nagle stają się celami w tej bezlitosnej loterii – zbyt łatwo żartujemy, poruszając się na granicy zdrowego rozsądku i własnych wyobrażeń o przyzwoitości. W chwilach oczekiwania na uderzenie rakiety media społecznościowe czasami eksplodują wesołymi wpisami i komentarzami na temat tego, kto jak śpi – w majtkach, bez majtek i tak dalej – a zatem co zobaczą ratownicy, którzy będą wyciągać nasze ciała spod gruzów. Albo ktoś dzieli się przydatnymi lifehackami: jeśli w kieszeni piżamy schowasz trochę suchej karmy, psy ratownicze szybciej będą w stanie znaleźć cię pod gruzami.

Ludzie śmieją się, umiejętnie ukrywając swoje prawdziwe uczucia. Rano ratownicy rozgarniają gruz i wydobywają ciała tych, którzy mieli mniej szczęścia niż inni...

Nasza codzienna rzeczywistość nie jest normalna, jest wręcz rażąco niezdrowa. Jednak by utrzymać się na powierzchni, psychika buduje różne taktyki obronne i czasami zmienia postrzeganie rzeczywistości, niczym w krzywym zwierciadle. Można by rozważać bardzo różne aspekty takiej zmienionej świadomości, ale chciałbym się teraz skupić na jednym - poczuciu własnego bezpieczeństwa.

Być może niektórych obcokrajowców zaskoczy takie stwierdzenie, ale wielu Ukraińców, pomimo wielowiekowej, przekraczającej pokolenia traumy braku bezpieczeństwa i obecnej wojny, z pewnością powie wam, że obecnie czują się najbezpieczniej... właśnie w Ukrainie. Ja jestem jedną z nich.

Brzmi dziwnie? Pozwólcie, że wyjaśnię. Na przykład odrywam się teraz od pisania tego tekstu, by po raz kolejny przejrzeć Facebooka i nagle natrafiam na następującą informację: „W polskim mieście Poznań doszło do napadu na parę Ukraińców w tramwaju. Powodem ataku było to, że sprawcy usłyszeli ich rozmowę w języku ukraińskim...”. Ta wiadomość przypomina mi o urlopie zeszłej jesieni. Mój mąż jest ukraińskim żołnierzem, który rzadko, tylko jeśli otrzyma wszystkie niezbędne pozwolenia, ma prawo wyjeżdżać za granicę. Jechaliśmy do odległego kraju, dokąd zaproszono nas na krótką rezydencję literacką, ale by się tam dostać, musieliśmy najpierw polecieć z Krakowa lub Warszawy, jak to niemal zawsze teraz, bo z oczywistych powodów Ukraińcy nie mogą nigdzie latać z własnego kraju. „Nie chcę jechać przez Polskę” – powiedział mi nagle mój mąż podczas planowania podróży.

„Dlaczego?”. „Nie lubią nas tam”. Zaczęłam go gorąco przekonywać, że to zniekształcony obraz widziany przez pryzmat mediów społecznościowych, ale potem zastanowiłam się: czy rzeczywiście?

Szczerze mówiąc, sama nie wiem już, jak mam się czuć w Polsce. Z jednej strony mam tam wielu dobrych przyjaciół i kolegów, a na początku inwazji Rosji na Ukrainę czułam ogromną wdzięczność wobec Polaków za ich gościnność i braterską pomoc. Ponadto, jako że moja praca wymaga nieustannych podróży zagranicznych, nieustannie jeżdżę tam i z powrotem przez Polskę i muszę powiedzieć, że jak dotąd prawie nigdy nie spotkałam się tam z negatywnym nastawieniem do siebie (no, może z wyjątkiem funkcjonariuszy straży granicznej). Ale jak mam się odnosić do tych wszystkich szalonych wiadomości, które pojawiają się raz po raz? Czy muszę teraz ściszać głos w polskich miastach, mówiąc w moim ojczystym języku? Bać się? Rozglądać się? Ważyć słowa?

Irina Ciłyk. Archiwum Prywatne

Nie, teraz już nie wiem, czy jako gość, turystka, sąsiadka i właściwie przyjaciółka tego kraju mogę nadal czuć się tam bezpiecznie. A to łamie mi serce

Albo inny przykład. Żadne, nawet najbardziej pokojowe, państwo na świecie nie może chronić mnie ani takich jak ja przed spotkaniami z Rosjanami. Być może to uogólnienie brzmi ksenofobicznie, ale ponieważ wojna Rosji przeciwko mojemu krajowi nadal trwa, mogę sobie pozwolić na szczerość i chęć uniknięcia jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi z tego kraju. Bo teraz nie mam też wewnętrznych zasobów na to, by w każdym konkretnym przypadku rozgryzać, jakie poglądy wyznają ci ludzie. Poza tym ja i inni Ukraińcy nie jesteśmy w stanie uniknąć spotkań z Rosjanami, którzy dosłownie nas zabijali.

Pewnego razu na jednym z europejskich lotnisk siedziałam obok dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach, którzy mieli plecaki wojskowe. Nagle zaczęli rozmawiać między sobą i poczułam, jak włosy stają mi dęba ze strachu, taka natychmiastowa zwierzęca reakcja na spotkanie z drapieżnikiem: ich słowa nie pozostawiały wątpliwości, że to moi wrogowie.

Rosjanie z wojskowymi plecakami, wyobrażacie sobie? Nigdy nie wiadomo, co może kryć się w każdym z nich.

Dlatego nadal najbezpieczniej czuję się tylko na terytorium Ukrainy, ponieważ jest to prawdopodobnie jedyny kraj, w którym takie spotkania są niemożliwe. A wszyscy Rosjanie, których mogę tu spotkać, to ochotnicy walczący w Siłach Zbrojnych Ukrainy lub etniczni Rosjanie, którzy są Ukraińcami – bo jesteśmy narodem politycznym, który gromadzi pod swoim dachem wszystkich, którzy chcą być jego częścią.

Przystanek transportu publicznego, przecięty odłamkami po atakach, w Kijowie na Łukjanowce, 2025 r. Zdjęcie: Irina Ciłyk

Jednak nie tylko takie rozważania sprawiają, że najlepiej czuję się we własnym kraju, mimo że trwa w nim wojna. Prawda jest również taka, że przez te wszystkie lata zdobyliśmy ogromny zasób nie tylko unikalnych umiejętności wojskowych, ale także emocjonalnego doświadczenia oporu i przetrwania. Niektóre próby, jeśli nie łamią, to hartują, a empiryczne doświadczenie daje wiedzę, której nie można zdobyć w żaden inny sposób. Dlatego też, myśląc o tym, jak pogubiona wydaje się nasza wspólna europejska przestrzeń, która często wykazuje swoją niegotowość do różnych wyzwań i nie spieszy się nawet z szybką i zdecydowaną reakcją na dziesiątki wrogich dronów mogących sparaliżować kolejne europejskie lotnisko – rozumiem, że nawet z czysto praktycznego punktu widzenia spokojniej jest mi żyć tam, gdzie ja i ludzie wokół mnie znamy zasady gry. I gdzie na wszystkie te pytania są już określone odpowiedzi.

Ktoś w moich słowach mógłby dostrzec pewną wyższość – ale nie, zapewniam was, że tak nie jest. To tylko gorycz człowieka, który musiał przedwcześnie dorosnąć.

Na liście szczególnie dotkliwych dla Ukraińców strat jednym z pierwszych punktów jest beztroska. I bez względu na to, jak bardzo chowamy się za maskami wesołych cyników, którzy potrafią obśmiewać własny ból, rozumiem, że zmieniliśmy się nieodwracalnie.

Tyle że dla przetrwania narodu i każdego człowieka z osobna to prawdopodobnie plus. Wojna zmusiła nas do bardzo szybkiej nauki, bycia elastycznymi, rozwijania wytrzymałości i produkowania o 900% więcej dronów miesięcznie niż nawet w zeszłym roku.

Nikt nie wie, co będzie dalej. Jednak ja od pewnego czasu wierzę, że wszystko jest możliwe. Nowe praktyki ludobójcze, całkowite zniszczenie światowych instytucji demokratycznych, którymi kiedyś się zachwycaliśmy, wojny nuklearne albo gwiezdne – i tak dalej. Dlatego skoro dziś jeszcze nie zostałam zabita, po prostu idę do pracy i robię, co mogę dla swojego kraju i ludzi, których kocham. I czuję się spokojniejsza, żyjąc w grupie doświadczonych preppersów, których nie paraliżują nawet setki atakujących dronów, brak prądu, wody i innych podstawowych dóbr. Ci ludzie wiedzą, jak zakładać opaski uciskowe, są wewnętrznie gotowi do działania w bardzo różnych sytuacjach kryzysowych, żartują z rzeczy, które nie są śmieszne, i potrafią organizować całe swoje życie w krótkich przerwach między blackoutami.

A poza tym, zgodnie ze swym dawnym zwyczajem, nie ufają przywódcom swojego państwa, co czasami jest całkiem niezłe. Bo gdy państwo okazuje się niegotowe na inwazję wrogów, to właśnie ludzie szybko budują złożony system wolontariatu, w jakiś cudowny sposób zwiększają swoją siłę wojskową i przekształcają się w złożony, wieloręki organizm, który walczy o swoje istnienie.

Chociaż, oczywiście, Ukraińcy wcale nie chcieli takich doświadczeń i, szczerze mówiąc, czują się tym wszystkim strasznie wyczerpani. Liczba codziennych tragedii już dawno przekroczyła skalę, którą jeszcze można było jakoś ogarnąć. Zmęczenie trudnościami życia codziennego jest chroniczne, a przy tym nieustannie rośnie napięcie w społeczeństwie: na froncie brakuje żołnierzy, szeregi najwspanialszych pasjonatów przerzedzają się, wielu poborowych nie spieszy się, by wstąpić do wojska i dać szansę zastąpienia walczących żołnierzy, w powietrzu unosi się dużo bólu, uraz, frustracji, niezadowolenia z władzy i z siebie nawzajem. Być może więc wychodzi na to, że po części kłamię, pisząc, że życie w dzisiejszej Ukrainie jest dla mnie najbardziej komfortowe.

Nie, to zdecydowanie nie jest trafne słowo. Mój wybór jest niekomfortowy. Jednak słuchając własnego serca rozumiem, że pomimo wszystkich racjonalnych powodów wymienionych powyżej, działają tu również bardzo proste motywy – po prostu chcę być blisko ludzi z mojego otoczenia w smutku i radości. I to wszystko

Pisząc te słowa, leżę skulona na kanapie i słucham ciężkiego dudnienia obrony przeciwlotniczej za oknem. W domu, zgodnie z harmonogramem, znów nie ma prądu, ale nasza choinka, podłączona do generatora, świeci w ciemności.

Myślę o jutrzejszym dniu – biorąc pod uwagę harmonogram dostaw energii elektrycznej, muszę upiec na czas świąteczny stollen, a potem pójść na urodziny do mojego przyjaciela. Ten przyjaciel zginął trzy lata temu na froncie, ale od tamtej pory świętujemy jego urodziny bez niego.

Przyjdą różni przyjaciele i ich dzieci, wszyscy będą wspominać tę barwną osobę i odważnego wojownika, będą tańczyć na jego cześć, płakać i śmiać się, dużo się śmiać.

Ten wieczór będzie kolejnym fragmentem układanki naszej nowej nienormalnej normalności. Ale jak inaczej możemy wytrwać, jeśli nie świecąc z ostatnich sił dla siebie nawzajem?

9
min
Iryna Ciłyk
Wojna w Ukrainie
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Przeszłość nie ma mocy absolutnej i można, a nawet trzeba ją zmieniać

Poproszono mnie, abym opowiedział, jak wyobrażam sobie przyszłość Polski i Ukrainy. Po doświadczeniu, które miałem zeszłej nocy i przez cały dzień dzisiejszy, jest to dla mnie wyjątkowo łatwe. Jechałem autobusem ze Lwowa do Warszawy. Podróż trwała łącznie 16 godzin, z czego aż 10 spędziliśmy na granicy. I właśnie to doświadczenie prowadzi mnie do bardzo prostej wizji przyszłości relacji między Polską a Ukrainą.

Chciałbym, aby w przyszłości z każdego dużego miasta Ukrainy do każdego dużego miasta Polski — i odwrotnie — można było dotrzeć w maksymalnie dwie–trzy godziny. To oznacza dwie zasadnicze rzeczy.

Po pierwsze: Polska i Ukraina muszą być razem w Unii Europejskiej. Po drugie: spokojne, bezpieczne niebo nad Europą powinno obejmować również Ukrainę.

Tylko wtedy nie będziemy zmuszeni podróżować godzinami autobusami, lecz będziemy mogli latać samolotami — jak równi partnerzy w tej samej przestrzeni. Wiem, że tego chcę nie tylko ja, ale miliony Polaków i Ukraińców. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w Rosji — a nawet w samej Polsce — wiele osób odbierałoby taki scenariusz jako zagrożenie. Mam też pełną świadomość, że jest to cel niezwykle trudny, wymagający ogromu pracy i czasu. Nie mam gotowych recept na wszystko, bo nie jestem ekspertem we wszystkich dziedzinach. Mogę jednak mówić o tym, na czym się znam — o historii. A moim zdaniem historia ma znaczenie. Dlatego, planując przyszłość, musimy brać pod uwagę przeszłość.

ABBA jest bohaterem narodowym Szwecji

Zacznę od osobistej historii. Około dwudziestu lat temu pracowałem nad wspólnym projektem z moim szwedzkim kolegą. Zajmowaliśmy się kapitałem społecznym na Ukrainie po upadku komunizmu. Kapitał społeczny w dużej mierze zależy od tego, jak myślimy o przeszłości — a w szczególności od tego, kim są dla nas „wielcy ludzie”: postacie historyczne, na których opiera się idea narodowa.

Otóż w przerwach między pracą zapytałem mojego kolegę: kto jest dziś głównym bohaterem narodowym Szwecji? Zajęło mu chwilę, zanim odpowiedział. To nie było dla niego łatwe pytanie. W końcu, po dłuższej pauzie i nawet trochę nieśmiało, powiedział: „Chyba ABBA”.

Spodziewałem się, że wymieni Gustawa Adolfa albo Karola XII, czy kogoś z innych wielkich szwedzkich królów. Pomyliłem się. Nie pamiętam, czy już wtedy znałem słowa Bertolta Brechta: „Nieszczęśliwy ten kraj, który potrzebuje bohaterów”. Ale w ostatnich latach coraz częściej przywołuję ten cytat, gdy mowa o relacjach między naszymi dwoma krajami, Polską i Ukrainą.

To, że Ukraina jest krajem nieszczęśliwym, nie trzeba Państwu szczególnie udowadniać. Czytają Państwo o tym codziennie w wiadomościach, widzą w telewizji albo na YouTube. Nie mija dzień, byśmy nie usłyszeli o cywilach zabitych przez rosyjskie drony i rakiety oraz o zniszczonych domach, o dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy mieszkańców żyjących bez prądu lub ciepła przez rosyjskie ataki. Najczęściej te wiadomości dotyczą miast i wsi bliższych linii frontu oraz Kijowa, który Rosjanie wybrali jako szczególny cel. Ale od czasu do czasu dzieje się to także w moim rodzinnym Lwowie, położonym głęboko na zapleczu, uważanym za jedno z najbezpieczniejszych miast do życia na Ukrainie.

Wystarczy pójść na nowy wojenny cmentarz, który nazywamy Polem Marsowym. To duży plac przylegający do Cmentarza Łyczakowskiego, dobrze znanego Polakom i Ukraińcom przez wielką liczbę pochowanych tam znanych postaci historycznych. W grudniu 2025 roku na Polu Marsowym nie pozostało  już wolnych miejsc dla poległych żołnierzy. Mój chrześniak, który zmarł 11 grudnia, został już pochowany na nowym cmentarzu.

 Nad niemal każdym grobem są dwie flagi: narodowa żółto-niebieska oraz czerwono-czarna. Ta druga flaga bywa często, choć błędnie, kojarzona z Ukraińską Powstańczą Armią, potocznie nazywaną banderowską. Bandera jest bohaterem, ale do niedawna był bohaterem bardzo problematycznym. Dzielił Ukraińców na dwa nieprzejednane obozy: tych, którzy uważali go za bohatera, i tych, którzy uważali go za bandytę. Jeśli ktoś chciał zobaczyć, jak Ukraińcy potrafią się kłócić, wystarczyło zacząć mówić o Banderze.

Jarosław Hrycak na otwarciu Fundacji Demokracja w Warszawie, 20.12.2025 r. Zdjęcie: Sławomir Kamiński\ Agencja Wyborcza.pl

Z początkiem wojny wszystko gwałtownie się zmieniło. Sondaże pokazają, że już w trzecim miesiącu wojny większość (74%) odnosiła się do Bandery pozytywnie. Stało się tak nawet na południu i wschodzie Ukrainy, wśród ludzi mówiących niemal wyłącznie po rosyjsku. Wyjaśnienie jest proste: pamięć historyczna nie jest stała, zmienia się zależnie od okoliczności, a wojna jest wielkim „game-changerem”. Z początkiem wojny przeciw Rosji Bandera stał się symbolem antyrosyjskiego oporu.

Wiem, że w Polsce myśli się inaczej. Wielu Polaków uważa, że portret Bandery wisi w domu każdego Ukraińca, a Ukraińcy szanują Banderę za to, że walczył z Polakami i mordował ich na Wołyniu. Dyskutowanie z Polakami, że tak nie jest, że większość Ukraińców nic nie wie o Wołyniu i roli Bandery, jest zajęciem jałowym. Próbowałem, wyniki były mizerne. Bezskutecznie próbowałem przekonać rozmówców, że nie jestem ukraińskim nacjonalistą. Jeden stosunkowo młody polski historyk zbudował nawet swoją karierę na krytyce moich poglądów.

Nie mam zamiaru się bronić. Żeby nie zostać źle zrozumianym, od razu powiem: choć Bandera jest bohaterem, nie jest moim bohaterem, i uważam, że Ukraińcy muszą uznać swoją winę i odpowiedzialność za Wołyń. Nie czyni mnie to zbyt popularnym w Ukrainie. Niejednokrotnie ukraińscy nacjonaliści grozili mi i domagali się od mojego uniwersytetu, by mnie zwolniono z pracy. Ale to są szczegóły. Chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy ważniejsze.

W warunkach wojny Ukraina nie jest krajem szczęśliwym. Ale można by sądzić, że Polska jest szczęśliwsza: nie ma wojny i jest pod parasolem UE iNATO. Polska gospodarka należy do dwudziestu największych gospodarek świata. To coś, o czym dwa-trzy pokolenia temu Polacy mogli tylko marzyć. A więc Polskapowinna mieć innych bohaterów niż Ukraina. A jednak tak nie jest

Diabeł, atrakcyjny uwodziciel

Kiedy przyjeżdża się do Warszawy na Dworzec Wschodni, rzuca się w oczy wielki mural z portretem Romana Dmowskiego i napisem:

„Trzeba być ‘Nowoczesnymi Polakami’ rozumiejącymi zarówno rodzącą się Nową Polskę, jak i cały mechanizm współczesnego świata”.

Dopiero później, już przez internet, dowiedziałem się, że cały Dworzec Wschodni nosi imię Romana Dmowskiego i że wybór ten nie jest przypadkowy — urodził się on w tej okolicy. Jednak dla kogoś, kto zna Dmowskiego nie z wygodnie dobranych, „przyzwoitych” cytatów, lecz z jego idei i realnych działań politycznych, taki patronat jest trudny do zaakceptowania.

Dmowski jest diabłem polskiej polityki. Nie mam na myśli, że był odrażającym potworem. Nie, wyglądał całkiem przyzwoicie i czasem mówił rzeczy rozsądne. Mówiąc o Dmowskim jako o diable, mam na myśli diabła jako atrakcyjnego uwodziciela. W końcu diabeł nie mógłby tak długo i tak skutecznie kusić tylu ludzi, gdyby nie był atrakcyjny i pociągający. Każdy naród ma kogoś takiego, kto myśli i mówi z punktu widzenia trzeźwego, narodowego egoizmu.

W przypadku Ukrainy najbliższym odpowiednikiem Dmowskiego jest Dmytro Doncow. Uznaje się go za ojca ukraińskiego nacjonalizmu — tego samego nurtu, z którego wyrósł Stepan Bandera. Rozumiem, dlaczego w czasie wojny Bandera stał się dla Ukraińców postacią ważną. Jaki czas, tacy bohaterowie. Nie rozumiem jednak, z jakiej racji Dmowski miałby stać się dziś ważny dla Polaków. Z kim właściwie Polacy walczą — albo zamierzają walczyć?

Sądząc z biografii Dmowskiego, głównym wrogiem były dla niego Niemcy. To stamtąd — a nie z Rosji — według niego płynęło zasadnicze zagrożenie. Wobec Ukrainy Dmowski postulował natomiast zachowanie neutralności. Pisał, że w razie wojny Ukrainy z Rosją Polska powinna trzymać się od niej jak najdalej, ponieważ strategicznie udział w takim konflikcie nie leży w polskim interesie.

W jego przekonaniu niepodległa Ukraina zapowiadała się jako gospodarcza i polityczna filia Niemiec. Z braku czasu pominę tu epitety, którymi Dmowski hojnie obdarzał Ukraińców i samą Ukrainę.

Nie podzielam poglądów Dmowskiego, ale w pewnym zakresie przyznaję mu rację. W przeszłości Polacy i Ukraińcy rzeczywiście walczyli ze sobą niemal tysiąc lat – jeśli za datę początkową przyjąć rok 981, kiedy, jak pisał kijowski kronikarz, „Włodzimierz poszedł na Lachów i zajął ich grody”. Przypomnę tym, którzy tego nie wiedzą: chodzi o tego samego Włodzimierza, który ochrzcił Ruś, zwanego Wielkim, którego imię noszą dziś zarówno Zełenski, jak i Putin. Czasem tę historię określa się mianem najdłuższej wojny w Europie. Rzeź wołyńska była jednym z jej najkrwawszych, lecz nie jedynym epizodem.

Tak podpowiada „diabeł historii”. Ma rację – ale tylko częściowo. Diabeł nigdy nie mówi całej prawdy, mówi jedynie jej połowę. Druga połowa polega na tym, że obok długich okresów konfliktu Polaków i Ukraińców istniały także próby pojednania. Od Wiosny Ludów w 1848 roku aż po upadek komunizmu można wskazać co najmniej sześć wielkich prób porozumienia.

Decydujące okazały się jednak wysiłki podejmowane po II wojnie światowej przez polskich i ukraińskich intelektualistów. Kluczową postacią był redaktor paryskiej „Kultury”, Jerzy Giedroyc, który już na początku lat 50. jasno sformułował tezę, że dla dobra Polski Polacy muszą uznać, iż Lwów jest miastem ukraińskim, a Wilno – litewskim.

Na tle tej długiej historii wojen i wzajemnych lęków chcę powtórzyć to, co mówię od niemal dwudziestu lat: to, co wydarzyło się w relacjach między Ukrainą a Polską po upadku komunizmu, można nazwać tylko jednym słowem — cudem. Polakom i Ukraińcom udało się pojednać.

Znaczenie tego polsko-ukraińskiego pojednania jest porównywalne z pojednaniem francusko-niemieckim.

Jeśli powojenne pojednanie Francji i Niemiec stało się kamieniem węgielnym Unii Europejskiej, to pojednanie Polski i Ukrainy może stać się fundamentem jej rozszerzenia daleko na wschód — aż do granicy ukraińsko-rosyjskiej.

Przeszłość nie ma mocy absolutnej

To rezultat tak zwanej doktryny Giedroycia. Jerzy Giedroyc stał się klasykiem polsko-ukraińskiego pojednania. A więc podzielił los innych klasyków: wszyscy teoretycznie powinni o nich wiedzieć, a jednak niewielu naprawdę o nich pamięta.

Ja natomiast chciałbym dziś mówić o innym bohaterze polsko-ukraińskiego pojednania — o Adamie Michniku. Nie mogę ręczyć za absolutną dokładność wszystkich przywoływanych historii, bo opowiadam je z pamięci, na podstawie relacji, które słyszałem od samego Adama. On sam mógłby je potwierdzić lub skorygować. Ale te opowieści pokazują coś istotnego: że przeszłość nie ma mocy absolutnej — i że można, a czasem nawet trzeba, ją reinterpretować i przekraczać.

Ojciec Adama, Ozjasz Szechter, urodził się w galicyjskiej wsi, kilkadziesiąt kilometrów od Lwowa. Jako młody człowiek został członkiem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Była to partia rzeczywiście internacjonalna — należeli do niej Ukraińcy, Polacy i Żydzi. W 1926 roku partia rozpadła się w wyniku sporów dotyczących stosunku do Stalina oraz kwestii ukraińskiej. Ukraińska część KPZU przeszła do opozycji wobec Kremla, natomiast Szechter — wraz z innymi polskimi i żydowskimi komunistami — poparł Stalina. Dwanaście lat później Stalin rozwiązał jednak partię, uznając ją za przenikniętą przez polską agenturę.

Swoją decyzję poparcia Stalina Ozjasz Szechter uważał później za największy błąd swojego życia. Powtarzał synowi, że jeśli ten kiedykolwiek wystąpi przeciwko Ukraińcom, on wstanie z grobu i go przeklnie.

W czerwcu 1989 roku „Solidarność” wygrała wybory w Polsce i przejęła władzę. Trzy miesiące później w Kijowie odbył się pierwszy zjazd „Ruchu”, który miał powtórzyć sukces Solidarności. Na tym zjeździe przemawiał Adam Michnik. Pamiętam to doskonale, bo sam byłem delegatem. Gdy pojawił się na scenie, sala przywitała go owacją.

Adam stał, unosząc trzy palce — znak ukraińskiego trójzębu — a sala dosłownie eksplodowała radością. Poczuliśmy wtedy, że nie jesteśmy sami. Że sukces Polski może stać się także naszym zwycięstwem.

Wówczas Adam Michnik powtórzył stare hasło: „Bez wolnej Ukrainy nie ma wolnej Polski”. Kremlowska prasa podała, że Michnik przyjechał do Kijowa jako delegat „Solidarności”. Adam temu zaprzeczał. Mówił, że przyjechał jako delegat swojego ojca. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po powrocie do Warszawy, była wizyta na grobie ojca. Powiedział wtedy tylko: „Tato, zrobiłem tak, jak mówiłeś”.

Adam Michnik, minister finansów Andrzej Domański oraz Jarosław Hrycak podczas otwarcia fundacji Demokracja, Warszawa, 20.12.2025.Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Ta historia ma ciąg dalszy. 1 grudnia 1991 roku w Ukrainie odbyło się referendum niepodległościowe oraz wybory pierwszego prezydenta. W nocy z 1 na 2 grudnia były lider „Solidarności”, a już wówczas nowo wybrany prezydent Polski Lech Wałęsa, a także Adam Michnik i Jacek Kuroń, nie spali. Spędzili tę noc w Pałacu Prezydenckim, czekając na ogłoszenie wyników. Chodziło im o jedno: aby niepodległa Polska była pierwszym państwem świata, które uzna niepodległą Ukrainę.

„Bali się”, że wyprzedzi ich Kanada, gdzie mieszka liczna i wpływowa diaspora ukraińska. Tak się jednak nie stało. Polska wyprzedziła Kanadę dosłownie o kilka godzin — jeśli nie minut. W każdym razie oba kraje figurują na liście państw, które jako pierwsze uznały niepodległość Ukrainy: Polska na pierwszym miejscu, Kanada na drugim.

Te historie trzeba opowiadać i powtarzać, by zrozumieć, jak daleko dziś jesteśmy od tamtego momentu — chronologicznie, geopolitycznie i ideologicznie. Polsko-ukraińskie pojednanie, które wtedy wydawało się wyryte w granicie, dziś wygląda jak zapisane w glinie. Jest zagrożone jak nigdy dotąd.

I tu wracam do metafory diabła w historii. Jak wiadomo, jest to postać żałosna — nie w tym sensie, że zasługuje na współczucie, lecz dlatego, że sam niczego nie potrafi stworzyć. Tworzyć może tylko Bóg. Diabeł potrafi jedynie psuć. A relacje polsko-ukraińskie w ostatnich latach są tego bolesną ilustracją.

Jak powiedziała kiedyś Madeleine Albright, sekretarz stanu w administracji Billa Clintona, pojednanie przypomina jazdę na rowerze: trzeba nieustannie kręcić pedałami, bo inaczej grozi upadek.

Polsko-ukraińskie pojednanie wielokrotnie znajdowało się pod presją. Wystarczy przypomnieć dyskusje wokół Cmentarza Orląt we Lwowie sprzed dwudziestu pięciu lat. Dziś nikt już o nich nie pamięta — i chwała Bogu. Wówczas jednak były jedną z głównych wiadomości dnia i realnie podważały relacje między Kijowem a Warszawą.

Znacznie trudniejsza pozostaje sprawa Wołynia. Tutaj próby pojednania nie przyniosły rezultatów. W ciągu ostatnich dwudziestu lat było ich co najmniej trzy — dwie na najwyższym szczeblu, z udziałem prezydentów obu państw, oraz jedna inicjatywa liderów społeczeństwa obywatelskiego po obu stronach. Byłem wśród jej uczestników, dlatego mogę powiedzieć z własnego doświadczenia: mam poczucie, że ani polskie, ani — tym bardziej — ukraińskie społeczeństwo nie jest dziś gotowe na prawdziwe pojednanie w sprawie Wołynia.

Wołyń pozostaje tym kamieniem u nogi, który nie pozwala nam pchać roweru do przodu i grozi, że w ogóle z niego spadniemy. Powtórzę raz jeszcze: uważam, że główna odpowiedzialność za Wołyń spada na nas, Ukraińców. Nie uważam jednak, że była to wina wyłączna. Wołyń nie wziął się znikąd. Jeśli Ukraińcy ponoszą główną winę za Wołyń, to Polacy ponoszą główną odpowiedzialność za ogólny stan relacji polsko-ukraińskich. Z bardzo prostej przyczyny: byli stroną silniejszą. Polacy mieli własne państwo, Ukraińcy go nie mieli.

Ukraiński historyk Iwan Łysiak-Rudnycki opisał politykę międzywojennej Polski wobec Ukraińców słowami napoleońskiego ministra policji Josepha Fouchégo: „To gorsze niż zbrodnia. To błąd”. Mogę to zilustrować historią mojego ojca. Był sierotą. Najbardziej dokuczało mu w dzieciństwie nieustanne poczucie głodu. Wspominał, jak do naszej wsi przyjechali Polacy z miasta i zorganizowali mecz piłkarski dla wiejskich polskich dzieci. Po meczu rozdawali im bułki z masłem. Ukraińskie dzieci stały wokół i patrzyły. Gdy polskie dzieci się najadły, zaczęły – na oczach ukraińskich dzieci – grać bułkami w piłkę, byle tylko ich nie oddać. Opowiadał też, jak grupa starszych polskich nastolatków złapała go, siłą odchyliła mu głowę i szeroko otworzyła usta, żeby sprawdzić, czy ma – jak pies – czarne podniebienie.

To nie były przypadki odosobnione. We Lwowie wielokrotnie słyszałem od starszych Ukraińców zdanie: władza radziecka była straszna, ale polska była gorsza od radzieckiej, bo radziecka zabierała tylko ciało, a polska zabierała jeszcze duszę.

Wołyń nie wziął się znikąd. Relacje między Ukraińcami a Polakami nie były relacją Hitlera z Żydami. Obie strony potrafiły być zarówno katami, jak i ofiarami. Co więcej, w Europie Wschodniej — a podejrzewam, że w Europie w ogóle — nie ma narodu, który nie nosiłby na sobie odpowiedzialności za masowe zabójstwa. Powiem teraz coś, co może się Państwu nie spodobać, a być może nawet zaszokuje: nawet Żydzi, którzy w większości byli niewinnymi ofiarami, czasem potrafili być katami. To właśnie o tym historyczna pamięć poszczególnych narodów najczęściej wstydliwie milczy.

Należę do tych historyków, którzy nie lubią historii. Co więcej — uważam, że historia jest w pewnym sensie chorobą, ponieważ jej głównym tematem — szczególnie w naszych krajach — jest przemoc. Pamięć historyczna bywa jednym z najbardziej diabolicznych narzędzi jej podtrzymywania.

Od początku wojny znam amerykańskiego pisarza i dziennikarza Davida Rieffa. Przez ostatnie trzydzieści kilka lat odwiedził on niemal wszystkie miejsca, w których toczyły się wojny. Jego zdaniem wojna rosyjsko-ukraińska różni się od większości współczesnych konfliktów tym, że wyjątkowo jasno widać w niej, kto jest sprawcą, a kto ofiarą. Jedno jednak pozostaje niezmienne: ryzyko wojny dramatycznie rośnie wtedy, gdy politycy zaczynają mówić o przeszłości. Władimir Putin jest tu przykładem klasycznym — jego argumenty uzasadniające wojnę z Ukrainą mają przede wszystkim charakter historyczny.

Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział, ale zapadło mi w pamięć zdanie, że pamięć historyczna jest najsilniejszym odczynnikiem, jaki produkuje chemia naszego mózgu. W jednych proporcjach może być lekarstwem, w innych — toksyną. Ale tak jak lekarze, którzy przecież nie kochają chorób, a mimo to zajmują się ich leczeniem, tak samo historycy nie mają wyboru: muszą zajmować się historią. Nie po to jednak, by ją uprawiać „ku pokrzepieniu serc”, lecz raczej po to, by pomóc wyrwać się z przeszłości. Nie możemy jednak wyrwać się z niej wyłącznie za pomocą racjonalnych argumentów. Zwrócę Państwa uwagę na fakt, że Robert Schuman, Konrad Adenauer i Charles de Gaulle — główni architekci francusko-niemieckiego pojednania — byli ludźmi wierzącymi, a nawet praktykującymi rzymskimi katolikami. Robert Schuman jest dziś zresztą na drodze do beatyfikacji.

Nie ma potrzeby długo przypominać w tej sali słynnego „Orędzia”, które sześćdziesiąt lat temu skierowali do siebie polscy i niemieccy biskupi: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Tę samą formułę powtórzyli później zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego Lubomyr Huzar oraz rzymskokatolicki arcybiskup metropolita lwowski Marian Jaworski — podczas aktu pojednania we Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim.

Wszystkie te przykłady pozwalają mi postawić tezę, że trwały charakter ma tylko takie pojednanie, które posiada wymiar metafizyczny. Chodzi o pojednanie nie tylko między ludźmi czy narodami, lecz także w imię czegoś wyższego — czegoś, co wynosi nas ponad nas samych, nadaje nową godność i otwiera nowe sensy.

Chrześcijaństwo służy temu w sposób szczególny, choć oczywiście nie jest jedyną możliwą drogą. Warunkiem takiego pojednania jest doświadczenie realnego, żywego zagrożenia. Rewolucja egzystencjalna wymaga kryzysu egzystencjalnego. Wielkie idee nie rodzą się w komforcie. Komfort tworzy bowiem złudzenie, że zło nie istnieje — że jest daleko, że nas nie dotyczy i nigdy nie dosięgnie. A to jest iluzja diabelska. Bo największym oszustwem diabła jest przekonanie nas, że on sam nie istnieje.

Nieprzypadkowo wszystkie kluczowe postacie zaangażowane w proces polsko-ukraińskiego pojednania to ludzie, którzy doświadczyli wojny i jej koszmaru. Jak pisał Aleksander Wat, ludzie urodzeni na początku XX wieku mogli nie wierzyć w Boga — ale znacznie trudniej, a wręcz niemożliwe było im nie wierzyć w diabła. Widzieli go bowiem na co dzień. Poza nimi istnieje jeszcze jedna grupa, która — moim zdaniem — szczególnie dobrze rozumie zagrożenia płynące z przeszłości i potrafi je rozpoznać: historycy, zwłaszcza ci, którzy zajmują się dziejami naszego regionu. Regionu, który Timothy Snyder nazwał „Skrwawionymi Ziemiami”.

Otwarcie Fundacji Demokracja w Warszawie, 20.12.2025 r. Zdjęcie: Sławomir Kamiński/Agencja Wyborcza.pl

Historia Europy: od kryzysu do kryzysu

I tu ponownie wracam do Adama Michnika. Adam jest z wykształcenia historykiem. Kiedyś spotkałem jego profesora, Antoniego Mączaka. Powiedział mi wtedy, że Adam był jego najlepszym uczniem i że szkoda, iż nie poświęcił się karierze naukowej. Ze wszystkich tekstów, które Michnik napisał, za najważniejszą uważam jego książkę Kościół. Lewica. Dialog z 1975 roku. To właśnie w niej Michnik sformułował tezę, że świecka lewica i Kościół katolicki — mimo długiej historii ideologicznej wrogości — mają wspólny interes: obronę praw człowieka i sprzeciw wobec totalitaryzmu. Wezwał wówczas lewicę do porzucenia tradycyjnego antyklerykalizmu i uznania Kościoła za sojusznika.

Wielu mu tego wówczas nie wybaczyło. A jednak ta propozycja stała się jednym z intelektualnych fundamentów narodzin „Solidarności” w 1980 roku — ruchu, który połączył robotników, inteligencję i Kościół w jeden antykomunistyczny front.

Przyznam, że o tej książce dowiedziałem się z innej — z rozmowy księdza Józefa Tischnera z Adamem Michnikiem zatytułowanej Między Panem a Plebanem. Tischner był i pozostaje jednym z moich ulubionych autorów, obok innego mojego intelektualnego mistrza — Leszka Kołakowskiego. Co ich łączy? Właśnie nacisk na metafizyczny wymiar myślenia o polityce i wspólnocie.

Co więcej, o znaczeniu tego wymiaru mówił również Václav Havel w rozmowach z Adamem Michnikiem — choć, o ile wiem, sam nie był człowiekiem wierzącym.

Havel mówił o potrzebie politycznej metafizyki, ostrzegając, że bez niej Europa jako projekt wspólnej, pokojowej przestrzeni może nie przetrwać. I to jest zagrożenie, przed którym dziś stoi Europa — a Polska jako jej część. To zła wiadomość.

Dobra wiadomość jest taka, że historia Europy porusza się od kryzysu do kryzysu. Można wręcz powiedzieć, że kryzys jest jednym z jej konstytutywnych doświadczeń. Europejskie kryzysy mają jednak jeden optymistyczny wymiar: większość z nich kończyła się rozwiązaniami, które — choć nieidealne — dawały szansę na świat, w którym dało się żyć spokojniej.

Wojna trzydziestoletnia XVII wieku zakończyła się pokojem westfalskim. Wojny napoleońskie przyniosły Europie niemal sto lat względnej stabilizacji. I wojna światowa doprowadziła do uznania prawa narodów do samostanowienia. II wojna światowa stała się impulsem do powstania zjednoczonej i pokojowej Europy. Żadne z tych rozwiązań nie było wieczne. Każde miało swój „termin ważności” — zwykle na dwa, trzy pokolenia. A potem przychodził kolejny kryzys.

Moim zdaniem wojna w Ukrainie jest właśnie takim kryzysem — kryzysem, którego Europa od dawna potrzebowała, by się zresetować. Czy Europa z tego resetu skorzysta, nie potrafię powiedzieć. Jestem jednak przekonany, że jeśli ma on się dokonać, to tylko przy wspólnym udziale Ukraińców i Polaków.

Nie łudzę się, że stanie się to łatwo. Obawiam się, że najpierw sam kryzys musi dobiec końca. Jak sami Państwo mówicie: „mądry Polak po szkodzie”. Nie sądzę zresztą, by głupota była cechą wyłącznie Polaków — każdy naród, także Ukraińcy, ma swoje problemy z rozumem. Rozum bardzo często przychodzi dopiero po doświadczeniu katastrofy. Egzystencjalna rewolucja potrzebuje egzystencjalnego kryzysu. A my właśnie w takim kryzysie się znajdujemy.

Nie wiem, jaka będzie przyszłość Ukrainy i Polski. Chciałbym jednak, aby były to dwa wielkie europejskie narody, których sojusz stanie się kamieniem węgielnym nowej Europy. I aby Ukraińcy oraz Polacy mieli wspólnego bohatera — Adama Michnika.

Być może, jak Robert Schuman, nie zostanie on katolickim świętym. Ale może stać się naszym wspólnym bohaterem. A to oznaczałoby, że potrafiliśmy pokonać przeszłość.

Oby tak się stało.

15
min
Jarosław Hrycak
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Oblewamy narodowy test przyzwoitości

Wyobraźmy sobie Londyn w 2016 roku. Metro w godzinach szczytu: duszno, tłoczno, w powietrzu wciąż unosi się napięcie po ogłoszeniu wyników referendum brexitowego. Ktoś odbiera telefon. Rozmawia po polsku. Pasażer stojący obok przygląda się uważnie. Nie z ciekawości — raczej z niechęcią. Głos w słuchawce cichnie, rozmowa przechodzi w szept, po chwili milknie zupełnie. Nikt nie krzyczy. Nikt nie reaguje wprost. Wystarcza świadomość, że wystarczy jedno słowo za dużo, by usłyszeć: „wracaj do siebie”, „tu mówi się po angielsku”. Wystarcza strach przed wyzwiskami rzuconymi półgłosem.

Dziś, niemal dekadę później, ten sam szept słychać w warszawskim tramwaju, wrocławskim autobusie, na krakowskim Rynku. Zmienił się język, zmienił się kontekst, ale mechanizm pozostał ten sam. Role też się odwróciły. Tym razem to Polacy są po stronie większości — tych, którzy decydują, kto „pasuje”, a kto powinien zniknąć z przestrzeni publicznej. Czasem kończy się na spojrzeniu. Coraz częściej — na słowach, wyzwiskach, przemocy.
A Ukrainki już nawet nie szepczą. One po prostu przestają się odzywać.

W ten sposób zafundowaliśmy im powtórkę z własnej emigracyjnej traumy — tyle że w wersji jeszcze bardziej okrutnej. I znacznie trudniejszej do moralnego usprawiedliwienia.

Zimny prysznic z Excela

W cieniu narastającej agresji — zarówno tej ulicznej, jak i internetowej — Polski Instytut Ekonomiczny (PIE) opublikował raport, który powinien zadziałać na polską klasę polityczną jak kubeł lodowatej wody. Dokument zatytułowany „Integracja imigrantów z Ukrainy na tle planów dotyczących pobytu w Polsce” rozprawia się z mitem, którym karmimy się od trzech lat: mitem o wdzięcznej masie ludzi, która zostanie z nami na zawsze, wypełniając lukę demograficzną wyłącznie dlatego, że Polska udzieliła jej schronienia.

Dane są bezlitosne. Instytut szacuje, że około 650 tysięcy pracujących imigrantów z Ukrainy nie pozostanie na polskim rynku pracy. To tak, jakby z mapy kraju nagle zniknął cały Wrocław

Badacze PIE dokonali wiwisekcji ukraińskiej diaspory, dzieląc ją na cztery plemiona. To rozróżnienie jest kluczowe, by zrozumieć, kogo tracimy. Najliczniejszą grupę, stanowiącą niemal 40 proc., nazwano „Gośćmi”. To głównie mężczyźni wykonujący proste prace fizyczne. Przybyli po wybuchu pełnoskalowej wojny, pracują ciężko, ale ich walizki stoją przy drzwiach. Druga grupa to „Podróżniczki” (30 proc.) – młode kobiety, zatrudnione w usługach, handlu czy edukacji. Są otwarte, ciekawe świata, ale Polskę traktują jak poczekalnię. Dopiero na szarym końcu mamy „Osadników” (15 proc.) – tych, o których walczy każde starzejące się społeczeństwo Europy. To specjaliści, inżynierowie, ludzie, którzy zapuścili korzenie. Ale nawet oni zaczynają się wahać.

Raport wskazuje na zjawisko, które dla wielu jest szokujące: sukces ekonomiczny nie gwarantuje pozostania. Można mieć pracę, płacić ZUS, wynajmować mieszkanie i jednocześnie każdego dnia planować wyjazd. Dlaczego? Bo człowiek potrzebuje czegoś więcej niż przelewu na konto dziesiątego dnia miesiąca. Potrzebuje pewności, że jest u siebie. A Polska robi wszystko, by im tę pewność odebrać.

Ukrainka podczas obchodów Bożego Narodzenia w Warszawie, 2023 r. Zdjęcie: WOJTEK RADWANSKI/AFP/East News

Walizka z wyboru, plecak z konieczności

Tu docieramy do sedna problemu, którego nie obejmują statystyki i sondaże. Próbujemy przykładać polską miarę emigracji zarobkowej do ukraińskiego uchodźstwa wojennego. To fundamentalny błąd poznawczy i moralny.

Jest jedna, gigantyczna różnica, o której wygodnie zapominamy, narzekając na „roszczeniowych Ukraińców”. Polak w Luton, Dublinie czy Dortmundzie był tam z wyboru. Wyjechał, bo chciał nowego samochodu, remontu łazienki albo po prostu godziwego życia, którego ojczyzna mu nie dała. To była komfortowa sytuacja. Wiedział, że jeśli mu się nie uda, jeśli majster go oszuka albo sąsiad obrazi, może spakować walizkę, wsiąść w tanie linie i wrócić do bezpiecznego domu w Radomiu czy Suwałkach. Nikt mu tego domu nie burzył. Jego rodzice spali spokojnie, a nie w piwnicy.

Ukrainka, którą mijasz na ulicy, tego luksusu nie ma. Ona nie uciekła do Polski, bo skusiły ją wyższe zarobki. Uciekła, bo na jej blok spadały ruskie rakiety. W panicznym pośpiechu wrzucała do plecaka dokumenty, leki i jedną zmianę bielizny, trzymając za rękę przerażone dziecko. Nie planowała tej podróży. Jej powrót nie zależy od kaprysu czy uzbierania na wkład własny, tylko od tego, czy linia frontu nie przesunie się o kolejne kilometry w głąb jej kraju.

Dlatego agresja, której Polacy doświadczali na Zachodzie – choć bolesna i niesprawiedliwa – była wrogością wobec konkurencji ekonomicznej. Brytyjczyk bał się, że Polak zabierze mu pracę i zaniży stawki. My, atakując Ukraińców, kopiemy ofiary wojny, które straciły wszystko. To nie jest „obrona narodowa” ani walka o rynek pracy. To zwykła podłość wobec ludzi, którzy ledwo uszli z życiem. Kiedy krzyczysz na kogoś, kto przyjechał zabrać ci etat, jesteś ksenofobem. Kiedy krzyczysz na kogoś, kto uciekł przed bombardowaniem, tracisz ludzki odruch.

Szkolny poligon nienawiści

Raport PIE eufemistycznie wspomina o „pogorszeniu klimatu społecznego”. Za tym urzędniczym zwrotem kryją się ludzkie dramaty, które rozgrywają się tuż obok nas. Największą klęskę ponosimy w szkołach.

Wyobraź sobie dziecko, które jeszcze trzy lata temu uczyło się tabliczki mnożenia w Charkowie, przerywając lekcje ucieczkami do schronu. Teraz to dziecko siedzi w polskiej ławce. Tęskni za domem, za ojcem, który być może jest na froncie. I to dziecko słyszy od rówieśnika – a co gorsza, czasem widzi przyzwolenie nauczyciela – wyzwiska od „banderowców”.

To słowo-pałka. Dziecko nie zna historii Wołynia, nie rozumie czym dla Polaków było UPA, i dlaczego w Polsce oznacza co innego. Rozumie tylko, że jest nienawidzone za to, kim jest. Wraca do domu z płaczem. Matka, widząc to, podejmuje decyzję. Żadne 800 plus, żaden darmowy podręcznik nie zatrzyma jej w kraju, w którym jej dziecko jest systemowo szczute. Pakuje te same walizki, z którymi przyjechała, i rusza dalej na Zachód. Tam nikt nie będzie jej dziecka pytał o historię sprzed 80 lat. Będzie po prostu uchodźcą, a nie „historycznym wrogiem”.

W tle tej narastającej wrogości tkwi ponury paradoks, który powinien zawstydzić każdego „prawdziwego patriotę” buczącego na ukraińską flagę.

W tym samym momencie, gdy w polskim tramwaju ktoś każe Ukraince „wracać do siebie”, jej mąż, brat albo ojciec siedzi w błotnistym okopie pod Kupiańskiem, Pokrowskiem czy Czasiw Jarem. Codziennie ryzykuje życiem. Walczy o swój kraj, to jasne. Ale walczy też o to, by rosyjskie czołgi nie stanęły na linii Bugu. Jego walka daje nam czas. On trzyma gardę także za nas. My w zamian plujemy na jego żonę w sklepie i wyzywamy jego dziecko w szkole.

To specyficzny rodzaj zdrady sojuszniczej – cios w plecy zadawany rodzinom tych, którzy osłaniają naszą wschodnią flankę własnymi ciałami.

Wróćmy do danych. Co zatrzymałoby te 650 tysięcy ludzi? Politycy przerzucają się pomysłami na zasiłki, licytują się, komu zabrać, a komu dać. Tymczasem Ukraińcy w badaniach PIE mówią jasno: nie chcemy waszych pieniędzy.

Na szczycie listy czynników zachęcających do pozostania (prawie 9 punktów w 10-stopniowej skali) jest stabilność prawa pobytowego. Łatwość przedłużenia dokumentów. Uznanie dyplomu. Pewność, że jutro urzędnik nie cofnie pieczątki. Dostępność świadczeń socjalnych? Jest na szarym końcu, z wynikiem ledwo 6 punktów. To policzek dla populistycznej narracji o Ukraińcach żerujących na polskim socjalu. Ci ludzie chcą pracować, chcą żyć normalnie i wiedzieć, na czym stoją. Chcą domu, a nie hotelu robotniczego, z którego w każdej chwili można zostać eksmitowanym.

Zostaniemy z własną trucizną

Na koniec warto przeprowadzić pewien eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie scenariusz, o którym marzą internetowi hejterzy i polityczni handlarze strachem. Wojna się kończy. Granice otwierają się na oścież. Ostatni pociąg relacji Warszawa-Kijów odjeżdża, zabierając „Gości”, „Podróżniczki” i „Osadników”.

Zostajemy sami. Polska wraca do swojej etnicznej „czystości”. Czy wtedy odetchniemy z ulgą?

Ta nienawiść, która sączy się dziś z ekranów, ma swoje konkretne twarze. To nie jest anonimowa siła przyrody. To prezydent Nawrocki, który buduje swój majestat na demonstracyjnym dąsaniu się na Kijów. To Grzegorz Braun, który „stopuje ukrainizację”, i Sławomir Mentzen, który z zimnym kalkulatorem w ręku wylicza, czy pomoc sąsiadowi się opłaca. To cała reszta samozwańczych „prawdziwych Polaków”, którzy swoją tożsamość budują wyłącznie na tym, kogo akurat nienawidzą. Oni rozkręcili maszynę, której nie da się wyłączyć jednym przyciskiem.

Oksana Zabużko, ukraińska pisarka, widzi naszą rzeczywistość ostrzej niż my sami. Stawia pytanie, które powinno zmrozić każdego, kto dziś klaszcze Konfederacji:

„Wyobraźmy sobie, że wojna się skończy, wyobraźmy sobie nawet, że wszyscy Ukraińcy wyjadą, wrócą do siebie. To ta nienawiść, to zło zostanie z wami. I co z nim zrobicie?”

To jest najgorsza diagnoza. Zło, które politycy wlewają nam do głów, a my wylewamy potem w tramwajach, nie zniknie wraz z wyjazdem ostatniego uchodźcy. Będziemy gryźć się nawzajem jeszcze mocniej, szukać zdrajców i odszczepieńców we własnym domu. Ta nienawiść wrośnie w naszą tkankę. I to my, a nie oni, będziemy musieli z tą trucizną żyć.

6
min
Jerzy Wójcik
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Партнерський проєкт
Video
Foto
Podcast

Ukrainka za kierownicą warszawskiej taksówki klasy biznes. Jak znalazłam wolność tam, gdzie się nie spodziewałam

„Razem lepiej” to opowieść o tym, jak Polacy i Ukraińcy codziennie współtworzą nową wspólnotę — w pracy, sąsiedztwie, kulturze i życiu społecznym. Chcemy przełamywać stereotypy i walczyć dezinformacją. Pokazać jak solidarność, współpraca i wzajemne zaufanie budują odporność społeczną. Że siła państwa zaczyna się od ludzi, którzy wiedzą, że mogą na siebie liczyć. Cykl powstaje we współpracy z partnerem strategicznym – Fundacją PZU.

„Może nam pani pomóc?” – słyszę z tylnego siedzenia głos ciężarnej pasażerki. Obok niej siedzi jej mąż, właśnie wyszli z USG, ale jeszcze nie znają płci przyszłego dziecka. W rękach dziewczyna trzyma zamkniętą kopertę. Moim zadaniem jest zajrzeć do koperty, przeczytać, jakiej płci jest dziecko, przekazać informację sprzedawczyni kwiatów i odebrać od niej odpowiedni bukiet. Już po 10 minutach podekscytowana para rozdziera papier, w który jest zapakowany bukiet, widzi chmurę niebieskich hortensji, krzyczą z radości, a ja mam ciary. Po dwóch córeczkach marzyli o chłopcu! Przez cały dzień po tym wydarzeniu uśmiecham się za kierownicą mojego Mercedesa, rozumiejąc, że moja praca to nie tylko przewóz z punktu A do punktu B. To dotknięcie ludzkich losów.‍

100 przejazdów do komfortu‍

Moja droga do zawodu rozpoczęła się od tego, że mój były mąż zostawił mi Mercedesa klasy E i podsunął pomysł: „Spróbuj pracować jako taksówkarka, póki dzieci są w przedszkolu i szkole”. Pomyślałam, że to nie taki zły pomysł — otrzymywać pieniądze na kartę po każdym dniu pracy. Tym bardziej, że długo nie mogłam znaleźć stałej pracy z umową, ponieważ mój młodszy syn ma autyzm, chodzi do przedszkola terapeutycznego i mamy bardzo specyficzny harmonogram.

Zaczęłam się dowiadywać. Okazało się, że Uber nie ma oficjalnego biura w Warszawie, są za to firmy partnerskie, które współpracują z tą firmą i to z nimi podpisuje się umowę. Równolegle można zarejestrować się również w taksówkach Bolt i Free Now. Zazwyczaj taksówkarze pracują na zasadzie zlecenia: płacisz podatki, Twoja rodzina ma dostęp do opieki medycznej.

Mój pomysł, aby od początku pracować w klasie biznesowej i zarabiać więcej niż w klasie ekonomicznej, nie powiódł się. Okazało się, że aby zostać kierowcą kategorii Black i Comfort, nie wystarczy mieć samochód klasy premium. Trzeba wykonać 100 przejazdów w klasie ekonomicznej, uzyskać dobrą ocenę (nie niższą niż 4,85) i dopiero wtedy będzie to możliwe.

Na początku takie zadanie wydaje się niezwykle trudne.

Szczególnie trudno jest przyjmować nowe zamówienia podczas przewożenia pasażera. Trzeba bowiem patrzeć na drogę, nawigację i system. Ale tak jest tylko w pierwszych dniach. Potem się przyzwyczajasz. Pojawia się „refleks drogowy”.

Niedawno zaostrzono wymagania wobec kierowców taksówek oraz standardy bezpieczeństwa pasażerów. Jeśli wcześniej można było zostać taksówkarzem w Warszawie w ciągu zaledwie kilku dni, dziś proces weryfikacji trwa miesiąc. Kierowca musi przejść test IQ, testy psychologiczne oraz rozmowę kwalifikacyjną, podczas której zadaje się szereg pytań mających ocenić jego stabilność psychiczną. Wystarczy jedna skarga pasażera dotycząca bezpieczeństwa albo zarzut molestowania czy przemocy, aby operator natychmiast i bez wyjaśnień zablokował konto. Aby udowodnić, że czegoś się nie zrobiło, warto mieć w samochodzie wideorejestrator.

Ale oto kursy są już „wyjeżdżone”, ocena spełnia wymagania i pozwalają mi przejść na nowy poziom przewozów. Kupuję więc kilka identycznych białych koszul. W końcu teraz stanowisko zobowiązuje.

Pierwsze randki w taksówce

Osobiście zawsze zamawiam taksówkę w klasie ekonomicznej. Szkoda mi pieniędzy na przejazdy „biznesowe”. Ale tych, którzy nie żałują, jest całkiem sporo. Z usług taxi biznes najczęściej korzystają kobiety — ze względów bezpieczeństwa. A także chłopcy, którzy zamawiają taksówkę dla dziewczyn poznanych na Tinderze. Spotykają je pod domem i w eleganckim aucie jadą do kina lub restauracji. Po drodze, rzecz jasna, młodzi żywo rozmawiają, a ja mimowolnie słyszę ich dialogi.

Kiedyś wiozłam parę: ona — lwowianka, on — Rosjanin, który wiele lat temu wyjechał do Warszawy. Ze mną rozmawiał po polsku, a z nią… po ukraińsku. Z rozmowy zrozumiałam, że uczy się ukraińskiego, bo inaczej ona nie chce się z nim spotykać.

„Widzisz? A mówiłeś, że nie dasz rady” — uśmiechnęła się do niego dziewczyna. — „Ale za ciebie wyjdę dopiero wtedy, gdy spalisz swój paszport i trzy razy krzykniesz «Sława Ukrajini!» przed waszą ambasadą”.

Jak Polacy traktują kierowców z Ukrainy?

Jest dużo lepiej, niż myślałam. Polacy często zamawiają przejazdy w klasie „comfort” lub „business”. To około 40% moich pasażerów. To właśnie Polacy najczęściej komplementują samochód — bardzo lubią mercedesy. Często zostawiają napiwki: 5–20 złotych. Gdy płacą gotówką, drobnych z reszty zazwyczaj nie zabierają.

Bo są i tacy, którzy wymagają reszty co do grosza. Nawet gdy wiozę kogoś na lotnisko, pędzę, bo się spóźnia, licznik pokazuje 52,20 zł, a ja muszę wydać resztę ze stu — jeśli mam tylko pięćdziesiątkę, niektórzy cudzoziemcy proszą, żebym pojechała rozmienić pieniądze. Oczywiście w takich sytuacjach ustępuję. I trochę się dziwię.

Pewnego razu wiozłam Polaka, który przez całą drogę zasypywał mnie komplementami. Powiedział też, że Ukrainki przetrwają nawet wojnę nuklearną, bo zawsze wiedzą, co robić i jak odnaleźć się w nowych warunkach.

Z moich obserwacji wynika, że klasą business jeżdżą głównie pasażerowie dobrze nastawieni, otwarci na świat. Natomiast w taksówkach ekonomicznych często trafia się zupełnie innych ludzi. Zdarzało się, że ktoś wyrywał mi kierownicę, mówił, gdzie mam jechać, albo rzucał niemiłe komentarze.

Kiedyś wiozłam z lotniska polskiego pilota — klasą business — i trochę się zgubiłam, bo nawigacja źle mnie poprowadziła. Wiem, że pasażerowie bardzo tego nie lubią, więc przygotowałam się na uwagę albo awanturę. Tymczasem mężczyzna nagle się uśmiechnął i powiedział:

„Pokażę pani, jak jechać. Szkoda, że ja swoich pasażerów nie mogę zapytać o drogę”.

Jedna co budzi nieporozumienia to parkowanie. Tu Polacy są zasadniczy. „Unia Europejska, trzeba żyć zgodnie z zasadami” — słyszę, gdy zatrzymuję się na minutę przy garażach.

A poza tym Polacy uwielbiają wesołą muzykę. I odkryłam, że proszą o… Wierkę Serdiuczkę! Uważają ją za najlepszą ukraińską muzykę.

Osobna kategoria pasażerów — Amerykanie i Brytyjczycy.

‍
Prawie wszyscy są zachwyceni Warszawą. Podziwiają jedzenie, czystość miasta, dostępne i czyste taksówki oraz świetny transport publiczny. „Tutaj można spokojnie chodzić wieczorem w każdej dzielnicy, jeździć taksówką i nikt was nie pobije ani nie okradnie! — mówi mi mieszkaniec Detroit. — U nas mogą strzelać na ulicy, a strach o życie staje się z czasem czymś normalnym. Doceniajcie to, co macie”.

Bezpieczeństwo w taksówce

Kiedyś udało mi się załatwić opiekę dla dzieci i mogłam pracować w nocy z piątku na sobotę. W pobliżu klubu do samochodu wsiadło dwóch pijanych mężczyzn. Trzymali w rękach butelkę szampana i wyglądali całkiem spokojnie. Jechaliśmy 110 km/h autostradą, gdy nagle usłyszałam strzał i coś uderzyło mnie w szyję. Pierwsza myśl: strzelają, nie zdążę nacisnąć przycisku bezpieczeństwa. Ale okazało się, że to korek od szampana, który mężczyźni postanowili wypić w samochodzie. Nie zdążyłam się otrząsnąć i zareagować, a jeden z nich wsunął mi sto dolarów. Było widać, że sami się przestraszyli. Przepraszali, dziękowali, że nie wypuściłam kierownicy ze strachu.

Przycisk bezpieczeństwa jest zainstalowany w aplikacji. Nie korzystałam jeszcze z tej opcji, bo opracowałam dla siebie własny system bezpieczeństwa:

  • jeżdżę tylko po bezpiecznych dzielnicach i miejscach. Na przykład nie przyjmuję zleceń do starej Pragi, do domów przy lesie. Staram się pracować w centrum, na Wilanowie, Mokotowie;
  • mogę odmówić bardzo pijanym pasażerom;
  • mam w samochodzie gaz pieprzowy i tracker GPS, do którego dostęp mają moi bliscy. W samochodzie znajduje się również przycisk SOS, za pomocą którego można wezwać pomoc i zablokować podstawowe funkcje samochodu.

Ile zarabia i wydaje taksówkarz?

W taksówkach klasy komfortowej i biznesowej można zarobić do 3-4 tysięcy euro miesięcznie, a w klasie ekonomicznej – do 3 tysięcy euro. Ale pod warunkiem, że pracujesz 12 godzin dziennie bez dni wolnych. Największy popyt na taksówki jest w nocy z piątku na sobotę, kiedy ludzie odpoczywają i relaksują się.

Osobiście nie mam możliwości tak pracować, ponieważ sama wychowuję dzieci i szukałam w taksówce przede wszystkim elastycznego grafiku. Jeśli dzieci chorują, nie pracuję i nic nie zarabiam. Pracując od rana do 13.00 i sporadycznie wieczorem, mogę zarobić około tysiąca euro miesięcznie. Nawiasem mówiąc, rozwinęło mi się już skrzywienie zawodowe: jedziesz gdzieś z przyjaciółmi lub wozisz dzieci, a w myślach liczysz, ile mogłabyś zarobić na tej trasie w tym czasie.

Zarobki:

· Średni rachunek: 25-30 złotych (przejazd do 5 km).

· Mój rekord: 120 złotych (na lotnisko Chopina podczas huraganu. Do Modlina będzie drożej).

· Zarobki godzinowe: 50-70 złotych/godzina.

· Zarobki tygodniowe (60 godzin): około 3000-3500 zł.

Wydatki tygodniowe:

· Paliwo (olej napędowy): 400 zł.

· Prowizja dla pracodawcy: 170 zł.

· Parking: 75 zł.

· Ubezpieczenie: 150 zł.

· Łączne wydatki: ~800 zł.

Ile zostaje "na rękę"? Pracując 60 godzin tygodniowo (czyli 10-12 godzin dziennie, w tym weekendy), „na rękę” otrzymuję około 2 200 zł. To może dawać nawet 9 tysięcy zł miesięcznie (~2000-2200 euro).

Taksówka to nie jest praca moich marzeń. To nerwowa, fizyczna robota. Ale dla mnie — mamy dziecka ze specjalnymi potrzebami — to ratunek. To elastyczny grafik, możliwość bycia główną podporą dla swoich dzieci. A kiedy syn potrzebuje nowych butów, mogę jutro trochę pojeździć i pojutrze je kupić. Jeszcze niedawno nie wierzyłabym, że mogę tak o tym mówić. Kiedyś uważałam tę pracę za poniżającą. Dziś wiem, że godność nie tkwi w nazwie zawodu, lecz w tym, jak go wykonujesz i jaką wolność ci daje. Niby wieziesz klientów, a w rzeczywistości znajdujesz własną drogę. I to jest — najbardziej wartościowa podróż.

7
min
Julia Ladnova
Historie uchodźców
true
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Jaka jest prowizja za Ukrainę

Dyplomacja pistoletu przy skroni

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow kolejny raz postawił sprawę jasno: Kreml użyje siły w odpowiedzi na "wszelkie wrogie kroki". Do tego worka wrzucił potencjalne rozmieszczenie europejskich wojsk na Ukrainie i przejęcie zamrożonych aktywów. Wtórował mu Aleksiej Czepa z Dumy, grożąc bezpośrednimi atakami na europejskich żołnierzy. Te groźby padają w momencie, gdy Kijów, Waszyngton i Bruksela dyskutują o gwarancjach bezpieczeństwa.

Trump i jego wysłannicy traktują wojnę jak spór biznesowy. Zakładają, że każdy ma cenę, i że dobiją targu. Kreml widzi to inaczej

Dla Putina jakiekolwiek gwarancje dla Ukrainy – czy to NATO, czy umowy dwustronne – są nie do przyjęcia. Moskwa prewencyjnie torpeduje każdą inicjatywę, która zostawiłaby Ukrainie choćby cień suwerenności.

Widać to po reakcji na propozycję wyborczą Wołodymyra Zełenskiego. Prezydent Ukrainy 9 grudnia zadeklarował gotowość do wyborów w ciągu 60–90 dni, jeśli Zachód zapewni bezpieczeństwo. Kreml natychmiast to odrzucił. Pieskow i Zacharowa oskarżyli Zełenskiego o cynizm i utratę suwerenności. Rodion Mirosznik nazwał to "aroganckim blefem".

Rosja odrzuca wybory na Ukrainie. Rosja chce mianować namiestnika. Wiktor Medwedczuk, człowiek Putina, wprost wezwał 10 grudnia do siłowego usunięcia władz w Kijowie. To kończy dyskusję o szukaniu kompromisu. Kreml uzna władzę w Kijowie tylko wtedy, gdy przyjedzie ona w rosyjskim transporterze opancerzonym.

Energetyczna pętla

Energetyka pokazuje, ile warte są te rozmowy. Zełenski zaproponował "rozejm energetyczny": Ukraina nie tyka rosyjskich rafinerii, Rosja nie tyka ukraińskich elektrowni. Odpowiedź Pieskowa była krótka: Rosja "pracuje nad pokojem". W języku Kremla oznacza to dalsze niszczenie infrastruktury.

Rosyjskie dowództwo uderza co 7–10 dni, by systematycznie dewastować sieć przed szczytem zimy. Cel: katastrofa humanitarna, bunt lub ucieczka ludności. Rosyjscy blogerzy wojenni domagają się całkowitego zniszczenia ukraińskiej energetyki. To łamanie kręgosłupa, a nie negocjacje. Kiriłł Dmitrijew z rosyjskiego funduszu inwestycyjnego oskarża Zachód o próbę "oszukania" Rosji propozycją rozejmu. Moskwa uważa, że wygrywa i nie da ofierze czasu na oddech.

Infiltracja zamiast podboju

Na froncie to samo. Rosjanie twierdzą, że zdobyli Pokrowsk, ale ISW ocenia, że miasto się broni. Ukraińcy trzymają północno-zachodnią część. Rosyjska taktyka jednak się zmieniła. Zamiast wielkich uderzeń pancernych – infiltracja. Małe grupy piechoty wchodzą w ruiny Myrnohradu, zajmują piwnice, przenikają linie.

W rejonie Hulajpola i Siewierska trwają zacięte walki. Rosjanie ponoszą ogromne straty, ale pełzną do przodu. Kijów wciąż potrafi gryźć. Atak dronów morskich Sea Baby na tankowiec DASHAN 10 grudnia to cios w rosyjską "flotę cieni". Statek wiózł ropę za 60 milionów dolarów. Ukraina, mimo braku wsparcia, prowadzi skuteczną wojnę gospodarczą.

Nowe zagrożenie rośnie w Naddniestrzu. Wywiad ukraiński (GUR) donosi o mobilizacji i produkcji dronów w separatystycznym regionie.

Odesa staje się celem. Kreml buduje narrację o "rosyjskiej Odesie" i szykuje dywersję na tyłach. Putin patrzy na mapę całościowo – interesuje go odcięcie Ukrainy od morza

Prowizja od zdrady

Działania administracji USA i jej nieformalnych doradców wyglądają na cyniczną grę. Steven Witkoff i Jared Kushner nie są dyplomatami. To biznesmeni. Patrzą na Ukrainę jak na aktywo do upłynnienia lub przejęcia.

W tle "misji pokojowych" toczy się inna gra. Amerykański biznes, ludzie Trumpa, liczą zyski. Odbudowa Ukrainy to kontrakty, ale prawdziwa kasa leży w Rosji. Metale ziem rzadkich, tytan, uran, rynki zbytu.

Rodzina Trumpa widzi w końcu wojny szansę na powrót do handlu z Moskwą

A swoją drogą ciekawe, jaka jest prowizja od poddania Ukrainy, przyszłości NATO i USA. Ile procent i jak to liczą? Witkoff jeździ do Moskwy ustalić cenę, za którą Ameryka odwróci wzrok. Putin zna tę cenę i wie, że jest niska. Widzi desperację Waszyngtonu, by zamknąć temat przed świętami. Dlatego podbija stawkę. Trump potrzebuje sukcesu wizerunkowego. a Putin terytorium i kontroli, i zwycięstwa za wszelką cenę której sam przecież nie placi. Kreml ma przewagę cierpliwości, i cyniczna bezwzględność.

Europa w paraliżu

Europa, teoretyczny gwarant bezpieczeństwa, stoi w paraliżu. Zbrojenia zderzają się ze strachem przed "eskalacją". Groźby Ławrowa i Czepy paraliżują polityków. Dyskusja o wysłaniu wojsk czy przejęciu rosyjskich aktywów grzęźnie w biurokracji. Tymczasem Łukaszenka po cichu domyka integrację Białorusi z Rosją i 9 grudnia ratyfikuje umowę o wspólnym rynku energii. Pętla wokół Ukrainy zaciska się militarnie, energetycznie i politycznie.

Witkoff może jeździć do Moskwy jeszcze dziesięć razy. Za każdym razem usłyszy to samo. Putin nie chce części. Chce całość

A co potem? Putin się wzmocni, a pźniej zaatakuje kolejny kraj. Krwawe walki w Ukrainie będą trwały w trybie wojny partyzanckiej, okupowana, zniszczona Ukraina, a nad nią opita krwią Ukraińców i zwycięstwem morda imperalnej Rosji wyciągnie łapy po więcej. Zachód, europejski czy transatlantycki, rozbroi się w ten sposób moralnie, jeśli jeszcze cokolwiek ma do rozbrojenia, a NATO trafi na półkę zbędnych gratów polityki. Trump weźmie w łatwy sposób z Europy to, co mu pasuje, resztę odda w różnej formie Putinowi. Możliwe? Aż nadto. Nieuchronne? Niekoniecznie, to wciąż zależy od nas. Jak długo? Obawiam się, że liczyć możemy  nie w dekadach, ale latach. Krótkich.

4
min
Jerzy Wójcik
Przyszłość
Wojna w Ukrainie
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Ukraińcy w Polsce. Raport, który nie spodoba się w Moskwie

To jest ta część historii migracji, która rzadko przebija się do nagłówków, bo nie mieści się ani w opowieści o „zmęczonej Polsce”, ani w rosyjskiej fantazji o „konflikcie między narodami”. Dane, które rozczarują populistów i kremlowskich pomocników: milion ludzi z Ukrainy nie żyje tu w limbo, nie tworzy zamkniętych diaspor i nie wisi na państwowych świadczeniach. Pracują. Uczą się polskiego. Wychowują dzieci. Stają na nogi szybciej, niż ktokolwiek to przewidywał. A polsko ukraińska codzienność, ta prawdziwa, a nie internetowa i propagandowa, nie wygląda jak pole minowe.

Właśnie dlatego raport nie spodoba się w Moskwie bo przeczy wyobrażeniu, którym Kreml karmi nas od 4 lat. jakoby Polacy i Ukraińcy nie potrafili ze sobą żyć. Otóż potrafią i robią to codziennie, na masową skalę.

Migracja, która zaczęła się w lutym 2022 roku, była wydarzeniem na skalę, do której Polska nie była przygotowana. Ani mentalnie, ani instytucjonalnie, ani logistycznie. A jednak proces, który miał wyglądać jak kryzys, z każdym rokiem coraz bardziej przypomina zjawisko długotrwałe, społeczne i strukturalne.
Najnowsze badanie NBP dotyczące sytuacji życiowej i ekonomicznej migrantów z Ukrainy, oparte na kilku tysiącach wywiadów prowadzonych wiosną 2025 roku, pozwala zobaczyć ten proces w szczegółach. Nie w wyobrażeniach, lecz w danych.

W polskiej debacie rzadko podkreśla się sposób zbierania tych danych. To jedna z rzeczy, które decydują o wiarygodności wyników. Badanie prowadzono metodą wywiadów bezpośrednich, z doborem warstwowym pod względem wieku, płci, województwa i czasu pobytu. Ankieterzy rozmawiali z ludźmi w ich domach, a nie w formie ankiet internetowych. W efekcie powstał obraz przekrojowy obejmujący mieszkańców dużych miast i mniejszych miejscowości oraz osoby, które przyjechały przed wojną i te, które znalazły się w Polsce w nagłym zagrożeniu.

W ciągu niespełna czterech lat przez Polskę przewinęło się ponad 1,9 mln osób uciekających przed wojną. Około miliona mieszka tu nadal. To społeczność na tyle duża, że wpływa na demografię oraz kształt rynku pracy, edukacji i lokalnych wspólnot. Historia tej obecności nie jest opowieścią o chaosie. To opowieść o adaptacji, często trudnej, ale konsekwentnej.

Ukraińcy i Polacy przed nowym centrum wsparcia zawodowego, Warszawa, 2022. Fot.: Piotr Molecki / East News.

Najmocniej widać to w danych dotyczących pracy. Wśród osób, które przyjechały jeszcze przed 2022 rokiem, zdecydowana większość dochodów- 92%, pochodzi z zatrudnienia. Wśród uchodźców wojennych udział pracy również jest dominujący, choć niższy- 78%, co nie zaskakuje, jeśli uwzględnić różnicę w czasie pobytu i możliwość stabilizacji. Wbrew powtarzanym opiniom nie jest to populacja utrzymująca się z polskich świadczeń. Świadczenia stanowią dodatek, a nie podstawę.

Zatrudnienie rozkłada się nierównomiernie. Najwięcej osób pracuje w przemyśle, handlu, gastronomii i administracji. To sektory, które tradycyjnie wchłaniają migrantów, ponieważ mają prostą ścieżkę wejścia i duże zapotrzebowanie. Ale tu pojawia się najważniejszy wątek raportu. Jest nim ogromny dysonans między kwalifikacjami a stanowiskami pracy. Ponad 45 procent kobiet i ponad 35 procent mężczyzn ma wykształcenie wyższe. Ponad 36% uchodźców i 25% imigrantów przedwojennych oceniło, że pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Do Polski trafiła populacja dobrze wykształcona, często z doświadczeniem zawodowym w sektorach, które w Polsce wymagają formalnych uprawnień, takich jak zdrowie, edukacja, administracja publiczna czy niektóre zawody techniczne.

Uznawalność dyplomów i kwalifikacji działa powoli, a część profesji nadal pozostaje zamknięta dla osób spoza Unii Europejskiej. W konsekwencji wielu migrantów pracuje poniżej swoich kompetencji.
To tłumaczy różnicę w wynagrodzeniach. Mediana zarobków migrantów wynosi około 4,4 tysiąca złotych netto. Mediana zarobków Polaków przekracza 5,3 tysiąca. Różnica jest znacząca, ale raport pokazuje, że stopniowo się zmniejsza wraz z długością pobytu. Stabilizacja zawodowa jest procesem, nie skokiem.

Zmiana struktury zawodowej także jest widoczna. Coraz więcej osób przebranżawia się, zwłaszcza w kierunku zawodów technicznych i usługowych. Branża IT, choć najlepiej płatna, pozostaje stosunkowo trudna do wejścia dla migrantów wojennych. Powodem nie jest brak kompetencji, lecz brak czasu i zasobów, które są konieczne do wielomiesięcznej nauki lub certyfikacji.

Język jest drugim filarem integracji. Wiosną 2025 roku 63% ankietowanych deklarowała co najmniej dobrą znajomość polskiego. Jedynie niewielki odsetek, głównie osoby starsze, przyznał brak znajomości języka. Proces uczenia się nie wynikał z odgórnych programów. Był efektem codziennego życia: pracy, szkoły, kontaktów rodzinnych, sąsiedzkich i urzędowych. Dane pokazują zależność, która jest niemal podręcznikowa. Im młodszy migrant i im dłuższy pobyt, tym lepsza znajomość języka.

Ale sama znajomość języka nie jest jedynym kryterium integracji. Bardzo wymowny jest wskaźnik dotyczący relacji społecznych.

Aż 73 procent migrantów deklaruje, że ma wśród Polaków osobę, do której może zwrócić się o pomoc lub poradę. Wśród osób mieszkających w Polsce przed wojną odsetek wynosi 81 procent. To relacje oparte na zaufaniu. Nie grzecznościowe, lecz funkcjonalne i praktyczne.

Warto dodać coś, czego nie pokażą żadne tabele.

Relacje Polaków i Ukraińców w realnym życiu, w pracy, domach, szkołach, przychodniach i na osiedlach, są bez porównania lepsze niż obraz, który powstaje w internecie.

Gdybyśmy oceniali te relacje wyłącznie przez pryzmat cyfrowego szumu, kampanii rosyjskich trolli, medialnych uproszczeń i politycznego grania kartą antyukraińską, otrzymalibyśmy obraz katastrofy. W bezpośrednich kontaktach nie ma temperatury z komentarzy, nie ma agresji i stereotypowych ról. Jest codzienność, która w większości przypadków wygląda spokojniej i normalniej niż cyfrowa imitacja.

Kontakt bezpośredni odgrywa tu kluczową rolę. Relacje polsko ukraińskie są najsilniejsze tam, gdzie ludzie mijają się codziennie: w pracy, w szkole dzieci, na klatce schodowej, w kolejce do pediatry, w świetlicy.
Polska nie posiada dużych gett migracyjnych, dlatego życie Ukraińców jest naturalnie rozproszone. To sprzyja kontaktom i powstawaniu polsko ukraińskich grup sąsiedzkich, rodzicielskich i zawodowych. Ta codzienność wyjaśnia, dlaczego dane o relacjach społecznych wyglądają tak, a nie inaczej.

W rzeczywistości Ukraińcy i Polacy porozumiewają się znacznie lepiej, niż mogłoby się wydawać na podstawie internetu. Fot.: Shutterstock.

Nie oznacza to jednak braku napięć. Raport wskazuje obszary, w których system jest niedostosowany do rzeczywistości. Najbardziej obciążone pozostają edukacja, ochrona zdrowia i opieka psychologiczna. Duża liczba dzieci migranckich w szkołach wymaga zasobów i kompetencji, których systemowi często brakuje. Podobnie jest z ochroną zdrowia. Różnice językowe, brak tłumaczy i obciążenie poradni prowadzą do spiętrzeń. Nie są to jednak konflikty międzygrupowe. To problemy wynikające ze skali i niewydolności instytucji.

Najbardziej złożone są deklaracje dotyczące przyszłości. W 2025 roku rośnie grupa osób, które rozważają pozostanie w Polsce na stałe. Nie oznacza to gwarancji, ale wyraźnie pokazuje kierunek. Najczęściej powtarzane powody to stabilna praca, edukacja dzieci, znajomość języka i brak możliwości powrotu do miejsc zniszczonych lub zagrożonych. Tylko niewielki odsetek planuje szybki powrót. I zawsze uzależnia go od sytuacji bezpieczeństwa.

W danych widać także asymetrię postaw. Ukraińcy oceniają relacje z Polakami lepiej niż Polacy relacje z Ukraińcami. Badacze znają ten efekt z innych krajów. Grupa przyjmowana częściej ocenia grupę przyjmującą korzystniej, ponieważ jej codzienność zależy od bezpośrednich kontaktów, a nie od narracji politycznych czy medialnych.

Te dane ekonomiczne, językowe i społeczne przecinają większość stereotypów. Migranci z Ukrainy nie tworzą osobnych światów. W dużej mierze uczestniczą w polskiej codzienności: w pracy, szkole, na osiedlach i w instytucjach. Integrują się poprzez relacje, język i regularny kontakt. To nie jest opowieść o dwóch równoległych społeczeństwach. To opowieść o jednym społeczeństwie w procesie zmiany.

Dla Polski oznacza to trwałą przebudowę struktury społecznej.

Migracja wojenna przekształciła się w migrację osiedleńczą. Ukraińcy w najbliższych latach będą jednym z filarów rynku pracy.

Nie tylko w sektorach nisko płatnych, lecz także w zawodach specjalistycznych, o ile system uzna ich kompetencje i da im przestrzeń do awansu. To będzie test dla instytucji. Chodzi o uznawalność kwalifikacji, reformę edukacji, politykę mieszkaniową i zdolność do długofalowego planowania. Jeśli państwo potraktuje tę sytuację poważnie, migracja stanie się impulsem modernizacyjnym. Jeśli nie, przyniesie marnotrawstwo zasobów.

Dla Ukrainy obecność tak dużej części społeczeństwa w Polsce jest zarazem stratą i szansą. Migracja młodych, wykształconych i aktywnych zawodowo osłabia kraj w chwili, gdy będzie go najbardziej potrzebował do odbudowy. Jednocześnie rośnie diaspora, która może stać się jednym z najważniejszych zasobów państwa. To sieć kompetencji, kontaktów i doświadczeń europejskich, która w przyszłości może mieć wpływ na gospodarkę, kulturę i politykę.

Raport pokazuje więc nie tylko sytuację migrantów ale  kierunek zmiany i obraz codzienności, która, choć cicha, buduje fundament przyszłych relacji polsko ukraińskich. Nie jest to opowieść o nieuchronnym kryzysie, ale o wspólnej rzeczywistości w której się odnajdujemy lepiej niżby niektórzy nam życzyli.

6
min
Jerzy Wójcik
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Duch Anchorage

Rosyjscy urzędnicy, którzy w ostatnich tygodniach komentują wysiłki pokojowe administracji Donalda Trumpa, nie zapominają podkreślić, że rosyjsko-amerykański dialog dotyczący warunków zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej musi odpowiadać „duchowi Anchorage”.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne. W końcu podczas amerykańsko-rosyjskiego szczytu na Alasce nie udało się osiągnąć żadnych porozumień, a nawet zakończył się on przedwcześnie... Tak, Donald Trump próbował później określić swoje spotkanie z Putinem jako sukces, ale wydaje się, że poza nim nikt w Stanach Zjednoczonych tak nie uważał. No i Trump nigdy nie pokazał żadnych konkretów tego sukcesu. Więc jaki to duch?

Ale Rosjanie mają rację. Właśnie wtedy nastąpił prawdziwy przełom w amerykańskim stanowisku.

Jeśli przed spotkaniem z Putinem Trump nadal opowiadał się za zawieszeniem broni i dalszym procesem pokojowym, to po Alasce prawie ostatecznie utwierdził się w idei podpisania porozumienia pokojowego, czyli negocjacji w czasie wojny.

A to właśnie pomysł Putina. Putin nadal liczy, że dzięki pokojowym negocjacjom i demonstrowaniu własnego pokojowego nastawienia „kupi czas” na kontynuację wojny mającej na celu zniszczenie i okupację nowych ukraińskich ziem. Dlatego plan pokojowy Trumpa odpowiada rosyjskiemu prezydentowi nie treścią, ale samym faktem swojego istnienia.

Logika jest taka, że najpierw trzeba uzgodnić warunki pokoju, a zawieszenie broni ma stanąć się częścią tych uzgodnień. Ponieważ zgodnie z tą logiką „dyplomacja wahadłowa” posłańców Trumpa może trwać dowolnie długo, długie negocjacje to z Rosjanami, to z Ukraińcami mogą trwać miesiącami – a wojna będzie trwała nadal. Tak, można powiedzieć, że Trump jest właśnie zainteresowany tym, aby wojna zakończyła się jak najszybciej – przynajmniej z punktu widzenia możliwości zdobycia upragnionej Nagrody Nobla.

Ale jeśli Putin nie zamierza szybko dojść do porozumienia, Trump będzie po prostu zmuszony zaakceptować jego tempo.

Amerykański prezydent po kolejnym marszu kawalerii w kierunku pokojowego rozwiązania ponownie przyznał, że nie ma żadnych ostatecznych terminów. Czy nie jest to właśnie to, do czego dąży Putin?

A kiedy zaczynamy omawiać szczegóły planu pokojowego, zmiany do niego, „sprawiedliwą” lub „niesprawiedliwą” treść tych lub innych artykułów ewentualnego porozumienia, w rzeczywistości wpadamy w kolejną pułapkę Putina. Ponieważ wszystkie rozmowy o sprawiedliwości lub niesprawiedliwości powinny odbywać się po zawieszeniu broni, a nie w czasie działań wojennych. Bo negocjacje pokojowe w czasie działań wojennych to nie negocjacje, a presja agresora na ofiarę i gra na czas w nadziei, że uda się uniknąć nowych sankcji. I wydaje się, że Trump doskonale to rozumiał od samego początku i właśnie dlatego zaproponował Putinowi zawieszenie broni. Dlaczego więc amerykański prezydent zmienił swoje podejście?

Być może dlatego, że uznał, iż i tak nie uda ci się zmusić Putina do szybkiego zawieszenia broni, a jeśli zgodzi się on na pokojowe negocjacje, czyli pójdzie na rękę rosyjskiemu prezydentowi, to pojawi się szansa zarówno na zawieszenie broni, jak i zakończenie wojny. Jednocześnie. Ale Trump nie docenia Putina. Dla rosyjskiego prezydenta każdy krok w kierunku przeciwnika jest porażką tego przeciwnika, którego teraz trzeba tylko docisnąć.

A teraz Putin nie tylko gra na czas, ale także przebiera się w mundur wojskowy i grozi „wojną do ostatniego Ukraińca”, a nawet gotowością do wojny w Europie.

Wcześniej rosyjski prezydent nie wypowiadał tak zuchwałych oświadczeń, ale wcześniej też amerykański prezydent nie szedł mu na rękę w kwestii konsekwentnych kroków w procesie zakończenia wojny.

To właśnie jest w rzeczywistości „duch Anchorage”.

3
min
Witalij Portnikow
Wojna w Ukrainie
Геополітика
Przyszłość
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Moje ukraińskie Boże Narodzenie: jak zachować rodzinne tradycje

Irlandczycy, których znam, pytali mnie, jak obchodzimy Boże Narodzenie w Ukrainie - opowiada mi w 2023 roku moja pasierbica Teresa. Przez rosyjską inwazję wyjechała do Irlandii, trafiła do małego miasteczka. To było jej pierwsze Boże Narodzenie Teresy poza Ukrainą. I po raz pierwszy sama, nieprzymuszona prosiła o przepisy na kutię i postny barszcz z uszkami. Chciała ugotować przynajmniej dwie potrawy z 12 obowiązkowych, żeby choć trochę poczuć, że to święta.

Lesia Vakuliuk z mężem i pasierbicą. Zdjęcie autora

- W Irlandii święta są całkowicie zamerykanizowane - mówi Teresa. - Irlandczycy nie mają własnych kolęd, w supermarketach grają tylko Jingle Bellsy, dzieci przebierają się za elfy, a w Wigilię Irlandczycy pieką indyka. Wszystko jest tak, jak widzieliśmy w amerykańskich filmach. Kiedy opowiedziałam im o naszych obchodach Bożego Narodzenia, byli zaskoczeni, że w Wigilię mamy postne potrawy, a dania mięsne są dozwolone następnego dnia.  

Irlandia i Ukraina są bardzo podobne. Irlandczycy długo walczyli o niepodległość. Przetrwali wielki głód. Prawie zapomnieli swojego języka i dopiero teraz próbują go ożywić. A teraz, z opowieści Teresy, wiem, że całkowicie utracili swoje Boże Narodzenie.

"Namocz suszone grzyby, a następnie je ugotuj. W drugim garnku ugotuj kiszoną kapustę, a w trzecim  buraki" - piszę krok po kroku instrukcję przyrządzania chudego barszczu w mailu do Teresy. W rzeczywistości moja babcia nazywała go kwasem chlebowym. Podobno ze względu na lekką kwaskowatość, którą nadawał mu wywar z kiszonej kapusty. Barszcz gotuję tylko raz w roku: na Boże Narodzenie. Wraz z kutią i pampuchami jest w mojej pierwszej trójce ulubionych 12 postnych potraw.

Świąteczny stół Lesi Wakuliuk. Zdjęcie autora

Sekret jego przygotowania przekazała mi moja babcia. A ona poznała go dzięki swojej babci. Ten przepis na świąteczny kwas chlebowy ma zdecydowanie ponad sto lat. Jest niesamowicie odporny, biorąc pod uwagę to, co Ukraina i ukraińskie Boże Narodzenie przeszły w ciągu ostatniego stulecia.  

Władze radzieckie, niczym hollywoodzki Grinch, próbowały ukraść je Ukraińcom na wszelkie możliwe sposoby. W Związku nie było Boga, a zatem nie mogło być dnia jego narodzin. A jednocześnie nie mogło być wszystkich świąt Bożego Narodzenia: Wigilii, 12 potraw, Diducha, Wertepu, Kozła, Małanki i Wasyla, kolęd i szczedriwek. W ten sposób z wesołego i głośnego święta zmieniło się w święto za zamkniętymi drzwiami i zasłoniętymi oknami. W przeciwnym razie można było zostać oskarżonym o ukraiński nacjonalizm i, jeśli miało się szczęście, stracić pracę, a jeśli nie, pójść do więzienia lub zostać wysłanym do obozu. Na wsiach było nieco łatwiej zachować świąteczne tradycje, ale w miastach i miasteczkach było to ściśle kontrolowane.

- Podczas świąt Bożego Narodzenia nauczyciele musieli wieczorami patrolować ulice. Nosili specjalne czerwone opaski na rękawach i upewniali się, że żaden z uczniów nagle nie poszedł kolędować - tak moja mama wspomina swoje radzieckie dzieciństwo w małym miasteczku w zachodniej Ukrainie. Jej najbardziej żywe wspomnienie Bożego Narodzenia w Związku Radzieckim nie jest świąteczne, ani radosne. Moja babcia była nauczycielką języka ukraińskiego i literatury, a dziadek był dyrektorem Pałacu Pionierów. Jako nauczyciele musieli nie tylko uczyć swoich uczniów, jak kochać Związek Radziecki, ale także sami dawać właściwy przykład. W Wigilię w Pałacu Pionierów zawsze odbywała się zabawa taneczna dla uczniów szkół średnich. Organizowano ją właśnie tego dnia, aby dzieci nie zostawały w domu i żeby potajemnie nie pomagały rodzicom w przygotowaniu 12 potraw. Jako dyrektor Pałacu Pionierów mój dziadek musiał pilnować, by nikt nie opuścił potańcówki przed wyznaczonym czasem. Gdyby tego nie zrobił, miałby kłopoty, zarówno sam, jak jego uczniowie. Ponieważ "partia" widziała wszystko.

Moi dziadkowie mieszkali bardzo blisko Pałacu Pionierów. W domu w tym czasie babcia przygotowywała Wigilię. Oczywiście w tajemnicy. Dom wypełniały świąteczne zapachy tartego maku, pączków, sosu grzybowego, zupy... Dziadek od czasu do czasu wpadał do domu, aby pomóc w przygotowaniach. Świąteczny stół był już prawie nakryty. Wtedy ktoś zapukał do drzwi.

- Dobry wieczór, Myronie Mychajłowyczu! - słychać pytanie dobiegające z korytarza - Co to za smakowity zapach?

Razem z mamą, która była wtedy uczennicą, babcia chwyciła obrus i wyrzuciła wszystkie świąteczne potrawy do drugiego pokoju. Niespodziewanym gościem był przedstawiciel powiatowego wydziału oświaty. Kilkakrotnie wspominał o smakowitych zapachach. Dziadek próbował udawać, że wcale nie jest podekscytowany wizytą. Wyjaśnił, że właśnie zjedli obiad. Babcia wciąż patrzyła na ekran telewizora, jakby było w nim coś bardzo interesującego, coś, czego nie mogła przestać oglądać. Gościowi zaproponowano herbatę i przekąskę. Nie odmówił. Wciąż pytał, co u nich słychać, co się dzieje. Dopiero gdy dziadek powiedział, że musi wracać do Pałacu Pionierów - "bo dzieci są tam same..." - gość z sąsiedztwa poszedł z nim zobaczyć "jak się tam dzieci bawią...".

Kiedy drzwi zamknęły się za gościem, babcia łyknęłą proszek na uspokojenie. Mama wspomina, że też się trzęsła. Tymczasem świąteczny obrus zamienił się w wielką, wielokolorową plamę, a wszystkie 12 potraw zlało się w jedną. O świętach Bożego Narodzenia w tamtym roku można było zapomnieć...

Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Ukraina uzyskała niepodległość, znów można było hucznie obchodzić ukraińskie Boże Narodzenie. Kolędnicy zaczęli pukać do drzwi, a szopki wędrowały od domu do domu. Cała moja rodzina przychodziła do naszego domu na Wigilię. Jednak wiele rzeczy zostało zapomnianych. Więc mój dziadek brał skrzypce, mama siadała przy pianinie i ze śpiewnikami uczyliśmy się kolęd. Kiedy pierwszy raz poszłam do sąsiadów śpiewać kolędy, nie znałam nawet vinszevy, czyli krótkiego wierszyka z życzeniami wesołych świąt i dobrego roku.  Więc mój dziadek specjalnie napisał kilka rymowanych wierszyków z życzeniami dla mnie, małej dziewczynki:  

- Wesołych Świąt!

Chrystus się rodzi!

Chwała Ukrainie!

Ale Boże Narodzenie nie wróciło do życia na całej Ukrainie. W niektórych miejscach sowiecka machina zdołała zniszczyć to święto.

- Świętujemy Nowy Rok, to nowoczesne. Nie wierzymy w Boga, więc po co nam Boże Narodzenie - odpowiedzieli kiedyś koledzy z klasy Teresy w Kijowie, gdy przeczytała w klasie swoje wypracowanie z angielskiego. Miała opisać swoje ulubione święto. Napisała o Bożym Narodzeniu i o tym, jak systematycznie niszczono je w Ukrainie, zastępując jasełka koncertami noworocznymi, kolędy - noworocznymi porankami, świętego Mikołaja i jego anioły - Dziadkiem Mrozem i Śnieżną Panną, a 12 świątecznych potraw - oliwą, rybą laurową, kanapkami ze szprotkami i szampanem.

- To w zachodniej Ukrainie Boże Narodzenie jest głównym świętem. Nie musicie nam tego narzucać. Tutaj wszystko było inne - mówili koledzy Teresy.

Świąteczne poduszki Lesi. Zdjęcie autorki

Ale w regionie Kijowa na początku XX wieku było tak samo jak na zachodzie kraju. W zeszłym roku przygotowałam podcast o mojej ulubionej ukraińskiej książce: "Łowcy tygrysów" Ivana Bahrianego. Usiadłam więc, by przeczytać ją ponownie. Po raz trzeci. I muszę przyznać, że podczas inwazji na pełną skalę odczytałam ją na nowo. Opowiada o ukraińskim młodym intelektualiście, Hryhorim Mnohohrishnyim, który zostaje oskarżony o zdradę przez władze radzieckie i zesłany na Kołymę, jak to zrobiono ze wszystkimi "zdrajcami". Mnohosgrishny, którego jedynym grzechem jest to, że kocha Ukrainę i wszystko, co ukraińskie, próbuje dokonać niemożliwego - uciec z obozów. Podczas ucieczki przytrafiają mu się dramatyczne historie. Przypadkowo trafia do rodziny Ukraińców z regionu Kijowa, którzy od lat mieszkają na odległej, wiecznie zimnej Syberii. I tak, ponownie czytając "Łowcę tygrysów", zwróciłam uwagę na epizod, w którym Ivan Bahriany, który sam pochodzi z regionu Sumy, opisuje, jak ta rodzina obchodzi Boże Narodzenie:  

- Boże Narodzenie w domu Sirki obchodzono przestrzegając wszystkich odwiecznych obrzędów ludowych. O świcie ktoś zapukał do drzwi i zaproponował zaśpiewanie kolęd. Matka zaprosiła do domu kolędnika. Zaśpiewał dawną kolędę, której Hryhorii nigdy wcześniej nie słyszał. Stary Sirko sam kolędował, ponieważ nie było nikogo innego, kto mógłby to zrobić. Potem złożyli sobie życzenia i zasiedli do jedzenia i picia... W porze obiadowej - znowu. Wieczorem przyszli kolędnicy, Natalka i Hryćko, ubrani w piękne stare stroje. Dołączył do nich Hryhorij. Święta zaczęły się wesoło.

W powieści nie ma ani słowa o obchodach Nowego Roku. Jest za to wiele ciekawych informacji o tych, którzy naprawdę narzucili Ukraińcom sposób obchodzenia tego święta, czyli o władzy radzieckiej. "Łowca tygrysów" to książka niemal autobiograficzna, ponieważ on sam za młodu został wysłany do obozu za swoją miłość do Ukrainy i próbował z niego uciec.  

W końcu o ukraińskich świętach Bożego Narodzenia możemy przeczytać u Mikołaja Gogola. Jego opowiadanie "Noc przed Bożym Narodzeniem" zostało opublikowane na początku XIX wieku, sto lat wcześniej niż "Łowca tygrysów". I jest mało prawdopodobne, aby Gogol, który urodził się i wychował w regionie Połtawy, opisał obchody Bożego Narodzenia gdzieś na zachodniej Ukrainie. Ale władzom sowieckim zajęło zaledwie kilka dekad zakazanie wszystkiego, co ukraińskie. Setki tysięcy Ukraińców zostało zesłanych do obozów, a kilka milionów naszych rodaków zmarło z głodu.  

Boże Narodzenie z przyjaciółmi, 2020. Zdjęcie autora

Kiedy wyjechałam do pracy w Kijowie, a później zamieszkałam w Buczy, bardzo brakowało mi tego świątecznego ducha. Ze względu na harmonogram pracy nie zawsze mogłam pojechać do domu moich rodziców w Chodorowie. Dlaczego nie stworzyć świątecznego nastroju we własnym domu? Tak więc w Boże Narodzenie nasz dom w Buczy zamienił się w ul; prawosławni, greccy i rzymscy katolicy, poganie, muzułmanie i ateiści przychodzili do nas, aby śpiewać kolędy. Polacy, Żydzi, Rosjanie czy Białorusini. Byli ukraińskojęzyczni, zrusyfikowani i tacy, którzy w dorosłym życiu przeszli na ukraiński. Byli i tacy, którzy próbowali kutii po raz pierwszy w życiu i tacy, którzy nigdy nie kolędowali. Byli z nami ludzie, którzy nagle przypomnieli sobie swoje dzieciństwo, w którym "coś takiego działo się w domu mojej babci na wsi, pamiętam". Zapraszaliśmy wszystkich! Ale był jeden warunek: wpuszczaliśmy dopiero gdy zaśpiewali kolędę. A potem wszyscy razem, zarówno dzieci, jak i dorośli, siadaliśmy przy długim stole, braliśmy do ręki telefony komórkowe, sprawdzaliśmy tekst kolejnej kolędy i zaczynaliśmy śpiewać. To było prawie jak moje dzieciństwo w latach 90-tych. Tylko teraz zamiast śpiewaków były smartfony, a zamiast dziadka akompaniującego na skrzypcach i mamy na pianinie - YouTube. O dziwo, ukraińskie święta fascynowały wszystkich, którzy nas odwiedzali.

- Czy w przyszłym roku też to zrobimy? - pytali nasi goście. A my kiwaliśmy głowami twierdząco.  

Rodzina Lesi Wakuliuk z przyjaciółmi, 2021. Zdjęcie autorki

- Lesiu, jakie święta? Jakie kolędy? Nikogo to nie zainteresuje - tak zareagowała moja Teresa na pomysł, by któregoś roku zaprosić dzieci z sąsiedztwa do naszego domu i nauczyć je śpiewać kolędy. Była wtedy nastolatką. Co dziwne, do zorganizowania kolędowania dla dzieci zainspirowało mnie Halloween. Dzieci z sąsiedztwa przebrane za złe duchy biegały po naszym osiedlu, krzycząc "Cukierek albo psikus".

Dlaczego więc nie zarazić ich miłością do Bożego Narodzenia? - pomyślałam. W końcu to świetna zabawa! Kilka tygodni przed świętami napisaliśmy z mężem na grupie naszego osiedla, że możemy uczyć dzieci kolęd. Nasze osiedle zaczęli budować w 2014 roku, kiedy Rosja rozpoczęła wojnę na Ukrainie. Tak więc jego mieszkańcami były głównie rodziny, które uciekły z Krymu i Donbasu, regionów, w których obchody Bożego Narodzenia nie przetrwały represyjnych metod sowieckich.

- Ale nikt nie przyjdzie. A jeśli już, to może dwoje lub troje dzieci - jak zwykle narzekała Teresa.

- Jak przyjdzie dwójka, czy trójka dzieci nie będzie źle - odpowiedziałam.

Ale ku naszemu zaskoczeniu przyszło więcej dzieci. Dużo więcej! Opowiedziałam im o ukraińskim Bożym Narodzeniu, a one opowiedziały mi o sobie: skąd pochodzą, jak znalazły się w Buczy, co wiedzą o Bożym Narodzeniu. A potem wszyscy razem zaśpiewaliśmy:

- Hej, hej, hej! O Jezusie!

Hej, hej, hej! Bogu chwała!

Za szczęśliwą noc

Wieczna chwała Tobie.

Po kilku próbach chór młodych kolędników brzmiał świetnie! A w Wigilię zapukali do drzwi naszego mieszkania. Dzieci zrobiły świąteczną gwiazdę, niektóre miały ukraińskie szaliki, inne czapki Świętego Mikołaja. A najstarsze z nich trzymało wielki worek.

- Lesia! Lesia! Zobacz, co zrobiliśmy - są cukierki i bułeczki! I są hrywny! - wykrzykiwały jedno przez drugie.

- Czy w przyszłym roku pójdziemy kolędować? - zapytałam.

- Tak!

- I nauczymy się nowej kolędy?

— Таааак!

Wydawało mi się, że te dzieci wyglądały na jeszcze szczęśliwsze niż w Halloween. Ukraińskie Boże Narodzenie konkurowało z najpopularniejszym świętem na świecie! W następnym roku zamierzaliśmy zrobić z nimi prawdziwą ukraińską szopkę: z Herodem i Śmiercią, aniołem i diabłem, pasterzami i królami. Ale wtedy wydarzył się covid. A rok później w powietrzu czuć było napięcie przed rosyjską inwazją. Nie było czasu na kolędy... Nie wiem, jak okupacja Bucza wpłynęła na te dzieci. Nie wiem, gdzie teraz rzuciła je wojna i jak będzie wyglądało ich tegoroczne Boże Narodzenie. Chcę mieć nadzieję, że nasza wspólna kolęda pozostawiła po sobie ciepłe wspomnienie, do którego będą lgnęły, gdy pomyślą o Buczy i buczańskich świętach Bożego Narodzenia. I może kiedyś nauczą swoje dzieci kolęd, których zdążyłam je nauczyć.

Zamiast Świętego Mikołaja na drzwiach umieszcza się wizerunek kozy ze świątecznej szopki. Zdjęcie autora

Ukraińskie Boże Narodzenie żyje i ma się dobrze. Na początku XXI wieku, kiedy dopiero zaczynałam pracę jako dziennikarka, w obwodzie lwowskim było tylko kilku rzemieślników, którzy robili diduchy. Nasi przodkowie umieszczali tę ukraińską ozdobę wykonaną z kłosów zboża na rogu stołu w Wigilię Bożego Narodzenia, aby zapewnić bogaty rok. Obecnie diduchy nie są czymś egzotycznym, można je kupić w dowolnym rozmiarze i konfiguracji: na targu, w sklepie lub online.

- Byłam we Lwowie, teraz wracam do domu. Oczywiście z diduchem - napisała moja przyjaciółka z Buczy.

- W tym roku, oprócz choinki, postawię na stole diduch - powiedziała moja druga przyjaciólka.

Inwazja Rosji na pełną skalę rozbudziła zainteresowanie Ukraińców ukraińską tożsamością. Między innymi ukraińskimi świętami Bożego Narodzenia. Okazało się, że może być ono modne. Teraz, obok świątecznych obrusów z Mikołajem w czerwonym płaszczu z workiem na ramionach, sprzedawane są obręcze z ukraińskimi kolędnikami w haftowanych płaszczach i gwiazdą bożonarodzeniową. Oprócz naklejek na okna z saniami zaprzężonymi w renifery, można znaleźć naklejki z ukraińską kozą noworoczną, diabłem i aniołami.    

W tym roku już po raz trzeci Ukraińcy będą świętować Boże Narodzenie razem z resztą cywilizowanego świata. Czy ukraińskie obchody Bożego Narodzenia, które wciąż konkurują z radzieckim Nowym Rokiem, będą w stanie pokonać tak chwalone "amerykańskie" Boże Narodzenie? Czy dzieci będą teraz przychodzić siać rano 1 stycznia, tak jak robiły to w Stary Nowy Rok? Czy Ukraińcy rozproszeni po świecie przez wojnę zachowają swoje świąteczne tradycje? Pytań jest wiele...

Kiedy Teresa była uczennicą, co roku w Wigilię kłóciła się z nami, nie bardzo chcąc pomóc: "Po co te święta? Po co zadajesz sobie tyle trudu i gotujesz 12 potraw? Dlaczego zapraszacie tylu gości? Kiedy będę dorosła, na pewno nie będę obchodzić świąt tak jak wy!". A teraz Teresa jest studentką. I uchodźczynią. Z irlandzkiego kurortu, w którym znalazła się z powodu rosyjskiej inwazji, do Buczy jest kilka tysięcy kilometrów. W lokalnych supermarketach nie jest łatwo znaleźć produkty potrzebne do przygotowania ukraińskich potraw bożonarodzeniowych. Ale Teresa jest zdeterminowana, aby zrobić przynajmniej kutię i chudy barszcz z uszkami, aby poczuć świąteczną przytulność, której pozbawiła ją wojna. Dyktuję jej więc oba przepisy. W odpowiedzi otrzymuję wiadomość: - Dziękuję, Lesia! Wiesz, próbowałam wytłumaczyć Irlandczykom, czym jest kutia i jak się ją robi. Nie wiedziałam, jak przetłumaczyć słowa "makitra" i "makogin" na angielski. Powiedziałam im też, że do dziś zachowaliśmy nie tylko "Carol of the bells", czyli "Szczedryk", ale i inne kolędy. I że Irlandczycy chyba nam trochę zazdroszczą, że mimo wszystko zachowaliśmy nasze Boże Narodzenie....

‍Przepis na barszcz babci - świąteczna niespodzianka od Lesi Wakuliuk:

Umyj suszone grzyby (kilka garści) i namocz je w ciepłej wodzie przez kilka godzin. Jeśli weźmiesz mrożone (są również w porządku), nie musisz ich płukać i moczyć. Następnie gotujemy je, wyjmujemy z garnka i zostawiamy bulion, który będzie nam potrzebny.

Ugotuj kiszoną kapustę w innym rondlu. Następnie odcedź ją i wyciśnij kapustę, gdy trochę ostygnie. Przy okazji kapustę tę można następnie dusić z grzybami, dzięki czemu otrzymamy kolejne chude danie na wigilijny stół. Podobnie jak w przypadku grzybów, do barszczu potrzebujemy bulionu.

Ugotuj również dwa buraki. Wlej bulion z grzybów i kapusty do rondla. Zetrzyj ugotowane buraki na grubej tarce i dodaj trochę kaszy gryczanej, którą należy najpierw umyć. Posolić i doprawić do smaku. Ilość kaszy gryczanej zależy od tego, czy barszcz ma być gęsty, czy nie. W mojej rodzinie nie jest zbyt gęsty, ponieważ dodajemy do niego również uszka z grzybami. Wyglądają jak miniaturowe pierożki. Ciasto na nie trzeba zagnieść jak na pierogi. A nadzienie robimy z grzybów, które pozostały po przygotowaniu bulionu. W tym celu należy drobno posiekać grzyby (lub je zmiksować, ale nie do stanu płynnego), podsmażyć drobno posiekaną cebulę na złoty kolor i wszystko razem wymieszać i posolić.

Moja babcia zawsze podawała barszcz w filiżankach. Na dno wrzucała kilka ugotowanych grzybów i zalewała je barszczem. Więc robię tak samo.

Smacznego!

‍

13
min
Lesia Wakuliuk
Boże Narodzenie
Tradycje świąteczne
Rosyjska agresja
Kultura
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Kiedy zamykam oczy, widzę, jak moje koleżanki Ukrainki krzyczą razem, że chcą już wrócić do domu — i chce mi się krzyczeć z nimi

Jakieś dwa lata temu, po fali „pomocowej”, naturalnie przeszliśmy do fazy tzw. integracji.

Staraliśmy się — w imię unikania szufladkowania i podziałów — nie mówić „my i one”, i włączać Ukrainki w„normalne” życie. „Normalne” – tak jak my to rozumiemy.

Uwierzyliśmy, że jeśli pomożemy im dostać pracę, dostęp do służby zdrowia, kultury, tego i tamtego, to sprawa się zakończy, dopełni, wszystko się ułoży. Będziemy takie same.

Uwierzyliśmy, że stworzymy wspólnotę. W końcu razem pracujemy, mamy dzieci w tych samych szkołach, robimy zakupy w tych samych Biedronkach. Że mamy tak samo, że nasze emerytki mają tak samo jak te z Bachmutu, stoją w tych samych kolejkach do lekarzy, jesteśmy zespołami w pracy, koleżankami.

W tej włączającej narracji, która miała same dobre intencje, zatarło się to, że nie jesteśmy takie same. Że nie mamy tak samo. Że żyjemy diametralnie różnie.

Że one żyją na wojnie. A my — nie.

Nawet te, które mają tu dobrą pracę, może męża, może nawet lepsze życie niż tam, nie mogą wrócić do domu, boją się o bliskich. A my mamy lepiej. Więcej. Bezpieczniej.

I jakoś — z dobrych intencji, chęci likwidacji podziałów — zaczęłyśmy temu zaprzeczać.

Ale rzeczywistość jest taka, że mamy inaczej. I my, Polki, ze swoich bezpiecznych miejsc, chcemy, możemy, powinnyśmy pomagać i walczyć o nie i dla nich, bo mamy więcej i lepiej. Powinno dalej istnieć jakieś „my i one”, bo my mamy lepiej, a one gorzej.

Wiem, że to nie jest popularne i trudne do słuchania, bo one sobie radzą, zakładają firmy, biznesy, malują paznokcie, chodzą na kawę.

Ale nikt nie powinien nie móc żyć w swoim kraju. Nikt nie powinien musieć martwić się o bliskich, o swoją ukochaną łąkę; nie móc na nią wrócić, położyć się w trawie i wąchać wiatr.

Móc bezpiecznie wrócić do domu to nie powinien być żaden luksus.

Czy to nie jest tak, że niepostrzeżenie dałyśmy się przekonać, że jest inaczej? Czy nie jest tak, że my, które możemy (wdychać swój własny wiatr i swoje łąki), powinnyśmy jednak uznać tę różnicę, poczuć winy, jakie to budzi? Spróbować jakoś równoważyć tę narrację, że jesteśmy takie same? I wykorzystać ten przywilej, który mamy —bycia bezpiecznie u siebie — do tego, żeby z pozycji tych, które mają lepiej, pomagać tym, które (póki co) mają gorzej?

Trzeba o tym mówić i nie przestawać protestować przeciwko tej wojnie. Że to nie jest nasza wojna, że to mężczyźni ją rozpętali.

I kiedy zamykam oczy, widzę, jak one wszystkie krzyczą razem, że chcą już wrócić do domu — i chce mi się krzyczeć z nimi. I powinnyśmy wszystkie krzyczeć razem, nie przestawać, krzyczeć na ten bałagan, który oni robią na świecie, coraz gorszy i gorszy.

Piszę do Was, bo mam nadzieję, że będziecie miały siłę krzyczeć ze mną.

3
min
Olga Piasecka-Nieć
Лист до редакції
Polska-Ukraina
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Dwa cytaty na szali historii. List do polskich przyjaciół

Moi drodzy polscy przyjaciele,

pozwólcie mi najpierw zacytować dwa fragmenty wywiadu z Oksaną Zabużko „Linia hetmana Mazepy się zamyka” opublikowanego na stronie Sestry.eu.

Dwa cytaty na szali historii:

1. „Polscy politycy zrobili coś zupełnie niedopuszczalnego: wypuścili na wolność wirusa agresji. Polityka jako sztuka zarządzania społeczeństwem polega między innymi na tym, aby trzymać agresję społeczną w ryzach. Jeśli jednak celowo wywołujemy oburzenie społeczne i kierujemy je przeciwko konkretnym grupom, to dobrze wiemy, do czego to doprowadzi. Widzieliśmy to na przykład w Niemczech w latach 30. XX wieku”.

2. „Społeczeństwo polskie pokazało wszystkie swoje najlepsze cechy. Nikt nie musiał nikogo zachęcać, każdy robił, co mógł, i okazywało się, że było to właśnie to, czego potrzeba. Oto czym jest naród – wspólnota, która działa jak rozumna osobowość. Wzruszający, wspaniały moment historyczny, który do dziś wspominam ze łzami w oczach”.

Dla mnie, która przez trzy i pół roku mieszkałam w Warszawie, Polska pozostaje bratnią – siostrzaną. Jestem przekonana, że ci Polacy, którzy dziś agresywnie odnoszą się do Ukraińców, zgodnie z biblijnym powiedzeniem, „nie wiedzą, co czynią”. Jest to wynik działania propagandy, przede wszystkim rosyjskiej, przeciwko której działa tylko krytyczne myślenie. Części Polaków brakuje tego z powodu wpływu mediów społecznościowych, problemów życiowych, które niezmiennie pojawiają się w każdym społeczeństwie, niewystarczającego wykształcenia, osobistych niezadowoleń lub wpływu środowiska rodzinnego. Jednocześnie żadna propaganda nie ma mocy, jeśli masz własną opinię, ukształtowaną przez wykształcenie, doświadczenie, zdolność analizy i – co najważniejsze – empatię. Ale bądźmy szczerzy, w większości społeczeństw większość ludzi nie umie i, niestety, nie chce przeciwstawiać się manipulacjom. A skoro tak, należy uruchomić mechanizmy zapobiegawcze – instytucjonalne, państwowe.

Niemcy zaskakują: pomimo historycznej przeszłości, o której wspomina Oksana Zabużko, dziś większość z nich jest tolerancyjna i podchodzi ze zrozumieniem do Ukraińców, pomimo prób rosyjskiej propagandy wpływania na politykę poprzez radykalnych przedstawicieli. Niemieckie instytucje nauczyły się dość skutecznie radzić sobie z wyzwaniami związanymi z dezinformacją. W tym sensie słynna niemiecka biurokracja, ich dyscyplina i ordnung (porządek) naprawdę pomagają.

Nie mam recepty, co robić – mam tylko nadzieję, że dobro, które się czyni, przyniesie rezultaty. A także wiarę, że ludzie opamiętają się – być może w obliczu bezpośredniego zagrożenia, dzięki uświadomieniu sobie strasznego niebezpieczeństwa dla wszystkich, jak stało się to oczywiste w lutym 2022 roku. I że Polacy jako społeczeństwo, które w znacznym stopniu wierzy w Boga, ponownie przypomną sobie o wartościach pomocy i wsparcia, zakorzenionych w tradycji chrześcijańskiej. Przynajmniej raz już tak zrobili. I za to zawsze będę im wdzięczna.

Jestem wdzięczna wszystkim polskim kolegom i koleżankom, z którymi miałam przyjemność pracować. Właścicielom mieszkania, w którym mieszkaliśmy. Przypadkowym znajomym, sprzedawczyniom w sklepach itp. Miałam szczęście spotkać wspaniałych Polaków! Wykazali się mądrością i empatią.

Dla mnie to właśnie wy jesteście prawdziwą Polską. I wierzę w was, moi polscy przyjaciele!

2
min
Iryna Twerdowska
Лист до редакції
false
false
Exclusive
Video
Foto
Podcast

Kira: głosuję na Ciebie!

Kiedy jej rówieśnicy żyją na TikToku, ona założyła międzynarodowy ruch społeczny. Nie z namowy, ale dlatego, że nikt inny nie chciał się za to zabrać.

Jej podróż zaczęła się w 2014 roku, kiedy przyjechała z Krymu. Miała zaledwie osiem lat i w jej rodzinnym miasteczku właśnie kończył się ten bezpieczny świat, jaki znała. Aneksja, strach, ucieczka. Dla małej dziewczynki to nie była geopolityka, lecz nagła utrata wszystkiego, co oczywiste: domu, szkoły, języka. Trafiła do Warszawy – miasta, które zawsze przyciąga, ale rzadko przytula.

Dziś, mając niespełna dwadzieścia lat, stała się twarzą pokolenia dorastającego w chaosie. Między wojną a pokojem, między viralem na TikToku a mądrą przemową na TEDx. Jest założycielką Fundacji Latających Plecaczków, pomysłodawczynią Międzynarodowego Dnia Plecaka, studentką psychologii i potrafi zbudować sprawną organizację działającą po obu stronach granicy.

Wszystko zaczęło się od prostej dziecięcej intuicji: świat można zmieniać, zaczynając od małych, codziennych rzeczy. Plecak stał się dla niej symbolem – podróży, nauki, wymiany, zwykłej, ludzkiej solidarności. Ruch, który stworzyła, łączy uczniów i nauczycieli. To brzmi naiwnie tylko dla tych, którzy nigdy nie widzieli na własne oczy, że taka wspólnota potrafi zdziałać cuda.

Kira w wywiadach mówi opowiada o piętnastu budzikach nastawianych każdego ranka, o odpisywaniu na maile w zatłoczonym metrze, o tym, że produktywność to nie talent, ale upór. Łączy w sobie etos starych działaczy  – wiarę, że po prostu trzeba robić – z nowoczesną umiejętnością budowania narracji, która trafia do jej pokolenia.

Dla niej „być Ukrainką w Polsce” to codzienna praktyka. Gdy mówiła o ucieczce z Krymu, podsumowała to z chłodną dojrzałością: „Po prostu trzeba było zacząć od nowa. Nie wiedziałam wtedy, co to emigracja. Dziś wiem, że to proces, który nigdy się nie kończy”. Tę dojrzałość słychać w jej wystąpieniach.

Kiedy nominowano ją do tytułu „Warszawianki Roku 2025”, w Internecie zawrzało. Nie dlatego, że zrobiła coś kontrowersyjnego – wręcz przeciwnie. Stała się lustrem, w którym część Polaków zobaczyła własny lęk przed odmiennością.

Fala hejtu, która zalała media społecznościowe, ujawniła mroczną stronę społeczeństwa, które jeszcze niedawno szczyciło się solidarnością

Kira nie odpowiedziała gniewem. Po prostu dalej robi swoje. Nie wdaje się w jałowe spory o to, kto jest „prawdziwą warszawianką”, bo wie, że przynależność mierzy się czynami, nie metryką urodzenia.

Jej ruch trwa: szkoły wymieniają się doświadczeniami, dzieci uczą się mówić o swoich emocjach, a wolontariusze dostarczają plecaki z pomocą tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. To nie jest kampania wizerunkowa, to cicha praca codziennego, drobnego dobra.

Kira nie jest „influencerką dobra”, tylko osobą, która działa jak oddycha. Jej aktywizm nie wynika z podręcznikowej ideologii, ale z empatii. Wie, że granice państw są zbyt sztywne na ludzką wrażliwość. Że pojęcie „domu” można rozszerzyć. I że solidarność jest codziennym wyborem ludzi, którzy chcą widzieć drugiego człowieka po drugiej stronie.

Jest sumieniem Warszawy: młodym, upartym, czasem zmęczonym, ale wciąż głęboko wierzącym, że przyszłość to nie nagroda, tylko odpowiedzialność.

Kiro, ja też nie jestem stąd, ale tak jak Ty – jestem u siebie. Głowa do góry, głosuję na Ciebie.

3
min
Jerzy Wójcik
Юні і талановиті
Polska-Ukraina
false
false
1
Następne
1 / 16
Jarosław Hrycak
Olga Piasecka-Nieć
Agnieszka Deja
DEMAGOG
Edwin Bendyk
Adam Wajrak
Diana Balynska
Anastasija Bereza
Julia Boguslavska
Oksana Zabużko
Timothy Snyder
Sofia Czeliak
New Eastern Europe
Darka Gorowa
Ілонна Немцева
Олександр Гресь
Tereza Sajczuk
Iryna Desiatnikowa
Wachtang Kebuładze
Iwona Reichardt
Melania Krych
Tetiana Stakhiwska
Emma Poper
Aldona Hartwińska
Artem Czech
Hanna Hnatenko-Szabaldina
Maria Bruni
Natalia Buszkowska
Tim Mak
Lilia Kuzniecowa
Jędrzej Dudkiewicz
Jaryna Matwiiw
Wiktor Szlinczak
Dwutygodnik
Aleksandra Szyłło
Chrystyna Parubij
Natalia Karapata
Jędrzej Pawlicki
Roland Freudenstein
Project Syndicate
Marcin Terlik
Polska Agencja Prasowa
Zaborona
Sławomir Sierakowski
Oleg Katkow
Lesia Litwinowa
Iwan Kyryczewski
Irena Tymotiewycz
Odile Renaud-Basso
Kristalina Georgiewa
Nadia Calvino
Kaja Puto
Anna J. Dudek
Ołeksandr Hołubow
Jarosław Pidhora-Gwiazdowski
Hanna Malar
Paweł Bobolowicz
Nina Kuriata
Anna Ciomyk
Irena Grudzińska-Gross
Maria Cipciura
Tetiana Pastuszenko
Marina Daniluk-Jarmolajewa
Karolina Baca-Pogorzelska
Oksana Gonczaruk
Larysa Poprocka
Julia Szipunowa
Robert Siewiorek
Anastasija Nowicka
Śniżana Czerniuk
Maryna Stepanenko
Oleksandra Novosel
Tatusia Bo
Anastasija Żuk
Olena Bondarenko
Julia Malejewa
Tetiana Wygowska
Iryna Skosar
Larysa Krupina
Irena De Lusto
Anastazja Bobkowa
Paweł Klimkin
Iryna Kasjanowa
Anastazja Kanarska
Jewhen Magda
Kateryna Tryfonenko
Wira Biczuja
Joanna Mosiej
Natalia Delieva
Daria Gorska
Iryna Rybińska
Anna Lisko
Anna Stachowiak
Maria Burmaka
Jerzy Wójcik
Oksana Bieliakowa
Ivanna Klympush-Tsintsadze
Anna Łodygina
Sofia Vorobei
Kateryna Kopanieva

Wesprzyj Sestry

Zmiana nie zaczyna się kiedyś. Zaczyna się teraz – od Ciebie. Wspierając Sestry, jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.

Wpłać dotację
  • YouTube icon
Napisz do redakcji

redakcja@sestry.eu

Dołącz do newslettera

Otrzymuj najważniejsze informacje, czytaj inspirujące historie i bądź zawsze na bieżąco!

Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.
Ⓒ Media Liberation Fund 2022
Strona wykonana przez
Polityka prywatności• Polityka plików cookie • Preferencje dotyczące plików cookie