Zostań naszym Patronem
Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.
W Polsce obrazy te uznawano za zaginioną „wschodnią kolekcję” i nie liczono na to, że kiedykolwiek znów je zobaczą. Kilka stuleci temu nieznany kupiec wiózł je konnym powozem przez całe Imperium Rosyjskie, by pewnego dnia trafiły do petersburskiego „Pasażu”.
Jak potoczyły się losy wszystkich płócien z kolekcji ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego — nie wiadomo. Jednak kilka obrazów kupili i ocalili dla świata znani ukraińscy mecenasi, Bohdan i Warwara Chanenkowie.
Wystawa 38 obrazów i artefaktów zatytułowana „Gabinet sztuki europejskiej”, przywieziona z Narodowego Muzeum Sztuki, na początku roku podbiła Warszawę i wywołała wśród muzealników Zamku Królewskiego prawdziwy kulturowy szok. Wśród dzieł sztuki, po raz pierwszy sprowadzonych do Polski, warszawscy badacze odnaleźli rzadkie perły: „Widok z wodospadem” Jeana-Baptiste’a Pillementa oraz jedną z części kwadryptyku „Bachus i Ariadna” nieznanego artysty — dzieła, które niegdyś zdobiły królewskie wnętrza.
Perełką wystawy okazało się płótno „Portret Stanisława Augusta w stroju Henryka IV” autorstwa Élisabeth Vigée Le Brun. Ten obraz z kolekcji ostatniego króla Polski jeszcze do niedawna także uchodził za zaginiony.
O nieoczekiwanych znaleziskach i odkryciach w świecie muzeów, o przechowywaniu sztuki w czasie wojny oraz o zawłaszczaniu przez Rosjan cudzych dzieł sztuki rozmawiamy z Ołeną Żywkową — zastępczynią dyrektora generalnego ds. pracy naukowo-badawczej w Muzeum Bohdana i Warwary Chanenków, kuratorką i opiekunką europejskiego malarstwa od V do XIX wieku, która zajmuje się sprowadzaniem do Ukrainy utraconych obrazów.
Sztuka dziś potrzebuje schronienia
W roku pełnoskalowej inwazji Muzeum Chanenków znalazło się pod ostrzałem i zostało uszkodzone. Wiadomo, że obecnie obrazy z kolekcji ukraińskich mecenasów Chanenków są zabezpieczone i ukryte przed ludzkim wzrokiem, a jednocześnie muzeum działa. Czym dziś się Państwo zajmują, jak przyciągają Państwo odwiedzających?
Obrazy z Muzeum Chanenków są zakonserwowane, zabezpieczone i przechowywane w tajnym miejscu.
Niestety dziś w Ukrainie żaden magazyn nie jest w pełni ubezpieczony od uderzeń, dlatego intensywnie pracujemy nad tym, aby jak najwięcej dzieł z różnych części naszej kolekcji trafiło na wystawy, projekty badawcze lub konserwatorskie za granicą. W ten sposób staramy się ochronić naszą kolekcję.
Samo muzeum to wspaniała XIX-wieczna rezydencja, którą małżeństwo Chanenków zbudowało specjalnie dla swojej kolekcji. Każda sala w historycznym budynku nr 15 przy ulicy Tereszczenkowskiej w Kijowie jest zaaranżowana jak sala pałacowa — w stylu gotyckim, barokowym, renesansowym i rokoko. To zabytek architektury z pięknie ukształtowanym wnętrzem, które przyciąga odwiedzających.
Mimo wojny muzeum działa: pracownicy oprowadzają po salach, a chętnych nie brakuje. I wydaje się, że teraz, kiedy eksponaty zostały zdjęte, sam budynek widać nawet znacznie lepiej — jego urok i tajemnice.
W naszych salach odbywają się wystawy współczesnych artystów oraz prywatnych kolekcjonerów, którzy chcą pokazać dzieła ze swoich zbiorów w naszym wnętrzu. Pod dachem muzeum dzieje się wiele wydarzeń kulturalnych i kulturoznawczych. Nikt nie siedzi bez pracy.

Obrazy z Muzeum Chanenków można dziś zobaczyć we francuskim Luwrze oraz na wystawach w Polsce i na Litwie. Czy można powiedzieć, ile kolekcji i obrazów „podróżuje” teraz po Europie, a tym samym jest chronionych przed rosyjskimi uderzeniami i zniszczeniem?
Pełnoskalowa wojna to być może nie najlepsza okazja do organizowania wystaw, ale dotąd nasze muzeum niewiele podróżowało. Na różne ekspozycje jeździły jedynie pojedyncze obiekty. Teraz mamy możliwość nie ukrywać naszej kolekcji, lecz szerzej pokazać ją światu.
Dzieł, które znajdują się obecnie poza Ukrainą, jest dużo. Wystawy pełnią nie tylko funkcję ochronną — co jest dla nas najważniejsze — lecz także funkcję reprezentacyjną.
Jednocześnie wiele obrazów pozostało w magazynach, które zorganizowaliśmy w Ukrainie.
Pracownicy Zamku Królewskiego w Warszawie zaproponowali, że przyjmą u siebie obrazy z Muzeum Chanenków po tym, jak budynek ucierpiał w wyniku ostrzału. Kto jeszcze wam pomaga?
Największą pomoc okazały muzea w Wilnie. To one jako pierwsze zgodziły się przyjąć nasze obrazy.
Oczywiście także francuski Luwr, który otworzył wystawę jednych z najbardziej znanych i najcenniejszych naszych eksponatów. Chodzi o cztery bizantyjskie antropomorficzne ikony. Pochodzą one z klasztoru św. Katarzyny w Egipcie i są datowane na VI–VII wiek: „Święci Sergiusz i Bachus”, „Święty Jan Chrzciciel”, „Bogurodzica z Dzieciątkiem” oraz „Święci Platon i Glykeria”.
Pracownicy Luwru wzięli pod opiekę wszystko, co wiąże się z malarstwem bizantyjskim, które wywarło bardzo duży wpływ na sztukę Europy Zachodniej.
Atrybucja jak śledztwo
Podczas dwóch wojen światowych wywieziono lub bez śladu zniknęły tysiące cennych obrazów. Coś jednak udawało się odzyskać. Na przykład w Warszawie widziałam obraz „Kochankowie” („Syn marnotrawny z nierządnicą”) francuskiego malarza Pierre’a Louisa Goudrota, który zaginął podczas II wojny światowej. W 2020 roku dzieło odnaleziono na aukcji Doyle w Nowym Jorku i zwrócono Ukrainie. Czy są jeszcze jakieś tropy dotyczące zaginionych płócien?
Poszukiwania to żmudna praca. Po II wojnie światowej Niemcy leżały w ruinach, więc dzieła wywożone przez nazistów najczęściej trafiały nie do muzeów, lecz na aukcje i do handlu antykwarycznego.
Poza tym w Niemczech działa federalny program, który bardzo dokładnie bada pochodzenie wszystkich dzieł, jakie po wojnie trafiły do niemieckich muzeów. Program jest otwarty, uczestniczy w nim ogromna liczba specjalistów. I można powiedzieć, że w niemieckich muzeach naszych obrazów jednak nie ma.
Codziennie przeglądamy dosłownie tony literatury, na różnych aukcjach wypatrujemy obrazów, ustalamy, gdzie jeszcze mogą znajdować się płótna z Muzeum Chanenków. Bo jakimi drogami wędrowały po całym świecie — wie tylko Bóg.
Istniała wersja, że dzieła z kolekcji Chanenków i kilku innych ukraińskich muzeów zostały zniszczone pod Królewcem, w pałacu Wildenhof — rzekomo spłonęły w ogromnym pożarze. Jednak fakt, że znaleźliśmy kilka prac, które miały być w tej partii, i zwróciliśmy je do muzeum, świadczy o tym, że pożar został upozorowany. I teraz nadal, jedna po drugiej, wyławiamy te obrazy wśród antykwariatów.
Z ostatnich rzeczy, które udało mi się odnaleźć, jest dzieło Dirka van Delena — holenderskiego mistrza — znajdujące się obecnie w jednym z muzeów miejskich we Francji. Najprawdopodobniej trafiło tam z rynku antykwarycznego, a francuscy muzealnicy nie wiedzieli, że pochodzi z naszej kolekcji. Zebraliśmy już pełny pakiet dokumentów i przekazaliśmy go do naszego Ministerstwa Kultury, a dalej to ono będzie współpracować w tej delikatnej sprawie z francuskim Ministerstwem Kultury.

We współpracy z Zamkiem Królewskim w Warszawie udało się ustalić prawdziwych autorów niektórych obrazów z kolekcji Muzeum Chanenków, czyli przeprowadzić atrybucję. Proszę powiedzieć, jak ważna jest ta praca i czy rzeczywiście dzięki współpracy z zagranicznymi muzealnikami otworzyły się nowe możliwości?
Zawsze powtarzam, że najważniejszym wskaźnikiem pracy naukowej muzeum jest to, jak szybko zmieniają się etykiety pod obrazami.
Nawet jeśli obraz jest podpisany i datowany, „problemy dopiero się zaczynają”, bo trzeba jeszcze udowodnić autentyczność tego podpisu. Często obrazy bywają sygnowane nazwiskami artystów, którzy nie są ich autorami. Proces atrybucji to bardzo złożona sprawa, a informacje zmieniają się, gdy zbliżamy się do prawdy.
W projekcie „Gabinet sztuki europejskiej” pracowaliśmy wspólnie z polskimi badaczami. Nie mogę powiedzieć, że zgadzam się ze wszystkimi atrybucjami zaproponowanymi przez polskich kolegów. Niemniej nasze zawodowe spory były produktywne dla obu stron. Z częścią atrybucji zgadzamy się z koleżankami i kolegami i sądzę, że je przyjmiemy.
Kolekcja Muzeum Chanenków jest rzeczywiście ogromna — liczy około 25 tysięcy eksponatów przechowywanych w stałych zbiorach. Kiedy przygotowujemy jakieś obiekty do wystawy tematycznej albo ekspozycji stałej, weryfikujemy atrybucje i inne dane na ich temat. Jeśli pojawiają się wątpliwości, staramy się je sprawdzić i ująć naszą aktualną wiedzę w nowym katalogu wystawy. Tak właśnie przebiega proces naukowy w muzeach.
Nie możemy więc powiedzieć, że ta czy inna kolekcja jest już w pełni opisana, a autorzy ustaleni raz na zawsze. Inaczej nie czytalibyśmy co jakiś czas sensacyjnych wiadomości, że na przykład w Muzeum Prado odnaleziono nieznane dzieło Francesca Parmigianina. To pokazuje, że obraz był znany pod innym nazwiskiem, ale ktoś z badaczy dotarł do prawdy, przyjrzał się jej i ją upublicznił.
Ta praca trwa nieustannie: w muzeach cały czas coś się zmienia, doprecyzowuje. Korzystamy z naszych kontaktów naukowych, korespondujemy z wieloma historykami sztuki i muzealnikami — nie tylko z polskimi, ale też z francuskimi, włoskimi, niemieckimi i amerykańskimi. To fascynująca praca, niemal detektywistyczna.
Czy muzealnikom bywa przykro, gdy okazuje się, że prawdziwy autor obrazu nie jest tak znany, jak dotąd sądzono? Na ile prawda jest ważniejsza?
Oczywiście, że prawda jest ważniejsza. Mogę podać przykład portretu infantki Małgorzaty, który uważano za perłę naszej kolekcji i oryginał autorstwa Diego Velázqueza. Okazało się, że to nie dzieło pracowni Velázqueza, lecz pracowni jego zięcia — malarza Juana Bautisty Martíneza del Mazo.
Co więcej, ta — pozornie szokująca i „obniżająca rangę” — atrybucja dotyczyła nie tylko naszego muzeum, lecz także samego Museo del Prado.
Tamtejszy portret infantki Małgorzaty w szaro-różowym stroju również przez lata uznawano za oryginał Velázqueza, dopóki nie udowodniono, że to portret Martíneza del Mazo, namalowany już po śmierci słynnego hiszpańskiego artysty. A nasze płótno jest częściową kopią tego portretu.
Ale sam obraz od tego się nie zmienił — nie stał się ani gorszy, ani lepszy.
Nadal opowiada o ogromnym osiągnięciu hiszpańskiej szkoły malarskiej XVII wieku, o stylu Velázqueza, który wpłynął na tę szkołę. Widzimy, jacy znakomici mistrzowie pracowali w królewskiej pracowni malarskiej.
Ustaliliśmy prawdę, mamy ciekawą historię, którą możemy opowiadać naszym odbiorcom. I wydaje mi się, że portret na tym tylko zyskał.

Nigdy nie przechowujcie swoich obrazów w Rosji
Zwrot z rosyjskich muzeów i prywatnych kolekcji dzieł sztuki należących do ukraińskiego Muzeum Chanenków to jedno z najbardziej bolesnych pytań dla miłośników sztuki i opiekunów dziedzictwa muzealnego. Wiadomo, że z Moskwy nie zwrócono co najmniej 14 skrzyń (!) z najcenniejszymi dziełami, które małżeństwo Chanenków wysłało tam na przechowanie. Wiele obrazów „osiadło” i do dziś jest prezentowanych jako część własnego dziedzictwa Ermitażu. Czy znana jest choćby przybliżona liczba dzieł, do których mamy roszczenia wobec Rosji? I czy można liczyć na ich odzyskanie?
Mamy roszczenia wobec Rosji już od czasów I wojny światowej, kiedy w 1915 roku Bohdan i Warwara Chanenkowie wywieźli znaczną część swojej kolekcji do Moskiewskiego Muzeum Historycznego, obawiając się natarcia na Kijów i zniszczenia miasta. Jeszcze za życia Warwary Chanenko, w 1921 roku, te obrazy zostały rozproszone po różnych muzeach Rosji. Część dzieł udało się odzyskać, a część została rozdysponowana przez fundusz muzealny i nadal tam pozostaje.
Ponadto niektóre obrazy trafiły w ręce rozmaitych szubrawców, którzy wówczas kręcili się w Moskwie, i ostatecznie znalazły się za granicą — na przykład w Galerii Narodowej w Pradze, a także w Hiszpanii.
Wiemy o dużej liczbie dzieł pochodzących z kolekcji Chanenków, które zostały skradzione albo przekazane przez ówczesne rosyjskie władze cudzoziemcom jako gest wdzięczności.
W tej obszernej liście są też prace, które pod koniec lat 20. zostały zabrane z naszego muzeum przez państwową firmę handlową „Antykwariat”, zbierającą po muzeach ówczesnego wielkiego kraju najlepsze dzieła po to, by sprzedać je za granicę (w celu pozyskania walut na potrzeby industrializacji — red.).
Nie wszystkie dzieła faktycznie sprzedano: część znów „wróciła”, ale nie do swojego macierzystego muzeum w Kijowie, tylko do Rosji. Z niewiadomych powodów trafiły do różnych muzeów, głównie w Moskwie i Petersburgu. Ten poziom strat również nas interesuje — wiemy o niektórych dziełach, które od czasów działalności państwowego handlu nie wróciły do naszego muzeum.
A od czasów II wojny światowej można mówić o osobistej kolekcji gauleitera Ukrainy Ericha Kocha (kierował Reichskommissariatem Ukraine od 1 września 1941 roku do 10 listopada 1944 roku; zabrał do swojej kolekcji część obrazów z Muzeum Chanenków — red.). Kiedy Kocha skazano, dzieła te trafiły do muzeum w Weimarze, a następnie — decyzją dowództwa aliantów — zostały przekazane Związkowi Radzieckiemu. Jednak znów nie wróciły do Muzeum Chanenków, tylko — z niewiadomych powodów — do Ermitażu, gdzie do dziś są przechowywane w specjalnym funduszu.
Oczywiście poinformowaliśmy o tym wszystkim nasze Ministerstwo Kultury oraz ukraińsko-rosyjską komisję ds. restytucji (zwrotu skradzionych lub nielegalnie wywiezionych obiektów dziedzictwa kulturowego — red.), kiedy u nas pracowała. Ale ani razu nie dostaliśmy odpowiedzi na nasze wystąpienia od strony rosyjskiej.
Wydaje mi się, że pytanie o to, jak mamy odzyskiwać dzieła z Rosji, jest retoryczne. Zgodnie ze wszystkimi światowymi przepisami dotyczącymi dóbr kultury powinny one zostać zwrócone do muzeum, z którego zostały bezprawnie zabrane. Rosja jednak nie przestrzega norm prawa międzynarodowego, systematycznie i brutalnie je łamie. Na razie możemy jedynie gromadzić dowody, dokumentację, sporządzać listy. A potem — kiedy to państwo otrzeźwieje i znów wróci na drogę cywilizacji — będziemy mogli wysuwać roszczenia.
Czy w Europie i na świecie istnieje pojęcie „kulturowego cancelingu” na poziomie środowiska muzealnego? Jak cywilizowany świat reaguje na takie działania Rosji?
— Europejczycy również mają swoje roszczenia wobec Rosji (w Rosji na przykład przechowywane są dzieła sztuki wywiezione z Polski, Niemiec i Francji — głównie podczas II wojny światowej przez żołnierzy Armii Czerwonej: obrazy i rzeźby skradzione z muzeów i prywatnych kolekcji — red.). One dawno powinny wrócić do prawowitych właścicieli.
Pozostaje wierzyć, że kiedyś sprawiedliwość zwycięży.

Redaktorka i dziennikarka. Ukończyła polonistykę na Wołyńskim Uniwersytecie Narodowym Lesia Ukrainka oraz Turkologię w Instytucie Yunusa Emre (Turcja). Była redaktorką i felietonistką „Gazety po ukraińsku” i magazynu „Kraina”, pracowała dla diaspory ukraińskiej w Radiu Olsztyn, publikowała w Forbes, Leadership Journey, Huxley, Landlord i innych. Absolwent Thomas PPA International Certified Course (Wielka Brytania) z doświadczeniem w zakresie zasobów ludzkich. Pierwsza książka „Kobiety niskiego” ukazała się w wydawnictwie „Nora-druk” w 2016 roku, druga została opracowana przy pomocy Instytutu Literatury w Krakowie już podczas inwazji na pełną skalę.
Zostań naszym Patronem
Nic nie przetrwa bez słów.
Wspierając Sestry jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.


















.jpg)



