Exclusive
9
min

Pokazujemy naszą sztukę za granicą, żeby ocalić ją przed Rosjanami

Ołena Żywkowa, opiekunka zbiorów kijowskiego Muzeum Bohdana i Warwary Chanenków, posiadającego najcenniejszą w Ukrainie kolekcję dzieł europejskiej sztuki, opowiada o zabezpieczaniu obrazów w czasie wojny, odzyskiwaniu ukraińskich artefaktów oraz detektywistycznym poszukiwaniu prawdy o słynnych arcydziełach.

Olga Gembik

Olena Żywkowa, zastępczyni dyrektora generalnego ds. badań naukowych Narodowego Muzeum Sztuki Bohdana i Warwary Hanenków, kuratorka i konserwatorka europejskiego malarstwa V-XIX wieku, badaczka zajmująca się zwrotem utraconych obrazów do Ukrainy. Archiwum prywatne

No items found.

Zostań naszym Patronem

Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.

Dołącz

W Polsce obrazy te uznawano za zaginioną „wschodnią kolekcję” i nie liczono na to, że kiedykolwiek znów je zobaczą. Kilka stuleci temu nieznany kupiec wiózł je konnym powozem przez całe Imperium Rosyjskie, by pewnego dnia trafiły do petersburskiego „Pasażu”.

Jak potoczyły się losy wszystkich płócien z kolekcji ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego — nie wiadomo. Jednak kilka obrazów kupili i ocalili dla świata znani ukraińscy mecenasi, Bohdan i Warwara Chanenkowie.

Wystawa 38 obrazów i artefaktów zatytułowana „Gabinet sztuki europejskiej”, przywieziona z Narodowego Muzeum Sztuki, na początku roku podbiła Warszawę i wywołała wśród muzealników Zamku Królewskiego prawdziwy kulturowy szok. Wśród dzieł sztuki, po raz pierwszy sprowadzonych do Polski, warszawscy badacze odnaleźli rzadkie perły: „Widok z wodospadem” Jeana-Baptiste’a Pillementa oraz jedną z części kwadryptyku „Bachus i Ariadna” nieznanego artysty — dzieła, które niegdyś zdobiły królewskie wnętrza.

Perełką wystawy okazało się płótno „Portret Stanisława Augusta w stroju Henryka IV” autorstwa Élisabeth Vigée Le Brun. Ten obraz z kolekcji ostatniego króla Polski jeszcze do niedawna także uchodził za zaginiony.

O nieoczekiwanych znaleziskach i odkryciach w świecie muzeów, o przechowywaniu sztuki w czasie wojny oraz o zawłaszczaniu przez Rosjan cudzych dzieł sztuki rozmawiamy z Ołeną Żywkową — zastępczynią dyrektora generalnego ds. pracy naukowo-badawczej w Muzeum Bohdana i Warwary Chanenków, kuratorką i opiekunką europejskiego malarstwa od V do XIX wieku, która zajmuje się sprowadzaniem do Ukrainy utraconych obrazów.

Sztuka dziś potrzebuje schronienia

W roku pełnoskalowej inwazji Muzeum Chanenków znalazło się pod ostrzałem i zostało uszkodzone. Wiadomo, że obecnie obrazy z kolekcji ukraińskich mecenasów Chanenków są zabezpieczone i ukryte przed ludzkim wzrokiem, a jednocześnie muzeum działa. Czym dziś się Państwo zajmują, jak przyciągają Państwo odwiedzających?

Obrazy z Muzeum Chanenków są zakonserwowane, zabezpieczone i przechowywane w tajnym miejscu.

Niestety dziś w Ukrainie żaden magazyn nie jest w pełni ubezpieczony od uderzeń, dlatego intensywnie pracujemy nad tym, aby jak najwięcej dzieł z różnych części naszej kolekcji trafiło na wystawy, projekty badawcze lub konserwatorskie za granicą. W ten sposób staramy się ochronić naszą kolekcję.

Samo muzeum to wspaniała XIX-wieczna rezydencja, którą małżeństwo Chanenków zbudowało specjalnie dla swojej kolekcji. Każda sala w historycznym budynku nr 15 przy ulicy Tereszczenkowskiej w Kijowie jest zaaranżowana jak sala pałacowa — w stylu gotyckim, barokowym, renesansowym i rokoko. To zabytek architektury z pięknie ukształtowanym wnętrzem, które przyciąga odwiedzających.

Mimo wojny muzeum działa: pracownicy oprowadzają po salach, a chętnych nie brakuje. I wydaje się, że teraz, kiedy eksponaty zostały zdjęte, sam budynek widać nawet znacznie lepiej — jego urok i tajemnice.

W naszych salach odbywają się wystawy współczesnych artystów oraz prywatnych kolekcjonerów, którzy chcą pokazać dzieła ze swoich zbiorów w naszym wnętrzu. Pod dachem muzeum dzieje się wiele wydarzeń kulturalnych i kulturoznawczych. Nikt nie siedzi bez pracy.

Jedna z sal wystawy „W międzyczasie w domu Hanenków” 11 marca – 30 kwietnia 2023 r. Zdjęcie: Yurii Stefanyak

Obrazy z Muzeum Chanenków można dziś zobaczyć we francuskim Luwrze oraz na wystawach w Polsce i na Litwie. Czy można powiedzieć, ile kolekcji i obrazów „podróżuje” teraz po Europie, a tym samym jest chronionych przed rosyjskimi uderzeniami i zniszczeniem?

Pełnoskalowa wojna to być może nie najlepsza okazja do organizowania wystaw, ale dotąd nasze muzeum niewiele podróżowało. Na różne ekspozycje jeździły jedynie pojedyncze obiekty. Teraz mamy możliwość nie ukrywać naszej kolekcji, lecz szerzej pokazać ją światu.

Dzieł, które znajdują się obecnie poza Ukrainą, jest dużo. Wystawy pełnią nie tylko funkcję ochronną — co jest dla nas najważniejsze — lecz także funkcję reprezentacyjną.

Jednocześnie wiele obrazów pozostało w magazynach, które zorganizowaliśmy w Ukrainie.

Pracownicy Zamku Królewskiego w Warszawie zaproponowali, że przyjmą u siebie obrazy z Muzeum Chanenków po tym, jak budynek ucierpiał w wyniku ostrzału. Kto jeszcze wam pomaga?

Największą pomoc okazały muzea w Wilnie. To one jako pierwsze zgodziły się przyjąć nasze obrazy.

Oczywiście także francuski Luwr, który otworzył wystawę jednych z najbardziej znanych i najcenniejszych naszych eksponatów. Chodzi o cztery bizantyjskie antropomorficzne ikony. Pochodzą one z klasztoru św. Katarzyny w Egipcie i są datowane na VI–VII wiek: „Święci Sergiusz i Bachus”, „Święty Jan Chrzciciel”, „Bogurodzica z Dzieciątkiem” oraz „Święci Platon i Glykeria”.

Pracownicy Luwru wzięli pod opiekę wszystko, co wiąże się z malarstwem bizantyjskim, które wywarło bardzo duży wpływ na sztukę Europy Zachodniej.

Atrybucja jak śledztwo

Podczas dwóch wojen światowych wywieziono lub bez śladu zniknęły tysiące cennych obrazów. Coś jednak udawało się odzyskać. Na przykład w Warszawie widziałam obraz „Kochankowie” („Syn marnotrawny z nierządnicą”) francuskiego malarza Pierre’a Louisa Goudrota, który zaginął podczas II wojny światowej. W 2020 roku dzieło odnaleziono na aukcji Doyle w Nowym Jorku i zwrócono Ukrainie. Czy są jeszcze jakieś tropy dotyczące zaginionych płócien?

Poszukiwania to żmudna praca. Po II wojnie światowej Niemcy leżały w ruinach, więc dzieła wywożone przez nazistów najczęściej trafiały nie do muzeów, lecz na aukcje i do handlu antykwarycznego.

Poza tym w Niemczech działa federalny program, który bardzo dokładnie bada pochodzenie wszystkich dzieł, jakie po wojnie trafiły do niemieckich muzeów. Program jest otwarty, uczestniczy w nim ogromna liczba specjalistów. I można powiedzieć, że w niemieckich muzeach naszych obrazów jednak nie ma.

Codziennie przeglądamy dosłownie tony literatury, na różnych aukcjach wypatrujemy obrazów, ustalamy, gdzie jeszcze mogą znajdować się płótna z Muzeum Chanenków. Bo jakimi drogami wędrowały po całym świecie — wie tylko Bóg.

Istniała wersja, że dzieła z kolekcji Chanenków i kilku innych ukraińskich muzeów zostały zniszczone pod Królewcem, w pałacu Wildenhof — rzekomo spłonęły w ogromnym pożarze. Jednak fakt, że znaleźliśmy kilka prac, które miały być w tej partii, i zwróciliśmy je do muzeum, świadczy o tym, że pożar został upozorowany. I teraz nadal, jedna po drugiej, wyławiamy te obrazy wśród antykwariatów.

Z ostatnich rzeczy, które udało mi się odnaleźć, jest dzieło Dirka van Delena — holenderskiego mistrza — znajdujące się obecnie w jednym z muzeów miejskich we Francji. Najprawdopodobniej trafiło tam z rynku antykwarycznego, a francuscy muzealnicy nie wiedzieli, że pochodzi z naszej kolekcji. Zebraliśmy już pełny pakiet dokumentów i przekazaliśmy go do naszego Ministerstwa Kultury, a dalej to ono będzie współpracować w tej delikatnej sprawie z francuskim Ministerstwem Kultury.

Obraz Pierre’a Louisa Goudrota „Kochankowie” („Syn marnotrawny z nierządnicą”). Paryż, ok. 1698 – Mannheim, 1731. Dzieło zostało zwrócone do Muzeum Chanenków w 2020 roku, a w tym roku było prezentowane na wystawie „Gabinet sztuki europejskiej” w Warszawie. Fotografia z kolekcji Muzeum Chanenków.

We współpracy z Zamkiem Królewskim w Warszawie udało się ustalić prawdziwych autorów niektórych obrazów z kolekcji Muzeum Chanenków, czyli przeprowadzić atrybucję. Proszę powiedzieć, jak ważna jest ta praca i czy rzeczywiście dzięki współpracy z zagranicznymi muzealnikami otworzyły się nowe możliwości?

Zawsze powtarzam, że najważniejszym wskaźnikiem pracy naukowej muzeum jest to, jak szybko zmieniają się etykiety pod obrazami.

Nawet jeśli obraz jest podpisany i datowany, „problemy dopiero się zaczynają”, bo trzeba jeszcze udowodnić autentyczność tego podpisu. Często obrazy bywają sygnowane nazwiskami artystów, którzy nie są ich autorami. Proces atrybucji to bardzo złożona sprawa, a informacje zmieniają się, gdy zbliżamy się do prawdy.

W projekcie „Gabinet sztuki europejskiej” pracowaliśmy wspólnie z polskimi badaczami. Nie mogę powiedzieć, że zgadzam się ze wszystkimi atrybucjami zaproponowanymi przez polskich kolegów. Niemniej nasze zawodowe spory były produktywne dla obu stron. Z częścią atrybucji zgadzamy się z koleżankami i kolegami i sądzę, że je przyjmiemy.

Kolekcja Muzeum Chanenków jest rzeczywiście ogromna — liczy około 25 tysięcy eksponatów przechowywanych w stałych zbiorach. Kiedy przygotowujemy jakieś obiekty do wystawy tematycznej albo ekspozycji stałej, weryfikujemy atrybucje i inne dane na ich temat. Jeśli pojawiają się wątpliwości, staramy się je sprawdzić i ująć naszą aktualną wiedzę w nowym katalogu wystawy. Tak właśnie przebiega proces naukowy w muzeach.

Nie możemy więc powiedzieć, że ta czy inna kolekcja jest już w pełni opisana, a autorzy ustaleni raz na zawsze. Inaczej nie czytalibyśmy co jakiś czas sensacyjnych wiadomości, że na przykład w Muzeum Prado odnaleziono nieznane dzieło Francesca Parmigianina. To pokazuje, że obraz był znany pod innym nazwiskiem, ale ktoś z badaczy dotarł do prawdy, przyjrzał się jej i ją upublicznił.

Ta praca trwa nieustannie: w muzeach cały czas coś się zmienia, doprecyzowuje. Korzystamy z naszych kontaktów naukowych, korespondujemy z wieloma historykami sztuki i muzealnikami — nie tylko z polskimi, ale też z francuskimi, włoskimi, niemieckimi i amerykańskimi. To fascynująca praca, niemal detektywistyczna.

Czy muzealnikom bywa przykro, gdy okazuje się, że prawdziwy autor obrazu nie jest tak znany, jak dotąd sądzono? Na ile prawda jest ważniejsza?

Oczywiście, że prawda jest ważniejsza. Mogę podać przykład portretu infantki Małgorzaty, który uważano za perłę naszej kolekcji i oryginał autorstwa Diego Velázqueza. Okazało się, że to nie dzieło pracowni Velázqueza, lecz pracowni jego zięcia — malarza Juana Bautisty Martíneza del Mazo.

Co więcej, ta — pozornie szokująca i „obniżająca rangę” — atrybucja dotyczyła nie tylko naszego muzeum, lecz także samego Museo del Prado.

Tamtejszy portret infantki Małgorzaty w szaro-różowym stroju również przez lata uznawano za oryginał Velázqueza, dopóki nie udowodniono, że to portret Martíneza del Mazo, namalowany już po śmierci słynnego hiszpańskiego artysty. A nasze płótno jest częściową kopią tego portretu.

Ale sam obraz od tego się nie zmienił — nie stał się ani gorszy, ani lepszy.

Nadal opowiada o ogromnym osiągnięciu hiszpańskiej szkoły malarskiej XVII wieku, o stylu Velázqueza, który wpłynął na tę szkołę. Widzimy, jacy znakomici mistrzowie pracowali w królewskiej pracowni malarskiej.

Ustaliliśmy prawdę, mamy ciekawą historię, którą możemy opowiadać naszym odbiorcom. I wydaje mi się, że portret na tym tylko zyskał.

Tomasz Jakubowski, kurator wystawy „Gabinet sztuki europejskiej” w Zamku Królewskim w Polsce, przy portrecie infantki Małgorzaty Teresy — jednym z najsłynniejszych eksponatów Narodowego Muzeum Sztuki im. Bohdana i Warwary Chanenków. Fot.: Olga Gembik.

Nigdy nie przechowujcie swoich obrazów w Rosji

Zwrot z rosyjskich muzeów i prywatnych kolekcji dzieł sztuki należących do ukraińskiego Muzeum Chanenków to jedno z najbardziej bolesnych pytań dla miłośników sztuki i opiekunów dziedzictwa muzealnego. Wiadomo, że z Moskwy nie zwrócono co najmniej 14 skrzyń (!) z najcenniejszymi dziełami, które małżeństwo Chanenków wysłało tam na przechowanie. Wiele obrazów „osiadło” i do dziś jest prezentowanych jako część własnego dziedzictwa Ermitażu. Czy znana jest choćby przybliżona liczba dzieł, do których mamy roszczenia wobec Rosji? I czy można liczyć na ich odzyskanie?

Mamy roszczenia wobec Rosji już od czasów I wojny światowej, kiedy w 1915 roku Bohdan i Warwara Chanenkowie wywieźli znaczną część swojej kolekcji do Moskiewskiego Muzeum Historycznego, obawiając się natarcia na Kijów i zniszczenia miasta. Jeszcze za życia Warwary Chanenko, w 1921 roku, te obrazy zostały rozproszone po różnych muzeach Rosji. Część dzieł udało się odzyskać, a część została rozdysponowana przez fundusz muzealny i nadal tam pozostaje.

Ponadto niektóre obrazy trafiły w ręce rozmaitych szubrawców, którzy wówczas kręcili się w Moskwie, i ostatecznie znalazły się za granicą — na przykład w Galerii Narodowej w Pradze, a także w Hiszpanii.

Wiemy o dużej liczbie dzieł pochodzących z kolekcji Chanenków, które zostały skradzione albo przekazane przez ówczesne rosyjskie władze cudzoziemcom jako gest wdzięczności.

W tej obszernej liście są też prace, które pod koniec lat 20. zostały zabrane z naszego muzeum przez państwową firmę handlową „Antykwariat”, zbierającą po muzeach ówczesnego wielkiego kraju najlepsze dzieła po to, by sprzedać je za granicę (w celu pozyskania walut na potrzeby industrializacji — red.).

Nie wszystkie dzieła faktycznie sprzedano: część znów „wróciła”, ale nie do swojego macierzystego muzeum w Kijowie, tylko do Rosji. Z niewiadomych powodów trafiły do różnych muzeów, głównie w Moskwie i Petersburgu. Ten poziom strat również nas interesuje — wiemy o niektórych dziełach, które od czasów działalności państwowego handlu nie wróciły do naszego muzeum.

A od czasów II wojny światowej można mówić o osobistej kolekcji gauleitera Ukrainy Ericha Kocha (kierował Reichskommissariatem Ukraine od 1 września 1941 roku do 10 listopada 1944 roku; zabrał do swojej kolekcji część obrazów z Muzeum Chanenków — red.). Kiedy Kocha skazano, dzieła te trafiły do muzeum w Weimarze, a następnie — decyzją dowództwa aliantów — zostały przekazane Związkowi Radzieckiemu. Jednak znów nie wróciły do Muzeum Chanenków, tylko — z niewiadomych powodów — do Ermitażu, gdzie do dziś są przechowywane w specjalnym funduszu.

Oczywiście poinformowaliśmy o tym wszystkim nasze Ministerstwo Kultury oraz ukraińsko-rosyjską komisję ds. restytucji (zwrotu skradzionych lub nielegalnie wywiezionych obiektów dziedzictwa kulturowego — red.), kiedy u nas pracowała. Ale ani razu nie dostaliśmy odpowiedzi na nasze wystąpienia od strony rosyjskiej.

Wydaje mi się, że pytanie o to, jak mamy odzyskiwać dzieła z Rosji, jest retoryczne. Zgodnie ze wszystkimi światowymi przepisami dotyczącymi dóbr kultury powinny one zostać zwrócone do muzeum, z którego zostały bezprawnie zabrane. Rosja jednak nie przestrzega norm prawa międzynarodowego, systematycznie i brutalnie je łamie. Na razie możemy jedynie gromadzić dowody, dokumentację, sporządzać listy. A potem — kiedy to państwo otrzeźwieje i znów wróci na drogę cywilizacji — będziemy mogli wysuwać roszczenia.

Czy w Europie i na świecie istnieje pojęcie „kulturowego cancelingu” na poziomie środowiska muzealnego? Jak cywilizowany świat reaguje na takie działania Rosji?

— Europejczycy również mają swoje roszczenia wobec Rosji (w Rosji na przykład przechowywane są dzieła sztuki wywiezione z Polski, Niemiec i Francji — głównie podczas II wojny światowej przez żołnierzy Armii Czerwonej: obrazy i rzeźby skradzione z muzeów i prywatnych kolekcji — red.). One dawno powinny wrócić do prawowitych właścicieli.

Pozostaje wierzyć, że kiedyś sprawiedliwość zwycięży.

No items found.
Partner strategiczny
Dołącz do newslettera
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Redaktorka i dziennikarka. Ukończyła polonistykę na Wołyńskim Uniwersytecie Narodowym Lesia Ukrainka oraz Turkologię w Instytucie Yunusa Emre (Turcja). Była redaktorką i felietonistką „Gazety po ukraińsku” i magazynu „Kraina”, pracowała dla diaspory ukraińskiej w Radiu Olsztyn, publikowała w Forbes, Leadership Journey, Huxley, Landlord i innych. Absolwent Thomas PPA International Certified Course (Wielka Brytania) z doświadczeniem w zakresie zasobów ludzkich. Pierwsza książka „Kobiety niskiego” ukazała się w wydawnictwie „Nora-druk” w 2016 roku, druga została opracowana przy pomocy Instytutu Literatury w Krakowie już podczas inwazji na pełną skalę.

Zostań naszym Patronem

Nic nie przetrwa bez słów.
Wspierając Sestry jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.

Dołącz

…I właśnie wtedy, gdy pomyślałem, że gorzej już być nie może, i straciłem przytomność, okazało się, że był to początek najstraszniejszego scenariusza, jaki przyszło mi przeżyć. Rana, unieruchomienie i rosyjska niewola” (Dmytro Połowjan)

„Byłem ranny. Leżałem w hangarze. Czekałem na ewakuację, o której nie było wiadomo, czy w ogóle nastąpi. Lato. Upał. Muchy. Później lekarze mówili, że to właśnie one uratowały mnie przed gangreną – larwy much, które jadły moje ciało. Czy cieszę się, że przeżyłem taką ceną? Oczywiście! Czy moja psychika sobie z tym radzi? Nie. Myśl o tym za każdym razem mnie zabija” (Andrij Usacz)

„Nigdy nie wiesz, co uruchomi w tobie PTSD – kasztan, który spadnie z drzewa zbyt głośno obok, albo drzwi, które trzasną w jakiś szczególnie donośny sposób, a może samochód, który zawyje na zakręcie.

I w jednej chwili już kucasz i się ukrywasz. Niewiele rozumiesz. Wtedy najważniejsze jest oddychać, robić coś rękami i liczyć” (Wiktorija Szynkarenko)

Dmytro Połowjan – bohater wojny rosyjsko-ukraińskiej, młody mężczyzna urodzony w 1996 roku. Zgłosił się na ochotnika, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja. Służył w rozpoznaniu. Podczas walk o wyzwolenie obwodu chersońskiego został ranny i trafił do niewoli. Odniesione obrażenia na zawsze pozbawiły go możliwości chodzenia. Sens swojego obecnego życia określa jako „możliwość pomagania innym chłopakom w odnalezieniu siebie”. Gra w koszykówkę, uprawia szermierkę, pływanie oraz łucznictwo.

Andrij Usacz – weteran wojny od 2014 roku. Został ciężko ranny w stepach obwodu Ługańskiego. Przeszedł 32 operacje w sześciu krajach świata: w Ukrainie, Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Przyznaje, że „w moje życie i mój stan fizyczny zainwestowano bardzo dużo pieniędzy i wysiłku, dlatego muszę żyć, choć moje życie już do mnie nie należy”. Wolontariusz, sportowiec, trener i psycholog.

Wiktorija Szynkarenko – na wojnie od 2014 roku. Początkowo jako wolontariuszka, a w latach 2015–2017 jako żołnierka. Po zakończeniu służby Wiktorija założyła w Równem „Dom Marzeń” dla weteranów ATO – Operacji Antyterrorystycznej rozpoczętej w 2014 roku. Od 2021 roku pełni funkcję dyrektorki Komunalnej Instytucji „Dom Weteranów” Rady Miejskiej w Równem, największego hubu wolontariackiego i centrum wsparcia, w którym rozwiązywane są liczne sprawy dotyczące weteranów.

Na scenie opowiadają historię Ukrainy od początku XX wieku, czasów, w których żyli ich prababcie i pradziadkowie, a także o wydarzeniach XXI wieku, których byli świadkami. Rozpad Związku Radzieckiego, podpisanie porozumień białowieskich, odzyskanie przez Ukrainę niepodległości, Memorandum budapeszteńskie, Pomarańczowa Rewolucja, Rewolucja Godności, początek wojny rosyjsko-ukraińskiej…

Andrij Usacz opowiada swoją historię życia. Zdjęcie: Olga Pakosz

Estońska reżyserka Merle Karusoo, autorka projektu, stworzyła ten spektakl dokumentalny, aby bohaterowie mogli opowiadać swoje historie wprost, własnymi słowami, bez upiększeń i metafor.

Monologi, spięte postacią „Spójnika” (tak swoją rolę nazywa jedyna aktorka w spektaklu, Ewa Karpiuk z Rówieńskiego Teatru Dramatycznego), układają się w pełny, wielowymiarowy obraz rzeczywistości. Pojawiają się w nim niespełnione marzenia Andrija o nauce – rodziców nie było na to stać, więc już w wieku trzynastu lat musiał iść do pracy w kołchozie. Była też potrzeba zdobycia wojskowego wykształcenia, lecz życie rzuciło go na stepy obwodu ługańskiego, gdzie trzeba było jednocześnie uczyć się wojny, walczyć, ratować towarzyszy i po prostu przeżyć. Najtrudniejsze było zostawianie córek – ich małe głowy pachniały ciepłem i mlekiem. Nazywa je „moimi króliczkami”… A potem nagle przyznaje, że gdy dopada go kryzys, stara się odizolować, by nikogo nie skrzywdzić, albo szuka ludzi „tak samo poj…nych jak on”, którzy potrafią unieść z nim ten ból.

Dmytro wraca wspomnieniami do swojej pierwszej miłości i marzeń o małżeństwie. A potem gwałtownie przechodzi do wojny – do chwili, gdy leżał ranny i słyszał, jak rosyjscy żołnierze pobili się między sobą o jego buty; do momentu, gdy był przywiązywany do łóżka w wojskowym szpitalu w Symferopolu; do sceny, w której sanitariuszka zdjęła mu z oczu taśmę klejącą, za co niemal trafiła do więzienia

Przyznaje, że często pojawiają się u niego myśli samobójcze. Że wyobraża sobie, jak dobrze byłoby to wszystko zakończyć. Po chwili jednak mówi: „Nie. Jestem potrzebny chłopakom, potrzebny żonie. Skoro przeżyłem to piekło, muszę żyć”.

Wiktorija wspomina Krym i pokazuje widzom swoje fotografie znad morza: Jaskółcze Gniazdo, Pałac Woroncowa. Potem niemal niezauważalnie przechodzi do kwestii języka i Patriarchatu Moskiewskiego w Ukrainie. W prosty i jednoznaczny sposób tłumaczy, dlaczego nie ma on prawa funkcjonować na Ukrainie – właściwie nie nazywa go nawet Kościołem, określając go mianem piątej kolumny. Wyjaśnia, jak trudno cokolwiek zmienić, skoro Ukraińcy wciąż chodzą do moskiewskich duchownych i niosą im pieniądze. A potem, jakby bez wstępu, opowiada o chwili, gdy polegli bohaterowie zaczęli wracać do domów na tarczach – i o tym, że miasto musiało nauczyć się ich godnie witać. Ludzie nie wiedzieli, jak się zachować, co robić. Dlatego wolontariusze opracowali całą procedurę, algorytm działań: co powinni robić przechodnie, policja i kierowcy, gdy bohaterowie wracają do domu.

Trudno powiedzieć, w którym momencie i przy czyjej historii widzowie zaczynają płakać. Tak po prostu – naturalnie, bez ukrywania emocji, bez powściągliwości. Patrzyłam na chłopaka siedzącego obok mnie – na oko nie miał więcej niż siedemnaście lat. Czytał napisy na ekranie, bo nie rozumiał ukraińskiego. I płakał. Do samego końca spektaklu. Ja trzymałam się długo. Historyczne konteksty znałam, osobistych opowieści słuchałam jakby zza szyby. Ale gdy na ekranie pojawiły się samochody z bohaterami wracającymi do domu na tarczach i cała sala wstała, uznałam, że mam prawo opłakiwać tych, którzy się nie przestraszyli, nie uciekli, nie opuścili Ukrainy – tych, którzy na zawsze pozostali na swojej ziemi.

Bardzo chciałabym, aby ten spektakl został pokazany w telewizji w każdym kraju Europy. I aby widzowie znaleźli w sobie siłę, by nie przełączyć kanału – by się otworzyć i usłyszeć słowa, które na koniec wypowiada Andrij Usacz: „Żyję według zasady: jeśli możesz bronić Ukrainy – broń jej; jeśli nie możesz – pomagaj tym, którzy jej bronią; jeśli nie możesz pomagać – nie przeszkadzaj”.

4
хв

Skoro przeżyłem to piekło, muszę żyć. Niezwykły spektakl dokumentalny "Nie opuściłem Ukrainy"

Olga Pakosz

Pełnoskalowa wojna zmusiła wielu artystów do szukania nowych odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób sztuka może wpływać na rzeczywistość. Polska reżyserka teatralna Magda Szpecht znalazła na nie własną, nieoczywistą odpowiedź. Zawiesiła swoją karierę teatralną, by zanurzyć się w cyberaktywizmie — walczyć z rosyjskimi trollami i dezinformacją. A następnie stworzyła spektakl-śledztwo, w którym aktorki na kilka miesięcy stały się prawdziwymi szpieginiami.

Najpierw powstał performatywny wykład Cyber Elf”, opowiadający o działalności cyberelfów walczących w sieci z trollami i botami oraz uczący, jak za pomocą rzetelnej, sprawdzonej informacji można wspierać Ukrainę w jej walce o wolność.
Kolejnym etapem był monodram „Będzie trzeba to pójdę na wojnę”: oparta na faktach historia Ukrainki, która po latach emigracji decyduje się wrócić do kraju i wstąpić do armii. To przejmująca opowieść o przemianie artystki w żołnierkę, wiernie oddająca realia wojny i cenę tej decyzji.

Następnym krokiem był spektakl Spy Girls w którym Szpecht zatarła granicę między performansem a realnym zadaniem wywiadowczym. Aktorki przez wiele miesięcy, dzień po dniu, prowadziły rozmowy z rosyjskimi żołnierzami w aplikacjach randkowych — po to, by zdobyć informacje o ich lokalizacji i innych szczegółach, a następnie przekazać je ukraińskiej armii.

Sestry rozmawiały z Magdą Szpecht o tym, jak uczy się aktorów wydobywania informacji od wroga, czym jest codzienne „zanurzanie się w błocie” rosyjskiej propagandy, o psychicznych kosztach tej pracy, kolekcji niechcianych zdjęć przesyłanych przez żołnierzy oraz o tym, jak jej spektakl działa na europejską publiczność — także w estońskiej Narwie, mieście na granicy światów.

Magda Specht z obsadą Spy Girls. Archiwum prywatne

„Szukałam aktorów, którzy mieli osobiste powody, by się zaangażować”

Ksenia Minchuk: Spy Girls to projekt, którego realizację trudno sobie wyobrazić. Skąd wziął się ten pomysł?

Magda Szpecht: Wojna w Ukrainie nie mogła na mnie nie wpłynąć. Wojna to ból. I było dla mnie ważne, by w jakikolwiek sposób włączyć się w walkę z Rosją.

Zadawałam sobie pytania: jak teatr może być użyteczny w czasie wojny? Jak my — ludzie sztuki, daleko od linii frontu — możemy być realnie pomocni? Jak aktorzy mogą wesprzeć walkę z agresorem?

Kiedy zaplanowałam stworzenie performansu teatralnego, nie wiedziałam jeszcze, czym dokładnie on się stanie. Sam proces planowania i przygotowań, jeszcze zanim rozpoczęliśmy pracę nad spektaklem, zajął mi około pół roku. Przeprowadzałam castingi aktorów, którzy byliby w stanie urzeczywistnić tę ideę. Szukałam ludzi, którzy mieli osobiste powody, by się zaangażować — bo to nie jest klasyczny spektakl, lecz coś niestandardowego i dość ryzykownego.

Ostatecznie się udało: każdy członek zespołu ma w tej wojnie własną misję — ktoś jest wolontariuszem, ktoś aktywistą, ktoś ma rodzinę w Ukrainie. Oczywiście wszyscy wspieramy Ukrainę. Każdy z nas działał na jej rzecz jeszcze przed tym projektem. Wśród aktorów są Estończycy, którzy nienawidzą Rosji, oraz Ukrainiec.

W trakcie pracy nad projektem stali się prawdziwymi szpiegami. Osoby występujące na scenie są jednocześnie tymi, które przez wiele miesięcy faktycznie zbierały te informacje. Aktorzy są więc zaangażowani we wszystkie etapy powstawania spektaklu.

Byliśmy szkoleni i przygotowywani do tej pracy. Pomagały nam wyspecjalizowane instytucje i profesjonaliści — prawdziwi szpiedzy. Musieliśmy nauczyć się bardzo dużo o cyberbezpieczeństwie, by chronić siebie i nasze dane. Dlatego właśnie podczas spektaklu nie pokazujemy twarzy aktorów — ukrywamy je pod maskami.

Podpowiedziano nam także, jak wydobywać informacje w rozmowach, jak być wiarygodnymi, a nie podejrzanymi. Jedna z rad brzmiała na przykład: w rozmowie z wojskowymi przyjmować rolę matki — pytać, czy jedli, czy jest im ciepło, czy mają dobre warunki, czy dostają coś smacznego. Chodziło o to, by okazywać czułość, troskę i cierpliwość.

Wszystko, co pokazujemy na scenie, wydarzyło się naprawdę. Zebrane materiały są autentyczne. Nic nie zostało wymyślone.

Czy od strony technicznej realizacja tego pomysłu była trudna?

Na początku uruchomiliśmy reklamę nowej aplikacji randkowej. Stworzyliśmy fałszywą aplikację opartą na rosyjskim VKontakte. Zbieraliśmy informacje o żołnierzach: imiona, adresy e-mail, numery telefonów. W ten sposób powstała baza danych.

Spektakl został stworzony przez estoński teatr Vaba Lava, przy współpracy polskiej dramaturżki Olgi Drigas i kompozytora Krzysztofa Kaliskiego oraz estońsko-ukraińskich wykonawców występujących pod pseudonimami Mad Matrixx, Cyber Shadow, Void Vigilante. Archiwum prywatne

Kiedy zaczęliśmy bezpośrednie rozmowy z wojskowymi, proponowaliśmy im przejście na Telegram — ten kanał również był fałszywy (stworzony przy użyciu specjalnego kodu). Dzięki temu mogliśmy zbierać dane o lokalizacji każdej osoby, z którą prowadziliśmy rozmowę. Jeśli rosyjscy żołnierze otwierali Telegrama w przeglądarce, często nie zdając sobie z tego sprawy, udostępniali swoją lokalizację, która była rejestrowana przez nasz serwer. Każda wiadomość pozwalała nam określić, gdzie dana osoba się znajduje — nie trzeba było nawet o to pytać. Te informacje automatycznie trafiały do ukraińskiej armii — i to był główny cel całego projektu.

Przez dwa miesiące przeprowadziłyśmy ponad 200 rozmów z różnymi mężczyznami. Pracowałyśmy codziennie po osiem godzin — jak w zwykłej pracy biurowej.

Najtrudniejsze okazało się samo obcowanie z rosyjskimi żołnierzami. Emocjonalnie było to skrajnie wyczerpujące i odpychające. Jak zanurzanie się w błocie.

„Mamy całą kolekcję dickpiców rosyjskich żołnierzy”

Kiedy zaczynałyście, nie przewidywałyście, z czym się zmierzycie?

Nie. Wszystko wychodziło w trakcie. Bez przerwy zadawałyśmy sobie pytanie, jak daleko jesteśmy gotowe się posunąć i czy to, co robimy, nadal jest w porządku. Ale wszystkie wiedziałyśmy, że musimy iść dalej. Rozmowy z rosyjskimi wojskowymi dawały poczucie obcowania ze złem.

Miałam nadzieję, że trafi się choć jedna osoba świadoma albo dobra — ale nie, takich nie było.

Oni ciągle mówią, że na wojnie jest źle, ale nigdy nie mówią, że wojna jest zła. Tolerują wojnę. Nigdy nie przyznali, że zabijanie ludzi jest czymś złym. Nienawidzą Ukraińców i chcą ich zniszczyć — słyszałyśmy to nieustannie.

Są przepełnieni agresją. I są skrajnie nierozsądni. Do tego stopnia, że w aplikacjach randkowych często sami wpisywali swoje lokalizacje — Melitopol, Mariupol i inne. Po co? Nie ma w nich żadnej nadziei na normalność. Kontakt z nimi budził we mnie nieustanne obrzydzenie.

Regularnie dostawałyśmy od Rosjan zdjęcia ich nagich ciał i genitaliów. Mamy całą kolekcję dickpiców. Najstraszniejsze były jednak wiadomości, w których przysyłali zdjęcia zabitych ludzi albo nagrania, na których strzelają. To niewyobrażalnie bolesne. Taki kontakt bardzo łatwo może prowadzić do traumy — zwłaszcza gdy ma się świadomość, że to nie jest fikcja. A jednocześnie trzeba z tym samym człowiekiem rozmawiać „jak matka” i okazywać troskę.

Żeby to wszystko wytrzymać, starałyśmy się wzajemnie wspierać. Nikt nie pracował sam. Miałyśmy wspólną przestrzeń, w której się spotykałyśmy, rozmawiałyśmy, dzieliłyśmy się tym, co przeżywamy. Motywowała nas pomoc dla ukraińskiej armii — to dawało nam siłę, by iść dalej. Ważne było dla nas także wsparcie ukraińskich artystów, którzy poszli na wojnę.

Spektakl Spy Girls

Premiera przy granicy z Rosją

Po raz pierwszy pokazaliśmy ten spektakl w Narwie, w Estonii. To miasto przygraniczne z Rosją. Większość jego mieszkańców mówi po rosyjsku i identyfikuje się jako Rosjanie. Dla lepszego zrozumienia: kiedy estoński rząd wyłączył rosyjską propagandową telewizję, część mieszkańców Narwy protestowała. Do dziś słuchają rosyjskich propagandystów i wierzą w to, co mówią. Wraz z wybuchem wojny w Ukrainie w ich myśleniu właściwie nic się nie zmieniło. Dlatego to dobrze, że premiera Spy Girls odbyła się właśnie w Narwie.

Jestem polską reżyserką teatralną. Od wielu lat pracuję w Polsce, ale miałam świadomość, że tej idei nie uda mi się zrealizować właśnie tutaj.

Niestety, polskie instytucje w większości nie chcą już dziś produkować projektów związanych z wojną. Kiedy zgłaszałam swoje pomysły, słyszałam: „O nie, tylko nie znowu wojna, proszę”. Polska jest zmęczona tym tematem.

Poza tym polskie teatry w dużej mierze nie chcą dziś pokazywać rzeczy politycznych. Paradoksalnie jednak to właśnie w Polsce — gdy spektakl był już gotowy i pokazywaliśmy go w różnych krajach — został on przyjęty najcieplej.

Spektakl powstawał w Estonii, ponieważ polski kurator prowadził sezon teatralny w jednym z teatrów w Tallinnie i wybrał trzy projekty do realizacji. Mój był jednym z nich. Wszystkie te projekty dotyczyły wojny w Ukrainie. Zaczęłam realizować Spy Girls w prywatnym teatrze w Narwie, co również okazało się dla nas korzystne — mieliśmy znacznie więcej wolności. A ta wolność była nam absolutnie niezbędna, bo to nie jest coś, czym zajmuje się klasyczny teatr dramatyczny. Mój pomysł wydawał się dość szalony. Ale kiedy udało się go zrealizować — naprawdę ożył, nabrał barw i sensu.

Spektakl Spy Girls spotyka się z bardzo silnym, pozytywnym odbiorem. Pokazaliśmy go już w Czechach, Niemczech, Polsce, Norwegii i Estonii. Szczególnie poruszająco było w Oslo. Ogólnie dostaję bardzo wiele wiadomości od widzów z podziękowaniami — piszą, że to ważna i niezwykle mocna praca.

Kiedy oglądałam Spy Girls, miałam ochotę płakać, bić się, krzyczeć. Emocje były skrajne — od nienawiści i obrzydzenia po miłość i współczucie (zwłaszcza w momencie, gdy dowiadujemy się o śmierci ukraińskiego żołnierza). Po spektaklu długo jeszcze dochodziłam do siebie, myśląc o ryzykach, na jakie narażacie się w swojej pracy.

Tak, te ryzyka są ogromne. Mieliśmy ich świadomość od samego początku i zgodziliśmy się na nie. I do dziś nie wycofujemy się z tamtych decyzji. Projekt trwa nadal. Wciąż rozmawiamy z rosyjskimi wojskowymi, wciąż zbieramy informacje i wciąż doświadczamy psychicznych konsekwencji tego, co widzimy i słyszymy.

Mam nadzieję, że wkrótce uda się przekazać część procesu komunikacji z Rosjanami systemowi botów. Niestety, bez wsparcia sponsorskiego jest to bardzo trudne, ale powoli w tym kierunku zmierzamy. To pozwoliłoby nam odciążyć się psychicznie. Bo projektu Spy Girls nie można zatrzymać. W ten sposób dokładamy swoją cegiełkę do wspólnej walki z wrogiem. A to jest dla nas najważniejsze.

Spektakl został stworzony przez estoński teatr Vaba Lava, przy współpracy polskiej dramaturżki Olgi Drigas i kompozytora Krzysztofa Kaliskiego oraz estońsko-ukraińskich wykonawców występujących pod pseudonimami Mad Matrixx, Cyber Shadow, Void Vigilante.

7
хв

Magda Szpecht: „Rozmowy z rosyjskimi żołnierzami były jak zanurzenie w błocie i dotykanie zła”

Ksenia Minczuk

Możesz być zainteresowany...

Ексклюзив
4
хв

Skoro przeżyłem to piekło, muszę żyć. Niezwykły spektakl dokumentalny "Nie opuściłem Ukrainy"

Ексклюзив
10
хв

Miłość na końcu świata. Pawło Ostrikow o sekretach sukcesu filmu „Ty – kosmos” i swoim nowym miłosnym musicalu

Ексклюзив
12
хв

Niewinny królik potrafi odgryźć głowę

Skontaktuj się z redakcją

Jesteśmy tutaj, aby słuchać i współpracować z naszą społecznością. Napisz do nas jeśli masz jakieś pytania, sugestie lub ciekawe pomysły na artykuły.

Napisz do nas
Article in progress